• facebook
  • rss
  • Drugie pokolenie w drodze

    Justyna Tylman

    |

    Gość Koszaliński 30/2012

    dodane 26.07.2012 00:00

    30 lat pieszej pielgrzymki. – Czasami niefrasobliwy pielgrzym w czasie modlitwy wtrącał jakiś tekst, po którym pokładaliśmy się ze śmiechu. Raz, w czasie Litanii Loretańskiej padło: „Dom(n)ie Złoty”, na co ktoś krzyknął: „Już biegnę!”, co zupełnie rozłożyło modlącą się grupę – wspomina Danuta Pożarycka-Kałagaty.

    Piesza Pielgrzymka diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej obchodzi w tym roku okrągły jubileusz. Z tej okazji pątnicy, którym nie zabraknie sił, z Częstochowy ruszą dalej, aż na Giewont.

    Do Jasnogórskiej Matki

    Pani Danuta na pierwszą pielgrzymkę pieszą wybrała się w 1982 roku. Był to czas stanu wojennego. – Zostały zawieszone wszystkie zajęcia pozalekcyjne, koła zainteresowań i organizacje. Byliśmy przygnębieni. Nie wiedzieliśmy, co nas czeka, czy będzie prawdziwa wojna i czy będziemy musieli uciekać – wspomina kobieta. Alternatywą na wakacje stała się pielgrzymka. Pani Danusia właśnie zdała maturę i dostała się na studia. – Uznałam, że mam za co podziękować Bogu. Kiedy ksiądz zaproponował, żebyśmy wyruszyli do Częstochowy, zgodziłam się, chociaż nie wiedziałam, na czym polega trud pielgrzymowania – mówi. Spodziewała się czegoś na wzór rajdu, bo trzeba było pokonać wiele kilometrów. Po latach przyznaje, że nie była przygotowana ani na palące słońce, ani na ulewny deszcz, ani tym bardziej na pokonanie trasy w trampkach. – Bardzo uważnie słuchałam tego, co mówił przewodnik, żeby zabrać dobre obuwie, ale według mnie dobre obuwie to trampki, płaskie o gumowym spodzie – mówi śmiejąc się. Już po pierwszym tygodniu miała 9 pęcherzy na jednej nodze i 11 na drugiej. Mimo to nie skorzystała z możliwości podjazdu. – Dla mnie piesza to piesza, a nie podjazdowa. Wyruszyłam, żeby maszerować do Matki Bożej. Nawet jeśli odłączyłam się, bo trzeba było komuś pomóc, zawsze doganiałam grupę na piechotę – opowiada. Pielgrzymka była dla niej wielką lekcją pokory. – W domu często kręciłam nosem, że tego nie zjem, bo nie lubię, a na pielgrzymce smakowało wszystko – mówi. Nauczyła się jeść chleb ze smalcem, polubiła drożdżówki, spróbowała mleka od krowy i wody ze studni. Wspomina, że w trasie łatwiej było się dzielić z innymi. – Jeżeli zabrakło nam chleba, a mieliśmy konserwę, to zasiadaliśmy nawet w siedem osób i zjadaliśmy ze smakiem. Na pół dzieliliśmy także pączki i drożdżówki – dodaje. Pierwsze pielgrzymki to noclegi przede wszystkim w stodołach. – Panicznie bałam się gryzoni, zawsze spałam przy brzegu, żeby móc szybko uciec – mówi. Była bardzo szczęśliwa, kiedy na pielgrzymkach diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej było więcej noclegów w domach. – Zawsze powtarzałam, że mogę spać nawet na podłodze, byle tylko w domu. Tak bardzo bałam się myszy – przyznaje. Jednak niewygody noclegowe nie zniechęciły pani Danuty do podejmowania trudu wędrowania. Pielgrzymkę wpisywała w swój wakacyjny kalendarz. Zmieniła jednak metodę, zaczęła nosić sandały i odpowiednie skarpety, a z czasem pęcherzy było mniej. Również psychicznie radziła sobie lepiej. – Każdego roku kryzys i zmęczenie przychodziły później – mówi. Swoje piesze pielgrzymowanie zakończyła w 1995 roku. – To była moja 15 pielgrzymka – uśmiecha się.

    Social Network

    Pierwsza piesza pielgrzymka koszalińsko-kołobrzeska wyruszyła w 1983 roku. – Była to okazja dla młodzieży, zwłaszcza ze szkół średnich, żeby inaczej spędzić wakacje – wspomina ks. Antoni Tofil, obecny kierownik pielgrzymki. Nie jest to jednak początek pielgrzymowania mieszkańców naszej diecezji do Jasnogórskiej Matki. – Wcześniej chodziliśmy w pielgrzymce warszawskiej, a następnie w toruńskiej – wspomina ks. Władysław Nowicki, pierwszy kierownik pielgrzymki diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. – Młodzież bardzo chętnie się garnęła do pieszej wędrówki, grupy liczyły ponad 600 osób – wspomina. Na pielgrzymce toruńskiej nasza diecezja miała trzy grupy z okręgu słupskiego, koszalińskiego i szczecineckiego. – W pewnym momencie zrobiło się „za ciasno”, było zbyt wielu pątników i trudno było dostać wodę albo nocleg. Często spało się na betonie, a karimat nie było – mówi ks. Antoni. Wtedy zrodził się pomysł, że skoro diecezja i tak bardzo licznie uczestniczy w pątniczym pielgrzymowaniu, to dlaczego nie postarać się o własną pielgrzymkę. Jak się później okazało, nie było to wcale łatwe. Potrzebne były najróżniejsze pozwolenia, wszystkie imienne. Trzeba było wyznaczyć trasę, zebrać ekipę przewodników, rozreklamować przedsięwzięcie. Pozwolenie na pierwsze wyjście pielgrzymki wydano na godzinę przed Mszą św. rozpoczynającą pątnicze wędrowanie. Na wyjście czekała bardzo duża grupa, zainteresowanie było ogromne. – W 1983 roku pątników było prawie 2 tysiące, zaledwie dwa lata później, na trzeciej pielgrzymce, ich liczba wzrosła do ponad 4 tysięcy – wspomina ks. Władysław. W pierwszych latach wędrującym nieustępliwie towarzyszyła Służba Bezpieczeństwa. Zawsze w białym albo czerwonym polonezie, także wielu „aniołów stróżów” szło między pielgrzymami. – Pilnowali, żeby nic się nam nie stało – mówi ks. Antoni. – Wielokrotnie zapewniali nas, że zawsze możemy prosić ich o pomoc. Nigdy nie skorzystaliśmy – dodaje ks. Władysław.

    Z bukietem w dłoni

    Państwo Zającowie są małżeństwem od 27 lat. Pobrali się w małej miejscowości kilka kilometrów od Częstochowy. – Na Jasną Górę wchodziłam w sukience ślubnej i trampkach – wspomina pani Jola. Zdecydowali się na ślub, ale nie chcieli alkoholu na swoim weselu. – Byliśmy przeciwni, chcieliśmy pokazać wszystkim, że można się dobrze bawić bez procentów – mówi pan Wiesław. Niestety, taka opcja nie wszystkim w ich rodzinie przypadała do gustu. – Usłyszeliśmy, że skoro nas na alkohol nie stać, to goście przyjdą ze swoim – dodaje. Wtedy zrodził się pomysł, żeby ślubować w czasie pielgrzymki. Od kilku lat byli stałymi bywalcami pątniczej wędrówki. – Wiedzieliśmy, że tak można, i mieliśmy pewność, że tam alkoholu nie będzie – wspominają. Do Łobodna, w którym odbyła się uroczystość, przyjechali tylko ich rodzice. Przywieźli stroje ślubne i kilka blach ciasta z ciastkarni, w której pracował pan Wiesław. – Materiał na sukienkę żona zdobyła po znajomości, ja miałem garnitur. Wszystko bardzo skromne, bez przepychu – wspominają. Bukiet ślubny zrobiła dla nich siostra goszczącej ich Zdzisławy Zietal, z którą do dziś utrzymują kontakt. I chociaż wspominają tamto lato jako bardzo deszczowe, to w dniu ślubu mieli piękne słońce. Ceremonii przewodniczył obecny wśród pielgrzymów bp Tadeusz Werno. Wesele odbyło się na podwórku, były prowizoryczne stoły i ławki. Nie zabrakło muzyków, przecież każda grupa miała swoją ekipę grającą. Były gitary i akordeony. – Gości zebrało się ponad 300, sami pielgrzymi, którzy byli dla nas „przyszywaną” rodziną – mówi pan Wiesław. Bawili się do późnej nocy, choć następnego dnia rankiem musieli ruszyć na ostatni etap pielgrzymki. Państwo Zającowie ze wzruszeniem wspominają, że kiedy na czele swojej grupy wchodzili na Jasną Górę, ze sklepu spożywczego wyszli chłopak z dziewczyną, którzy kupili sobie jednego pączka. – Podeszli, dali nam go w prezencie i życzyli, żeby nasze życie było słodkie jak ten pączek. I chociaż Zającowie na weselu nie dostali kompletów pościeli i garnków, to przyznają, że u Matki Bożej „załatwili” sobie szczęście. – Mogliśmy się wszystkiego dorobić własną pracą, jesteśmy zdrowi, a całe nasze życie związane jest z Bogiem – mówi pan Wiesław.

     

    – Pielgrzymka jest akumulatorem wiary. Zachętą, by tę wiarę uzupełniać i wzmacniać. Jest też doskonałą okazją do wyciszenia – mówi pani Danuta, która wracała na pielgrzymki diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej nawet wtedy, kiedy Człuchów, w którym mieszka, przeszedł pod administrację diecezji pelplińskiej. – Opowiadam moim uczniom, że warto się w taką podróż wybrać, bo można m.in. poznać nowych ludzi, porozmawiać, a nie tylko poczatować i obejrzeć profil na portalu społecznościowym – wyjaśnia. Przez lata wyznaczona w 1983 roku trasa pielgrzymki od Skrzatusza do Częstochowy niewiele się zmieniła. – Na początku każda grupa dojeżdżała do Skrzatusza i stamtąd po Mszy św. wychodziliśmy na Jasną Górę – wspomina ks. Władysław. Obecnie każda z grup wyrusza w innym czasie, żeby 1 sierpnia wspólnie dotrzeć do sanktuarium maryjnego. Najdłużej idą pielgrzymi z Ustki, bo aż 19 dni, jednak na kilka dodatkowych noclegów nikt nie narzeka. – Od 30 lat w jednej z miejscowości przyjmuje mnie ta sama rodzina – mówi obecny kierownik. Oprócz ośmiu grup od 10 lat funkcjonuje także grupa złota, czyli modlitewne zaplecze pielgrzymki pieszej. – Założyliśmy ją z myślą o tych wszystkich, którzy nie są w stanie uczestniczyć w marszu ze względu na stan zdrowia albo brak czasu – mówi ks. Tofil. Wszyscy zdeklarowani uczestnicy otrzymują konferencję drogą mejlową. Mogą w ten sposób wspomóc pielgrzymów pieszych swoją modlitwą. – W czasie tych 30 lat pielgrzymka zatoczyła pokoleniowy krąg. Teraz pielgrzymujemy z dziećmi tych, którzy w młodości jako pierwsi wędrowali do Częstochowy – dodaje ks. Antoni. W tym roku z okazji jubileuszu pielgrzymka zakończy się nie w Częstochowie, ale na Giewoncie. – Wszyscy, którzy będą czuli się na siłach i którym czas pozwoli, 14 sierpnia wyruszą w dalszą podróż, żeby 21 sierpnia zakończyć pielgrzymowanie w Zakopanem – wyjaśnia ks. Tofil. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół