• facebook
  • rss
  • Ultrasi Pana Jezusa

    ks. Wojciech Parfianowicz

    |

    Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 01/2014

    dodane 02.01.2014 00:00

    Ruch kibicowski. Nie należy go mylić z tzw. kibolami. Są w nim także księża i ministranci. Mówią, że Bożym człowiekiem trzeba być zawsze: przy ołtarzu i na stadionie, w pantoflach i w trampkach.

    Choć zima już dawno daje się we znaki, piłkarska jesień zakończyła się dopiero 18 grudnia. Drużyny Górnika Zabrze i Legii Warszawa rozegrały mecz 1/8 finału Pucharu Polski. Zaledwie dwa dni wcześniej zakończyła się ostatnia tegoroczna kolejka Ekstraklasy. Jednak piłkarze długo nie odpoczną. Już w lutym rusza następna kolejka... wiosenna. Polska liga nie ma czasu na zastój. Podobnie zresztą Liga Mistrzów i wiele innych. Po prostu kibice nie mogą zbyt długo wytrzymać bez piłkarskich emocji.

    Nieważne, jaka pora roku, oni zawsze mają w gotowości swoje szaliki. Nawet wtedy, kiedy, tak jak teraz, przez kilka tygodni meczów nie ma, wielu nie chowa szalików do szafy, lecz umieszcza je w swoim pokoju na honorowym miejscu. Okazuje się, że kibicowski szalik dobrze komponuje się nawet z koloratką. Nakładają go także i ci, którzy na co dzień służą przy ołtarzu w białej komży. Co ciągnie na stadiony księży i ich ministrantów?

    BKS i koronka

    Ks. Wojtek Panek, od lat zapalony kibic, wikariusz parafii Mariackiej w Słupsku, zorganizował już 16 wyjazdów na stadion. – Jeździmy przeważnie na mecze Lechii Gdańsk, ale były też inne spotkania. Zwykle mamy pełen autokar, a raz udało się nazbierać ok. 120 osób – mówi duszpasterz. Na jeden z ostatnich meczów roku 2013, pomiędzy Lechią Gdańsk a Legią Warszawa, ks. Wojtek oraz kilku innych kapłanów, równie szalonych kibiców, zabrali ze sobą ok. 60 ministrantów. – Czy się boję? Po pierwsze wiem, że jadą w dobrym towarzystwie – mówi Agnieszka Donaj, która odprowadza do autobusu dwóch swoich synów. Jeden ma 9, drugi 10 lat. – Synowie to piłkarscy zapaleńcy. Oglądają mecze, sami grają, chodzą nawet na treningi. Ja też kibicuję (śmiech). Oczywiście – Barcelonie. Jeśli chodzi o polskie kluby, to raczej Lechii. W drodze ze Słupska do Gdańska nie może się obejść bez nauki przyśpiewek. – „Każdy kibic wie, co to jest BKS, BKS, BKS!” – intonuje ks. Wojtek. Kiedy wybija godz. 15, rozpoczyna się koronka. 60 młodych gardeł powtarza: „Miej miłosierdzie dla nas i całego świata”. – W takim wyjeździe nie chodzi tylko o mecz. To także wspólna modlitwa, zdobywanie wiedzy w czasie konkursów, obejrzenie wartościowego filmu – tłumaczy ks. Bogusław Płocharski, który do Gdańska zabrał swoich podopiecznych z Ustki i okolic.

    Istny szał

    Wiedza niektórych chłopców o piłce nożnej zadziwia. Znają przepisy, potrafią wymienić nazwiska zawodników, historię ich karier sportowych. Inni niekoniecznie są wytrawnymi znawcami. – Czy nasi to ci biali? – pyta księdza opiekuna młody kibic ze Słupska mniej więcej po 7 minutach meczu. W każdym razie – jak twierdzi ks. Marcin Wolanin, wikariusz słupskiej parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa – kibicowanie to pasja, którą łatwo się zarazić. – Te emocje, ta adrenalina, tego nie ma gdzie indziej. To coś więcej niż relaks, oderwanie się od codzienności czy odpoczynek. To sposób na życie – dodaje ks. Wojtek Panek. Rzeczywiście, emocji jest sporo. Naszą rozmowę prowadzimy na trybunach przy stanie 0:0. Ks. Marcin co chwila przerywa słowami: „Moment, moment!”, bo akurat coś zaczyna się dziać na boisku. W pewnej chwili na polu karnym obrońca Legii fauluje lechistę. Sędzia dyktuje jedenastkę i pokazuje czerwoną kartkę. Na trybunach poruszenie. Kibice Lechii wstają z miejsc. Jest duża szansa na gola. Podobnie ks. Marcin – przez chwilę prawie zapomina, że rozmawiamy. Po kilkunastu sekundach piłka ląduje w siatce, a na trybunach zaczyna się szał. Szaliki idą w górę. Krzesełka na parę minut stają się niepotrzebne. Dzieje się. – Na stadionie jestem pierwszy raz. Jestem podekscytowany. W telewizji jest zupełnie inne odczucie. Warto jednak odejść od telewizora i być tutaj – przyznaje Michał Charko ze Słupska. – Myślę, że taki mecz to dobry sposób, żeby dać upust emocjom, które się w nas gromadzą – zauważa Tomasz Kroplewski, który do Gdańska zabrał ze Słupska 9-letniego syna.

    Co z kibolami?

    Niestety, emocje sięgają czasami szczytu... głupoty. – Chuliganerka to jest coś, czego nie można zaakceptować. Ci ludzie działają tylko w kontekście kibicowania, ale tak naprawdę ani mecz, ani wynik ich nie interesują – tłumaczy ks. Marcin. Księża obecni na meczu zgodnie podkreślają, że tego typu zjawiska to margines, niestety, nagłaśniany, co powoduje, że wielu ludzi boi się przyjść na stadion. Jednak na trybunach widok dzieci i młodzieży to wcale nie taka rzadkość. – Kiedy pojawiają się jakieś wulgarne okrzyki, to się mówi chłopakom, że tak nie powinno się robić. Ci chłopcy wszędzie słyszą przekleństwa, widzą też przemoc. Tutaj, jeśli coś takiego się zdarzy, możemy zareagować, bo jesteśmy razem. W ich życiu negatywne emocje są obecne. Nie da się odizolować ich od zła i udawać, że go nie ma. Tutaj możemy bezpiecznie i pozytywnie z tego wybrnąć, żeby oni wiedzieli, jak się powinni zachować, jak zareagować – mówi ks. Tomasz Kmiecik, który przywiózł na mecz grupę ministrantów z parafii św. Wojciecha w Kołobrzegu. Zresztą niektórzy młodzi chwytają w lot, o co chodzi w kibicowaniu. – Kibic to jest ktoś, kto dopinguje swoją drużynę i zachowuje się normalnie, a kibol przychodzi tylko po to, żeby się awanturować i robić zadymę. Chamski doping utrudnia grę obu drużynom. Prawdziwe kibicowanie uczy szacunku do innych, bo tu nie chodzi o to, żeby obrażać drużynę przeciwną, tylko żeby dopingować swoich – zaznacza Michał Kaczkowski, ministrant ze Słupska, gimnazjalista.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół