• facebook
  • rss
  • Kuźnia powołań

    dodane 09.05.2013 00:00

    Ministrancka majówka. Trudno bez nich wyobrazić sobie parafię. Są wizytówką swojej wspólnoty i to spośród nich wyrastają najczęściej przyszli kapłani.

    Podczas Diecezjalnego Dnia Ministranta mogli się przekonać, jak wielu jest ich w całej diecezji.

    Kiedy trzeba – pompki

    Do seminaryjnej kaplicy trudno wetknąć choć szpilkę. Podczas Mszy św. rozpoczynającej ministranckie świętowanie najmłodsi okupowali nawet stopnie prezbiterium. Ponad 700 ministrantów, czyli prawie jedna trzecia całej liturgicznej służby ołtarza z diecezji, odpowiedziało na zaproszenie ks. Dariusza Jastrzębia, rektora koszalińskiego seminarium, i kleryckiej braci. Nie bez przyczyny wybrano na zjazd to miejsce. To właśnie wśród ministrantów najczęściej rodzą się powołania do kapłaństwa. – Ministrantura to coś więcej niż służba przy ołtarzu, wspólne wyjazdy i gra w piłkę. To także powód do dumy – przekonuje z całą powagą Kuba Białoch z Białogardu. – Trzeba dobrze służyć w kościele, mieć czystą komżę i trzeba być grzecznym – wylicza. – Tylko, że nie zawsze się udaje. – Wtedy pompki są nieodzowne – dopowiada ze śmiechem ks. Bartosz Kuligowski, opiekun blisko pół setki chłopców z parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa. To pierwsza grupa ministrancka, za którą odpowiada ks. Bartek, jeszcze neoprezbiter. – Oni też mnie uczą. Głównie cierpliwości. Czasami są takie momenty, że chciałoby się powiedzieć „dość”. Ale chłopaki dają tyle radości, że to rekompensuje zmęczenie – przyznaje. Na rozładowanie energii proponuje im piłkę i wypady rowerowe, czyli to, co i jemu sprawia frajdę. Wtedy są razem nie tylko podczas Mszy św. i zbiórek, ale uczą się, jak tworzyć wspólnotę.

    Sport pomaga

    – przyznaje ks. Marcin Wolanin z parafii pw. Serca Jezusowego w Słupsku. – Uczy rywalizacji, wygrywania, ale też godnego znoszenia przegrywania. Wiem, że to pomoże im w przyszłości cieszyć się z sukcesów i wyciągać wnioski z porażek. Jak w życiu – dopowiada między jednym a drugim kopnięciem piłki. Chłopaki nie odpuszczają ks. Marcinowi ani na chwilę. Oczy też musi mieć dookoła głowy, żeby ci najmłodsi ministranci, z którymi przyjechał, szalejąc na przyseminaryjnym trawniku, nie zrobili sobie krzywdy. – Sama piłką nic byśmy nie zbudowali. Można przecież zapisać się do klubu sportowego i tam regularnie trenować. Tu bardziej chodzi o integrację grupy. Bo kopią wszyscy, którzy chcą, a nie tylko ci, którzy mają do tego predyspozycje czy talent. W grupie ministranckiej każdy jest równy – mówi ks. Marcin. Swoją ministranturę wspomina jako bardzo ważny czas. Decydujący. – To bez wątpienia wpłynęło na decyzję o pójściu do seminarium. Od ks. Antoniego Czernuszewicza, który nas formował, uczyłem się duchowości, jego otwartości na drugiego człowieka, relacji. Było nas przy ołtarzu około 80. Siedmiu lub ośmiu zdecydowało się na kapłaństwo – opowiada.

    Komża to zaszczyt

    Wśród ministrantów, którzy przyjechali do seminarium, można było wypatrzeć też kilka dziewcząt. Diana Skoczypiec i Karolina Kuras z Kretomina weszły bez strachu do męskiego świata ministrantów trzy lata temu. – Na początku, kiedy się zgłosiłam, chłopcy lekko się oburzyli, ale teraz się przyzwyczaili. U nas w parafii służy 6 dziewczyn – opowiada Karolina. Zawsze chciała sprawdzić, co tak ważnego dzieje się w prezbiterium. – Po Pierwszej Komunii mój kolega zgłosił się do ministrantów, a ja też chciałam. Najpierw ksiądz zaproponował, że może by mnie do czytań odesłał, ale ja postanowiłam drążyć temat – wspomina. Dla nich, podobnie jak dla pozostałej ministranckiej ferajny, bycie blisko ołtarza oznacza też bycie bliżej Pana Jezusa. – Ale na dziewczynach bardziej można polegać. Nigdy nie wymigują się od służenia i stawiają się na każdą prośbę księdza – mówią zgodnie. – Moich dwóch braci jest ministrantami. Ja na początku nie chciałem, bo się wstydziłem, ale już się nie wstydzę. Chociaż dalej czasami trudno tak wyjść przed tych wszystkich ludzi w kościele – opowiada Kuba Pszczoła, białogardzki ministrant. – A dla mnie to zaszczyt wyjść do prezbiterium w komży – mówi z pewnością w głosie jego kolega Wojtek Pinkosz, ministrant z ośmioletnim stażem. Pierwszy raz stanął przy ołtarzu, kiedy miał pięć lat, razem ze starszym bratem. Przez ten czas nie raz i nie dwa zdarzały się trudne chwile, zwłaszcza na początku służby. – Kiedyś przynosiłem dary do ołtarza i się potknąłem. Rozbiłem obydwie ampułki. Oczywiście się rozpłakałem i chciałem wiać sprzed ołtarza. Ale wróciłem – śmieje się Wojtek.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół