• facebook
  • rss
  • Ludzi trzeba ratować

    Karolina Pawłowska

    dodane 08.09.2013 10:23

    Z proboszczowskim błogosławieństwem, uzbrojeni w Słowo Boże, od drzwi do drzwi szli z kerygmatem. Przede wszystkim do tych, którzy sami nie trafią do Kościoła.

    Sobota, 7 września. Na plebanii słupskiej parafii Najświętszego Serca Jezusowego jak w sztabie polowym. Wszędzie pudła z ulotkami, a prawie 50 ewangelizatorów pochyla się nad planem miasta. A potem Pismo Święte w rękę i modlitwa na drogę.

    - Bo bez niej nie ma po co w ogóle wychodzić - mówią zgodnie ludzie ze słupskiej Szkoły Nowej Ewangelizacji. Doświadczeni w bojach ewangelizatorzy z plaż w białych koszulkach też przyzywają Bożej pomocy. Oni będą robić „Boży ferment” na ulicach. „Czerwoni” ruszą do mieszkań.

    - I mówcie od razu, że przysyła was ksiądz proboszcz, żeby was ze świadkami Jehowy nie pomylili - pół żartem, pół serio przypominają sobie nawzajem ewangelizatorzy.

    To daje efekty

    O pomyłkę nie trudno, bo chodzący po domach katolicy dla większości mieszkańców parafii to nowość.

    - Ksiądz nie da rady zrobić wszystkiego sam, więc jego zadaniem jest zaproszenie ludzi, którzy pomogą, doradzą. Nie wyobrażam sobie normalnego działania parafii bez świeckich - zarówno na gruncie materialnym, jak i duchowym, kiedy trzeba iść do innych z Dobrą Nowiną. Ludzie potrzebują świadków, swoich sąsiadów, którzy mają takie same problemy, jak oni. Autentyczność przekazu jest niezmiernie ważna - przyznaje ks. Jerzy Urbański, proboszcz wspólnoty, do której idą ewangelizatorzy.

    - Efekty są. Po pierwszej akcji, która przeprowadziliśmy w tej parafii w lutym, więcej drzwi się przed księżmi otwierało, także tych, które dotychczas były zamknięte na głucho. Kiedy przychodzimy do kogoś do domu, mówimy, że przysyła nas ich proboszcz, bo… się o nich martwi. Nie o kopertę z ofiarą, ale o ich dobro duchowe - dodaje ks. Dariusz Rataj, szef SNE im. św. Krzysztofa.

    Dobra Nowina i detoks

    Ewangelizatorzy stukają, mówią „Bóg cię kocha”, a co będzie dalej - nie wiadomo. Dlatego zanim nacisną na klamkę przyzywają Bożej pomocy. Bo może być różnie. - „Spiderman” też mnie kocha - słychać zanim zatrzasną się drzwi przed nosami ewangelizatorek. To jedna z tych „dowcipniejszych” odzywek.

    Zdarzają się i tacy, którzy po chamsku dają szczegółowe instrukcje, co ewangelizatorzy mają sobie z tą nowiną zrobić. - On i tak pana kocha! Pomodlę za Pana! - odkrzykuje dziarsko Ania.

    Że „Czeczenia”, jak nazywają obrazowo tę część miasta słupszczanie, będzie trudna, wiedzieli od razu. - Ale że aż tak, to się nie spodziewałam. Pierwszy raz aż takie bluzgi poleciały - kręci głową doświadczona ewangelizatorka. A przecież z niejednego ewangelizacyjnego pieca razem z mężem chleb jedli.

    Renia przyznaje, że ma trochę cykora. - Całą noc się zastanawiałam, czy przyjść. Bo co ja tym ludziom powiem? Za mało wiem… - dzieli się rozterkami wszystkich debiutujących ewangelizatorów.

    Za chwilę będzie musiała znaleźć odpowiednie słowa. Dużo słów, które wypełnią cztery godziny spędzone na modlitwie w pierwszym z mieszkań, do których zostają wpuszczone ewangelizatorki i wyposażona w zupełnie bezużyteczny aparat dziennikarka.

    33-latek jest w delirium, więc wzywamy pogotowie. Przekonujemy sanitariuszy o konieczności detoksu. Modlimy się nad młodym mężczyzną, by znalazł siły do zmiany życia i zaufał Jezusowi. (...)

    Cały reportaż w najbliższym wydaniu koszalińsko-kołobrzeskiego „Gościa Niedzielnego”.

     

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Nie przegap

      Brak dostępnych wydarzeń.

      Pobieranie...
      przewiń w dół