• facebook
  • rss
  • Zostawiam, ale nie porzucam

    ks. Wojciech Parfianowicz

    |

    Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 50/2013

    dodane 12.12.2013 00:00

    Życie rodzinne. – Mamo, tato, idę do seminarium, wstępuję do zakonu! – taka deklaracja wiele zmienia nie tylko w życiu osoby, która słyszy Boże wezwanie. Powołanie w jakimś sensie dotyka całej jej rodziny.

    Reakcje bywają różne i mieszczą się między dwiema skrajnościami. Czasami osoba powołana napotyka wyraźny sprzeciw. – Jest w naszym zgromadzeniu taka siostra, której początki były bardzo trudne. Właściwie wyjechała z domu wbrew woli rodziców, zabierając tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Na szczęście z czasem wszystko się ułożyło – mówi s. Paulina Kopacz, przełożona z Góry Chełmskiej. Bywają sytuacje przeciwne, kiedy to najbliżsi siłą wypychają dziecko na drogę powołania, realizując swoje marzenia. W wydanej już jakiś czas temu książce „Porzucone sutanny” opisany jest przypadek księdza, który na odejście z kapłaństwa czekał do śmierci matki, która bardzo pragnęła, aby on został kapłanem. Był nim, bo nie chciał sprawić jej przykrości.

    Popłakać nie zaszkodzi

    – Emilka zaprosiła mnie do swojej ulubionej kafejki i tam mi to powiedziała. Może wiedziała, że w publicznym miejscu nie będę urządzać scen. (śmiech)W takim momencie jest ogromne kłębowisko myśli, uczuć i emocji, że trudno to ująć w słowa. Tym bardziej, że to jedynaczka. Nie byłam na „nie”, ale po ludzku bardzo to przeżywałam. Płakałam i modliłam się – wspomina Katarzyna Pechman z Kołobrzegu, której córka dwa lata temu wstąpiła do klarysek od Wieczystej Adoracji w Słupsku. – Ja oczywiście dowiedziałem się o wszystkim po spotkaniu w kawiarni. Stałem z boku i patrzyłem na matkę i córkę. Jedną i drugą musiałem pocieszać – opowiada Jacek Pechman, mąż pani Katarzyny. – Teraz widujemy się przez kratę. Pierwsze wizyty były ciężkie. Chciałoby się przytulić, a tu nie ma jak. Dlatego czekam do pierwszych ślubów. Jak znam siebie, to cały czas będę ryczała – przyznaje mama klaryski. – Najprawdopodobniej tak się skleją, że będzie je ciężko oderwać od siebie – dodaje tata. Oboje bez cienia wątpliwości przyznają, że są szczęśliwi szczęściem swojej córki. – Czułem, że coś się święci, ale dowiedzieliśmy się dopiero w klasie maturalnej. Syn w końcu się przyznał. Nie miałem oporów, ale żona oczywiście na każdym kroku w płacz. Ja też to przeżywałem, ale nie wypadało płakać – dzieli się Mirosław Szymanowski, ojciec kleryka V roku z koszalińskiego seminarium. – Tomasz miał iść na prawo. Przed maturą oznajmił, że zmienia decyzję i idzie do seminarium. Powiedziałam, że będę go w tym wspierać. Przy nim jakoś się trzymałam, ale gdy go nie było – płakałam. Tym bardziej, że w tym samym roku umarł mąż. Jednak jestem szczęśliwa, że taką drogę wybrał – mówi Janina Żuchowska z Sianowa, mama kleryka I roku.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół