• facebook
  • rss
  • Nasz człowiek na kole podbiegunowym

    dodane 10.04.2014 00:00

    Pingwiny z Antarktydy nieczęsto oglądają człowieka. Z pewnością zaś pierwszy raz mogły podziwiać flagę Kołobrzegu.

    Zatknął ją tam kołobrzeski komandor i kapitan jachtowy Marek Padjas, który razem z międzynarodową załogą jachtu „Selma Expedition” dotarł na koło podbiegunowe.

    Wyprawa życia

    Na wyprawę swoich marzeń zabrał cząstkę miasta, z którym 30 lat temu związał życie. – Flagę Kołobrzegu dał mi przed wyjazdem jeden z kolegów, wziąłem ze sobą też banderę Ligi Morskiej. Te dwa bliskie memu sercu przedmioty miałem w plecaku. Kiedy je wyciągnąłem, okazało się, że wzbudziły ogromne zainteresowanie wśród pingwinów. Przymaszerowały, żeby je obejrzeć. Koledzy nawet trochę mi zazdrościli, bo sami o tym nie pomyśleli – śmieje się komandor. W młodości nie marzył o morzu. – Pochodzę z centralnej Polski. Marynarka to niespełnione marzenie mojego ojca, ale to brat lepiej rokował, nie ja – śmieje się po 30 latach zawodowego pływania. Przygoda rozpoczęła się w gdyńskiej szkole, choć zdając do niej, nie spodziewał się nawet, że zostanie przyjęty. Do Kołobrzegu też miał przyjechać tylko na roczny staż. Został na dobre, bo – jak mówi – spotkał wspaniałych ludzi. Pan Marek przyznaje, że wyprawa na Antarktydę jest dla niego nagrodą za lata przygotowań, zdobywania doświadczenia i pracy. – To chyba spełnienie marzeń każdego żeglarza. Niewiele jachtów tam pływa. To piękne miejsce, gdzie kompasy wariują, nawigacja na GPS jest mało prawdopodobna, a prognozy pogody zazwyczaj się nie sprawdzają. To jest wyzwanie. Przygotowywałem się do niego chyba całe życie – mówi wytrawny żeglarz, wiceprezes Ligii Morskiej i Rzecznej oraz nauczyciel Zespołu Szkół Morskich w Kołobrzegu. Bo i było do czego. Na drodze do wymarzonego celu są m.in. otoczone złą sławą przylądek Horn i Cieśnina Drake’a. Zła pogoda to tam norma. – Stykają się tam dwa oceany, wieją porywiste wiatry, fale są olbrzymie. Nasz 21-metrowy jacht serfował po nich jak deska. Nieumiejętne sterowanie grozi zalaniem kilku tonami wody albo wywrotką. Warunki są naprawdę ekstremalne. Przyzwyczajeni jesteśmy do wacht 4-godzinnych, a tam nie wytrzymywało się dłużej niż 30–40 minut za sterem. Cieśnina pochłonęła ok. 600 statków. W ostatnich latach zostały tam na zawsze także dwa polskie jachty – opowiada Marek Padjas. Nie ukrywa, że jest dumny z dwukrotnego opłynięcia przylądka Horn i dołączenia do elitarnego grona śmiałków, którym to się udało. – Symbolem Hornu jest albatros. Legenda mówi, że każdy albatros to marynarz, który odszedł na wieczną wachtę, więc wspominałem tam naszych kołobrzeskich żeglarzy, od których wiele się nauczyłem – wyznaje żeglarz. Wiele ciepłych słów ma także dla 9-osobowej załogi. To doświadczeni żeglarze z Polski, Nowej Zelandii i Czech. Tych ostatnich pan Marek podziwia najbardziej. – Kraj bez dostępu do morza, a żeglarzy ma wyśmienitych – śmieje się pan Marek. – Poznaliśmy się przez internet, ale okazało się, że to ludzie, którzy sprawdzili się w stu procentach. Na koniec napisaliśmy nawet piosenkę opisującą naszą podróż, dla utrudnienia: po czesku – dodaje z uśmiechem.

    Bar na końcu świata

    O pięknie antarktycznej przyrody może opowiadać bez końca. – Niektórym wydaje się, że to monotonny pejzaż. Nic bardziej mylnego. Góry lodowe, wbrew pozorom, nie są białe, mienią się rozmaitymi barwami: od błękitnego, przez zielony, różowy, a nawet czarny – mówi z rozmarzeniem komandor. Wiele może też opowiedzieć o ludziach, którzy pracują w tym nieprzychylnym człowiekowi środowisku: o naukowcach z Polskiej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego, którym przywieźli w podarunku worek czosnku, o stacjonujących niedaleko Brazylijczykach i o naukowcach z Peru, którzy mieszkają w namiotach. Załoga jachtu „Selma Expedition” to ostatni goście, którzy pojawili się tam przed antarktyczną zimą. – Zakładaliśmy, że płyniemy tak daleko, jak się da. Chcieliśmy odwiedzić też stację czeską, ale dotarliśmy do lodu i dalej płynąć się nie dało – mówi pan Marek. Udało się za to odwiedzić stację Wiernadski, którą Ukraińcy otrzymali w prezencie od Anglików. I słynny tamtejszy pub, najbardziej na południe wysunięty bar na świecie. Ukoronowaniem ponadczterotygodniowej wyprawy było stanięcie na kontynencie antarktycznym w pobliżu kręgu polarnego. Kołobrzeski komandor nie zamierza spocząć na laurach. – Po tym rejsie dostałem zaproszenie do udziału w regatach Sydney Hobart. To element przygotowawczy do niesamowitej wyprawy na Morze Rossa. Ten antarktyczny akwen jest praktycznie niezdobyty i niezbadany, bo tylko przez kilka tygodni w roku jest nieco wolniejszy od lodu. Dotarły tam cztery jachty, z czego dwa wróciły o własnych siłach, a jeden zaginął. Jeśli mi się uda, chciałbym tam popłynąć – zdradza żeglarz. Swoimi wrażeniami i miłością do morza dzieli się teraz m.in. z uczniami kołobrzeskiego Zespołu Szkół Morskich, którzy mu kibicowali. – Mówię im, że każdy ma jakiś Horn. Trzeba wyznaczać sobie w życiu takie momenty. Mogą się wydawać wręcz nieosiągalne, ale jeśli czegoś bardzo się chce, to małymi krokami, z pomocą ludzi, można je osiągnąć – uśmiecha się pan Marek.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół