• facebook
  • rss
  • Cichociemni spod znaku miłosierdzia

    dodane 11.10.2012 00:00

    Nagroda im. kard. nom. Ignacego Jeża. Nominowani do tego wyróżnienia nie zabiegają o zaszczyty i poklask. Działają po cichu, najczęściej pozostając w cieniu. Wyciągają rękę do potrzebujących, dając świadectwo wiary.

    Docenieniu tych ludzi służy przyznawana od czterech lat nagroda, której patronuje pierwszy biskup diecezji kard. nom. Ignacy Jeż. W tym roku nominowano do niej pięciu kandydatów.

    Katolicy w akcji

    Janina i Józef Cieplikowie od pół wieku mieszkają w Słupsku. Choć obydwoje są już na emeryturze, trudno ich zastać w domu. Wciąż mają nowe pomysły i coś do zrobienia. Mimo upływu lat, ubywających sił i zdrowia, ciągle dzielą się swoimi pasjami z mieszkańcami Słupska. – Teraz trochę już zwolniliśmy, zwłaszcza po chorobie męża – śmieje się pani Janina, ale przyznaje, że dobry przedwojenny materiał nie poddaje się łatwo upływowi czasu. – Pochodzimy z tych samych środowisk, z podobnych domów. To jest ważne w małżeństwie, które trwa już ponad 57 lat – opowiada o latach wspólnej pracy pan Józef. Panią Janinę, emerytowaną stomatolog, do nagrody zgłosiła diecezjalna AK. Nominowana współorganizowała oddział AK w słupskiej parafii Mariackiej. Pani Janina od 11 lat szefuje temu oddziałowi. Członkowie słupskiej AK chcieli w ten sposób docenić pracę państwa Cieplików na polu społeczno-kulturalnym. To dzięki ich zaangażowaniu – oprócz rozlicznych akcji przyparafialnych i imprez społeczno-kulturalnych – w Słupsku odbyły się m.in. rekolekcje przy kopii Całunu Turyńskiego, Diecezjalny Kongres Różańcowy, Słupskie Czytanie Pisma Świętego, zaś co roku są Dni Kultury Chrześcijańskiej. Pasję społecznikowską i konieczność promowania dobra wynieśli obydwoje z rodzinnych domów. Ich rodzice także angażowali się przed wojną w działalność Akcji Katolickiej. Państwo Cieplikowie przyznają, że nie jest łatwo działać społecznie. – Ludzie trochę zobojętnieli, niektórzy pytają tylko: „a co ja z tego będę miał”. Wszystko ma być łatwe, lekkie i przyjemne. A to, co lekko przychodzi, lekko ginie – kiwa głową pani Janina.

    Rzeczy ważne i ważniejsze

    O Marku Kołtunie wnioskodawcy do nagrody piszą krótko: wolontariusz zawsze gotowy do niesienia pomocy. Sponsor akcji charytatywnych w parafii, darczyńca dla wielu rodzin potrzebujących pomocy. W malutkich podsłupskich Jezierzycach, gdzie mieszka z żoną i dwoma synami, prowadzi sklep. – Przy nieocenionej pomocy teściów, bez których wiele spraw byłoby niemożliwych – jak sam dodaje. – W małej miejscowości społeczność jest bardzo zwarta, dlatego łatwiej dostrzec nie tyle biedę, co potrzeby innych. W tym nieoceniona jest nasza parafialna Caritas, tam trzeba szukać ludzi o wielkich sercach. To proboszcz naszej parafii, ks. Feliks Samulak, dba, by pomoc dotarła do potrzebujących. Ja staram się pomagać finansowo lub w inny sposób, ale to ludzie z Caritas najlepiej wiedzą, jak spożytkować tę pomoc – mówi nieco zakłopotany nominacją do tak prestiżowej nagrody. Trochę więcej o panu Marku zdradza Danuta Łukaszewicz z parafialnego zespołu charytatywnego. – Nigdy nie odmówił nam swojej pomocy – zapewnia. A pan Marek dodaje tylko: – Gdy patrzy się na ludzką krzywdę, na łzy ludzi, którzy np. w powodzi tracą wszystko, kiedy widzę łzy swojej żony, oglądającej relacje z tych nieszczęść, mięknie mi serce. W życiu są rzeczy ważne i ważniejsze. A najważniejsza jest świadomość, że zrobiło się coś dobrego – zdradza swoje życiowe motto.

    Zasłużyć na patrona

    Kiedy 6 lat temu dr Mariusz Kowalewski zaangażował się w powstawanie ośrodka dla cierpiących na stwardnienie rozsiane, wiedział, że potrzebują dobrego patrona. Gdy wybór padł na Jana Pawła II, miał świadomość, że na to imię trzeba sobie zasłużyć. Z zespołem Centrum Rehabilitacji dla Chorych na Stwardnienie Rozsiane w Bornem Sulinowie przez 4 lata ciężko pracowali, by osiągnąć wysoki standard jakości świadczonych usług medycznych. Przez 4 lata uczyli się, jak widzieć chorego i jak go traktować. Dopiero wtedy zdecydowali, że mogą w nazwie przywołać postać papieża. – Medycyna to spotkanie dwóch osób. I taki jest zamysł tego ośrodka. Pacjentowi ma pomagać nie tylko nasza wiedza medyczna, ale także to, że jesteśmy obok niego i z nim. I ta zasada dotyczy każdego członka personelu – lekarza, pielęgniarki, fizjoterapeuty, pani pokojowej – wyjaśnia. Dr Mariusz Kowalewski jest neurologiem, rocznik 1961. Jest z pokolenia JP II, całe jego dorosłe życie wiązało się z pontyfikatem Papieża Polaka, więc nie ukrywa, że Karol Wojtyła to dla niego postać szczególna. – Nawet żonę poznałem na pielgrzymce do papieża – żartuje. Miał być historykiem, ale dwukrotnie nie dostał się na wymarzone studia. Wtedy postanowił poszukać innej drogi. – Teraz dziękuję Panu Bogu i wiem, że nie ma przypadków. Ojciec mój chorował, więc wybrałem studia pielęgniarskie. W szpitalu przekonałem się, że to jest to, czym chcę się zajmować – opowiada neurolog. Dla niego nominacja to szczególne wyróżnienie. – To uhonorowanie wysiłków całego zespołu, z którym pracuję – zastrzega. Ale sam też jest wzruszony. – Spędziłem w Koszalinie dwa lata podczas nauki w studium pielęgniarskim. Wtedy należałem do duszpasterstwa akademickiego, wtedy także poznałem bp. Ignacego Jeża. To dla mnie postać niezwykła, podobnie jak postać papieża. I biskup, i papież mieli doświadczenia dwóch totalitaryzmów, cierpienia, które potrafili przekuć w dobro. I ponad wszystkim widzieli człowieka – mówi dr Kowalewski.

    Budowanie na dobrym fundamencie

    Stanisław Luty nie lubi opowiadać o sobie. Ani o wolontariacie w świetlicy socjoterapeutycznej Caritas, która zapewnia opiekę około 40 dzieciom z ubogich i dysfunkcyjnych rodzin, ani o korepetycjach, ani o organizowanych dla dzieci zawodach szachowych i piłkarskich, a już najmniej o finansowej pomocy, której wielu doświadczyło. – Nie zastanawiam się, kto mi wystawi rachunek – mówi krótko słupski przedsiębiorca. – Anioł Stróż kieruje mnie do potrzebujących. Bóg daje mi tych ludzi jak dary. A za dary trzeba dziękować i prosić o jeszcze – tłumaczy. Woli opowiadać, jak działa Pan Bóg. Jak św. Antoni pomaga załatwiać ważne sprawy, jak wielkim orężem jest Różaniec. Sam codziennie odmawia modlitwę różańcową: za świat, za kapłanów, za swoich podopiecznych. W kieszeni ma zawsze swojego „kombatanta”. To różaniec, który dostał w Medjugorie od Chorwata. Nieraz siostry klaryski ratowały już różaniec pana Stanisława. – Szatan nie lubi modlitwy różańcowej, robi wszystko, żeby ludzie jej nie odmawiali – mówi. Rozdaje więc różańce albo nowennę do Matki Bożej Królowej Pokoju. – Jak widzę na ulicy człowieka z nosem przy ziemi, to daję mu lekarstwo – opowiada. Z wykształcenia jest inżynierem budownictwa. Dlatego wie, jak ważne są dobre fundamenty, więc swoje życie buduje na Panu Bogu. Stara się, by nie było dnia bez Mszy św., bez przyjęcia Komunii. – To wszystko jest Jego. Jak widzę uśmiech drugiego człowieka, to wiem, że Pan Bóg też się uśmiecha i nam błogosławi – wyjaśnia prostą, choć niepopularną w dzisiejszym świecie filozofię.

    Misja na osiedlu

    W malutkim mieszkaniu Jana Zagrabskiego na jednym z białogardzkich osiedli niejedna osoba zagubiona, z połamanym życiorysem, znalazła bezpieczne schronienie. – Myślę, że Pan Bóg posyła mnie do takich ludzi, a ja muszę im pomagać. Pan Bóg przedstawia mi czyjąś biedę, a ja męczę się strasznie, dopóki nie wymyślę sposobu, żeby jakoś pomóc. Przy moich możliwościach fizycznych czy finansowych nie dałoby się tego zrobić bez Pana Boga, ale On mnie nigdy nie zostawia. Znajdują się pieniądze, pod wycieraczką, w kieszeni – mówi pan Jan. Od lat niestrudzony animator, ewangelizator, organizator pielgrzymek, jeden z motorów napędowych Odnowy w Duchu Świętym, którą 30 lat temu współtworzył w białogardzkiej parafii pw. św. Jadwigi. Drogowskazem jest dla niego bł. Matka Teresa z Kalkuty. – Pierwszy raz usłyszałem o niej w Lipiu i pomyślałem, że to jest właśnie to, co we mnie siedzi, to, co powinienem robić – wyznaje. Nie udało się wprawdzie zrealizować pragnienia wyjazdu do Indii, ale terenem misyjnym jest dla niego teraz jego miasto, osiedle, okoliczne bloki. Razem z członkami Odnowy wspierają także finansowo misje. Na początku lat 80. XX wieku rozprowadził setki obrazów Jezusa Miłosiernego wśród sąsiadów i w okolicznych wioskach. Wyjeżdżając z chórem, woził na Węgry czy do Czechosłowacji święte obrazki, Biblię, książki religijne. Teraz, jak przyznaje, łatwiej jest ewangelizować, nie brakuje natomiast ludzkiej biedy, nad którą trzeba się pochylić. Razem z przyjaciółmi z Odnowy chodzą z opłatkiem do bezdomnych na dworzec kolejowy. Od 20 lat zbierają też butelki i puszki, a zarobione w ten sposób pieniądze przeznaczają na zamawianie Mszy św. – Za każdą butelką czy puszką stoi ludzkie cierpienie: uzależnionych i ich rodzin – kiwa głową pan Jan. Jako członek wspólnot modlitewnych modli się nieustannie za biskupów, kapłanów, osoby konsekrowane i mieszkańców miasta. – Pan Bóg daje mi wspaniałych, świętych ludzi, bez których nic bym nie zrobił – dodaje. O tym, kto zostanie laureatem tegorocznej edycji nagród dla naśladowców kard. I. Jeża, dowiemy się 21 października podczas uroczystej gali w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Ko- szalinie.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół