• facebook
  • rss
  • Mistrzowie z naszego podwórka

    dodane 27.09.2012 00:00

    Koszalińscy paraolimpijczycy. Kiedy wychodzą na stadion, pokazują, że w niczym nie ustępują w pełni sprawnym sportowcom. Ta sama wola walki, taka sama radość z wyniku lub gorycz porażki. I – jak udowodnili londyńczycy – te same sportowe emocje.

    Także Koszalin ma swoich paraolimpijczyków, z których może być dumny. Tomasz Rębisz przywiózł z Londynu brązowy medal w pchnięciu kulą, natomiast Maciej Sochal w tej samej dyscyplinie ustanowił rekord Europy.

    Rekord to za mało

    Maciek nie ukrywa rozczarowania. Trudno mu się cieszyć z rekordu (9,18 m), kiedy w kolekcji brakuje tego najważniejszego medalu. Tym bardziej że zabrakło do niego tak niewiele – 40 centymetrów. Podczas zawodów udało mu się nawet przekroczyć granicę 10 metrów, ale rzut nie został uznany. – Trzeba brać się za treningi i przygotowywać do Rio de Janeiro – Maciek nie jest z tych, którzy mogą sobie odpuścić. Na siłowni, stadionie czy pływalni spędza po kilka godzin dziennie. O podwójnym złocie z ubiegłorocznych mistrzostw świata w Dubaju zdążył zapomnieć. – Już w Londynie myślałem o tym, że muszę więcej pracować. Czwarte miejsce jest najgorsze dla sportowca. Niby wszyscy mówią, że to czołówka światowa, że rekord Europy. No fajnie, ale to nie medal – dodaje dwudziestopięciolatek. Marzy mu się też poprawienie dziewiątego miejsca w rzucie maczugą.

    Nie tak wyglądało to 10 lat temu. U pełnego wigoru i marzącego o sportowej karierze nastolatka wykryto guz mózgu. Wszystko potoczyło się lawinowo. Diagnoza, operacja i oczekiwanie, czy chłopiec z tego wyjdzie. – Przywieźliśmy do domu warzywo. Po prostu leżał, a ja rozstawiałem mikrofony, żeby wyłapać nawet najlżejsze dźwięki, które uda mu się z siebie wydać – wspomina Jerzy Sochal, tata Maćka. Potem były miesiące rehabilitacji i cieszenie się z każdego, najmniejszego sukcesu. Kiedy zamienił salę rehabilitacyjną na siłownię, mama zaproponowała klub sportowy Start Koszalin. – Miesiąc była o to wojna! Za nic nie chciał iść – śmieje się pani Sylwia. – To był dla Maćka okres pełen nadziei, że uda mu się wyjść z tego. Mówiłam: „Maciek, trzeba kupić nowe buty”, a on, że dopiero jak zacznie chodzić. Nie utożsamiał się z niepełnosprawnością. Zresztą nie wiem, czy teraz do końca to zaakceptował. Maciek jest uparciuchem, ale mama w końcu dopięła swego. Poszedł, zobaczył i… wsiąkł w sport na dobre. – Trener Aleksander Popławski dał mi rok na przygotowanie na igrzyska w Atenach. Ja wtedy ledwo się na nogach trzymałem, a on o igrzyskach, o Grecji – wspomina z uśmiechem. Ale na igrzyska pojechał. – W Atenach nam go uzdrowili. Komisja stwierdziła, że ma porażenie trzy-, a nie czterokończynowe. Za dobrze się zrehabilitował. Zmienili mu wtedy grupę, miotał cięższą kulą. Walczył jak wściekły, ale uplasował się na 11. miejscu. A w swojej grupie spokojnie by wygrał. Cztery lata walczyliśmy o odwołanie od tego orzeczenia. Pomogła dopiero interwencja senatora Piotra Zientarskiego i komisja zgodziła się na powtórne badanie – wspomina Jerzy Sochal.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół