• facebook
  • rss
  • Miny zamiast zbóż

    Justyna Tylman

    |

    Gość Koszaliński 35/2012

    dodane 30.08.2012 00:00

    Pasjonaci. Jedenaście dni jazdy z Koszalina do Kotoru w Czarnogórze. Prawie dwa tysiące kilometrów na siodełku. Oni udowadniają, że na rowerze można dotrzeć wszędzie. Zawierzają Bogu i sile własnych mięśni.

    Znajomi pytają, dlaczego wciąż jeżdżę i nigdy nie mam dość. A mnie podobają się ten wysiłek, który trzeba włożyć w dojechanie do danego miejsca, oraz satysfakcja, że znowu przejechałem całą trasę o własnych siłach – mówi Wojciech Choszcz, ósmy raz na wyprawie rowerowej.

    Dobra dusza

    – Pierwszy rower zdobyłem za pieniądze zarobione w czasie kolędy. Rodzice zdziwili się, kiedy w domu pochwaliłem się „nową”, kupioną od kolegi, kolarzówką – wspomina ks. Mariusz Ambroziewicz, organizator rowerowych wyjazdów. Zanim wybrał się na podbój krajów Europy, wsiadał na rower z kolegami ministrantami. – Moja pierwsza wyprawa liczyła 11 km w każdą stronę, pojechaliśmy z Kołobrzegu do Dźwirzyna. To była rewelacja – śmieje się. Z czasem pokonywali coraz dłuższe odcinki, nawet do 100 km. – Nie było internetu ani gier komputerowych. Wspólne wyjazdy, gra w piłkę, zimą basen, a latem kąpiele w morzu – to był nasz sposób na spędzanie wolnego czasu – mówi. Miał 18 lat, gdy powiedział rodzicom, że chce objechać Polskę. – Stwierdzili, że oszalałem – wspomina. Pojechał. Wspólnie z kolegą zrobili 1700 km. Kiedy po maturze przyszła myśl o wstąpieniu do seminarium, potrzebował czasu na spokojne zastanowienie się. Zdecydował, że odwiedzi Monachium, bo na rowerze myśli się najlepiej. – Jadąc, można się wewnętrznie wyciszyć i skupić na konkretnych sprawach. To bardzo pomaga w pokonaniu bólu i zmęczenia. Kilometry też szybciej mijają – przekonuje. W seminarium poznał innego rowerowego szaleńca – ks. Krzysztofa Kowala, od którego przejął zwyczaj podróżowania z młodzieżą po świecie. – Na pierwszy wspólny, wieloosobowy wyjazd wybraliśmy się do Afryki, pokonując dystans 5 tys. km. Była to szkoła dzielenia się pasją z innymi i nauka, że każdy w grupie musi mieć wyznaczone obowiązki, bo nie da się zrobić wszystkiego samemu – wspomina. Jego rolą było dbanie o rowery – był mechanikiem. Do dziś uczestnicy wypraw nie mogą się nadziwić, jak szybko łata dziurawe dętki.

    Dobry rower niezbędny

    – Bez odpowiednich rowerów nie mogliby pokonywać codziennie tylu kilometrów. Nie może to być popularny góral z supermarketu, bo na takim daleko się nie zajedzie. – Mówię uczestnikom, jaki mają mieć sprzęt, by potem nie byli rozczarowani, że zepsuty rower nie pozwala pokonać trasy – mówi ks. Mariusz. Przyznaje, że uczestnicy rowerowych wypraw zabierają tylko to, co najpotrzebniejsze. Przed wyjazdem każdy powinien przejechać połowę dystansu, odwiedzić lekarza i dentystę, żeby nie narazić kolegów na bankructwo w jakimś drogim kraju, gdyby była konieczna wizyta. Darek Pszczoła z Białogardu jest jednym z tych, których ks. Mariusz namówił do podróżowania na rowerze. – Nakręcił nas na wakacje na siodełku. Mówił, że takiego wyjazdu nie da się z niczym porównać, i miał rację – wspomina Darek. Na swoją pierwszą wyprawę wybrał się, mając 16 lat. Przejechał wtedy 1650 km. – Do La Salette dojechałem na pożyczonym rowerze, ale o własnych siłach – śmieje się. Chociaż na rowerowe wyjazdy najczęściej wybierają się ministranci, wziąć w nich udział może każdy. – Wielokrotnie jeździły z nami dziewczyny, które swoją determinacją i świetną kondycją potrafiły zawstydzić niejednego chłopaka – mówi ks. Ambroziewicz. Darek był już na pięciu wyprawach, każdą wspomina z nieukrywanym entuzjazmem. – Można lepiej poznać ludzi i ich zwyczaje. Nie mamy GPS, więc musimy pytać o drogę, przez co dużo rozmawiamy z mieszkańcami odwiedzanych krajów – mówi. Nie zamieniłby tej formy podróżowania i zwiedzania na żadną inną. – Jadąc samochodem, nie da się tyle zobaczyć, a człowiek nie boi się czających się w krzakach węży, bo chroni go blacha – mówi Darek.

    Z rzymskiej cerkwi

    Tegoroczna, szesnasta już wyprawa wyruszyła na początku sierpnia. Spod koszalińskiej katedry startowało ośmiu rowerowych zapaleńców. Mieli pokonać 1700 km i tylko raz przekroczyć magiczną liczbę 200 km na jednym etapie – w rezultacie przekroczyli ją cztery razy. Ale nikt nie miał pretensji. Uczestnicy przyzwyczaili się, że trasa na papierze zawsze jest krótsza od tej rzeczywistej. Celem był Kotor w Czarnogórze. W ciągu 11 dni rowerzyści odwiedzili siedem państw. Nie wszędzie było bezpiecznie. – Zadzwoniłem do swojego kolegi kapelana, który był na ostatniej misji stabilizacyjnej w Sarajewie. Powiedział, że dziwi się, że trasa przebiega przez Bośnię będącą najbardziej zaminowanym krajem w Europie. Kiedy pada deszcz, miny wypływają na drogi. Musieliśmy się bardzo pilnować – przyznaje ks. Mariusz. Na młodych podróżnikach właśnie Bośnia wywarła największe wrażenie. – Tam nadal widać, jak ogromne spustoszenie robi wojna: podziurawione przez kule ściany domów, przydrożne znaki ostrzegające o zaminowanych polach, a do tego susza, która doskwiera ludziom – wspomina Bartek Liptak. Mimo ciężkich warunków mieszkańcy pozostają życzliwi i gościnni. – Nie żałowali nam nawet wody, która jest dla nich na wagę złota – dodaje. Chłopak lubi rowerowe wyprawy, bo uczą one pokory, lepszej relacji z Bogiem i drugim człowiekiem. – Gdy pedałujesz przez prawie osiem godzin w ciągu dnia, jedynym pragnieniem człowieka jest krótki odpoczynek, jakiś posiłek i trochę wody, żeby się umyć. Wszystko inne traci na znaczeniu – mówi Bartek. Ks. Mariusz uważa, że pokonywanie kolejnych kilometrów prowadzi nie tylko do celu na mapie, ale przede wszystkim ma pomóc w umocnieniu wiary. Nie byłoby to możliwe bez codziennej Eucharystii. W tym roku podróżnicy starali się uczestniczyć w życiu odwiedzanych parafii. Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny spędzili w Sarajewie, które w większości zamieszkują muzułmanie. – Na jednej ulicy stoją katedra, cerkiew i meczet. Taka mieszanka kulturowo-religijna nikomu nie przeszkadza – mówi ks. Mariusz. – W Czarnogórze też nie było problemu z tym, że jesteśmy katolikami, a oni są prawosławni. Dialog jest w tych stronach czymś naturalnym. Przecież jesteśmy z rzymskiej cerkwi – przyznaje duszpasterz. Co roku w głowie ks. Ambroziewicza pojawia się myśl, że dana wyprawa będzie już ostatnią, bo pod górę podjeżdża się ciężej albo nogi bolą bardziej niż kiedyś. Ale zaraz łapie się na tym, że są przecież miejsca, które warto zobaczyć. W przyszłym roku rowerzyści planują odwiedzić Gruzję. – To prawie 3 tys. km, więc czasu też będzie trzeba zarezerwować więcej. Już zaczynam odkładać pieniądze na ten wyjazd – przyznaje Darek.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół