Nowy Numer 8/2018 Archiwum

Pomoc i nadzieja. 24 h

Domowe Hospicjum dla Dzieci. Każdego ze swoich podopiecznych znają z imienia. Za niejednym płakali, bo odszedł zbyt szybko.

Ostatnio zrobiło się głośniej o Zachodniopomorskim Domowym Hospicjum dla dzieci z filią w Koszalinie. Działają od ponad trzech lat, przez siedem dni w tygodniu, 24 godziny na dobę. Ludzie z powołania, dla których najważniejsze są dzieci.

Sianów koło Koszalina

Mały domek na końcu miejscowości. Dorota i Szczepan Klimasiakowie są rodzicami 20-miesięcznego Franka. Malec już 16 razy leżał w szpitalu. Urodził się z zespołem wad wrodzonych. – Lista jego chorób była bardzo długa – mówi ojciec. Koszmar dla rodziców zaczął się rok temu, kiedy lekarze powiedzieli, że Franek jest śmiertelnie chory. – To było dla nas straszne, nie życzę takiego ciosu żadnemu rodzicowi. Najgorsze było patrzenie jak nasze, tak długo wyczekiwane i bardzo chciane dziecko marnieje. Robi się blade, chude, nie reaguje na bodźce, nie je – mówi matka. – Mieliśmy takie chwile, że zastanawialiśmy się, w czym go pochowamy – dodaje pan Szczepan. Na szczęście państwo Klimasiakowie nie należą do ludzi, którzy łatwo się poddają i tracą wiarę. – Pojechaliśmy też do Warszawy, gdzie okazało się, że dla Franka jest jeszcze nadzieja. Schorzenie, które miało go nam odebrać, zostało błędnie zdiagnozowane – wspomina pani Dorota. Po wypisaniu ze szpitala Franek trafił pod opiekę Zachodniopomorskiego Domowego Hospicjum dla dzieci w Koszalinie. – Przyjechaliśmy do domu i po trzech dniach Franek zaczął reagować, a nam wróciły siły. Znowu wierzyliśmy, że będzie dobrze. Teraz jest coraz lepiej, z długiej listy chorób została nam tylko padaczka – mówi z uśmiechem ojciec. Franek nie jest w terminalnym stanie, jednak nadal pozostaje pod opieką hospicjum. – To wspaniali ludzie, a dziecko leczone w domu zdecydowanie lepiej reaguje na terapię – dodaje pani Dorota. Do dyspozycji rodziców są lekarz i pielęgniarka oraz rehabilitant. Państwo Klimasiakowie otrzymali również cały niezbędny sprzęt, któremu ich syn może wracać do zdrowia. – Cieszę się, kiedy odwiedza nas pielęgniarki, bo mam z kim porozmawiać o chorobie i problemach. Nie czujemy się osamotnieni, taka forma pomocy jest zdecydowanie lepsza także dla rodziców, bo psychicznie łatwiej wszystko znosi się, będąc w domu i mając świadomość, że jeśli dziecko dostanie ostrego napadu padaczkowego, to jest lekarz, który przyjedzie i pomoże – mówi matka. Pan Szczepan zamyśla się na chwilę. – Franek wychodzi z choroby, ale gdybyśmy się zatrzymali na pierwszej diagnozie i nie szukali pomocy dalej, to już by go z nami nie było. Dawali mu tydzień, może dwa. To jest nauczka, że jak wyrzucają drzwiami – wchodź oknem – opowiada.

« 1 2 3 »
oceń artykuł

Zobacz także

Reklama

Reklama

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy