• facebook
  • rss
  • Tysiące uśmiechniętych twarzy

    dodane 06.09.2012 00:00

    – W moim domu nie było Pisma Świętego. Kupiłem je przed wyjazdem i zacząłem czytać. Może będzie trudniej się przyznać rówieśnikom, ale z Bogiem żyje mi się łatwiej – mówi Damian Truszczyński ze Świeszyna.


    Ponad 50-osobowa grupa młodzieży z opiekunem ks. Andrzejem Pawłowskim spędziła tydzień w Taizé. Jej członkowie przekonali się, że bariera językowa nie przeszkadza we wspólnej modlitwie, oraz doświadczyli tego, że w kościele można poczuć się jak w domu.


    Strefa ciszy?


    Damian zawsze aktywnie spędzał letnią przerwę, wyjeżdżał na kolonie i obozy. Gdy w tym roku nie wypaliły mu wakacyjne plany, dał się namówić na młodzieżowy wyjazd do Taizé. – Szczerze? Nie wiedziałem, na co się piszę – wspomina ze śmiechem decyzję o wyjeździe do Francji. Mała miejscowość nie przypomina kurortu ani ośrodka wypoczynkowego. – Kiedy wysiadłem z autobusu, wydawało mi się, że jestem na środku pustkowia. Potem zobaczyłem kościół – opowiada. 
Szybko załapał niepowtarzalny klimat Taizé. Najbardziej zauroczyły go wieczorne modlitwy w kościele bez ławek. – Ludzie przynosili poduszki i śpiwory, siadali po turecku, nie trzeba było zakładać garnituru. A kiedy śpiewaliśmy, czuć było autentyczną modlitwę płynącą z wnętrza. W tym kościele poczułem się jak w domu – wspomina Damian. 
W czasie tygodnia na burgundzkim wzgórzu nie potrzebował alkoholu, żeby miło spędzić czas ze znajomymi. – Potrafiliśmy myć głowę na deszczu – śmieje się. – Przekonałem się, że można wierzyć w Boga i dobrze się bawić. Jedno drugiego nie wyklucza – dodaje. 
Europejskie Spotkania Młodych w różnych miejscach świata oraz ta mała miejscowość Taizé przyciągają co roku niezliczone rzesze ludzi. – Zwłaszcza młodzi uczą się odpowiedzialności za siebie i innych, doświadczają Kościoła z różnych stron świata. Zagłębiają się w wersety Pisma Świętego i rozmawiają o ich znaczeniu, a przede wszystkim przekonują się, że dzięki Biblii przy jednym stole spotkać się mogą protestanci, katolicy i prawosławni – przyznaje ks. Andrzej Pawłowski. 


    Pielgrzymka zaufania


    – W Taizé nauczyłam się, żeby nie oceniać książki po okładce, a ludzi po tym, jak się zachowują albo ubierają. Zawsze trzeba podejść i chociaż postarać się kogoś poznać – mówi Paulina Stawczyk z Koszalina. Gdy rok temu samotnie wyruszała na swoje pierwsze Europejskie Spotkanie Młodych do Berlina, miała obawy, że nie będzie potrafiła się odnaleźć. – W Taizé 
nawet uśmiech jest szczery, w Polsce za dużo analizujemy, zastanawiamy się, skąd ten uśmiech na twarzy nieznajomego – może jestem brudna albo może ktoś robi sobie ze mnie żarty? – tłumaczy. Wraca na spotkania, bo jest to czas, kiedy może poczuć, że niezależnie od kraju i języka wszyscy są wspólnotą. 
Nikola Kulik od siedmiu lat chodziła na pielgrzymkę do Myśliborza. – Na początku stwierdziłam, że wyjazd do Taizé to nie był dobry wybór, bo ludzi z pielgrzymki znałam od podszewki, a tu nikogo – wspomina. Obwiała się, że jako gimnazjalistka nie będzie mogła złapać kontaktu ze licealistami z grupy. Nowe znajomości zawiązały się szybciej, niż się spodziewała, ale nie to spodobało się jej najbardziej, tylko możliwość pracy. – Bardzo chciałam wydawać posiłki. Gdy kucharz zapytał mnie, czy mogę mu pomóc, bardzo się ucieszyłam i pracowałam z nim do końca pobytu – wspomina. – Zawsze dzieliła się z nami bułkami, które zostawały – śmieje się Damian. 
Z Taizé wróciła podbudowana liczbą młodych ludzi, którzy podobnie jak ona szukają Boga. – Było ich prawie 4 tys. i zawsze miałam wrażenie, że jeżeli będę miała jakiś problem, to wszyscy przybiegną mi z pomocą – mówi. – Ja tylko jednej rzeczy nie lubię w Taizé – odjazdów, bo trudno zostawić tak wspaniałą atmosferę i ludzi – dodaje Paula.


    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół