• facebook
  • rss
  • Wielka posługa prostych rzeczy

    dodane 01.05.2014 00:00

    Pani Kazia przez całą Mszę trzymała się dzielnie. Dopiero gdy na koniec posypały się laudacje, gromko wyśpiewane życzenia 100 lat w zdrowiu i na szyi zawisł złoty medalik z Matką Boską Częstochowską jako podziękowanie, ze wzruszenia zaszkliły się
jej oczy. 


    Przez 30 lat rytm życia Kazimiery Majos wyznaczały kolejne Msze, nabożeństwa, uroczystości i święta, do których przygotowywała manowską świątynię, i czuwała, żeby do godnego sprawowania liturgii niczego nie zabrakło. Biegała codziennie między domem, gdzie trzeba było zadbać o siedmioro dzieci, a nowym kościołem, który wyrósł między starymi drzewami na wzgórzu, by umyć podłogę, bić w dzwony albo grabić lecące na ziemię liście. Z nieodłącznym różańcem w kieszeni. 
Bronisława Wojciechowska świetnie pamięta, jak 30 lat temu ks. Romuald Tomaszewski rozpoczął budowę manowskiej świątyni. I że pani Kazia od samego początku starała się, jak umiała, pomóc w realizacji tego dzieła. Bardzo chciała, żeby powierzono jej opiekę nad kościołem. – Potem ustanowiono tu parafię, i jako pierwszy objął ją ks. Andrzej Bujar. Na początku trochę mu nie pasowało, że kobieta jest zakrystianką, wolałby powierzyć te obowiązki jakiemuś mężczyźnie. Kazia, która już zostawiła swoje serce w tym kościele, to aż się rozpłakała. Podeszłyśmy do księdza grupą kobiet i przekonałyśmy go, że nikogo lepszego nie znajdzie. Wprawdzie przez pewien czas kościelnym był mężczyzna, ale Kazia i tak przychodziła pomagać – opowiada. 
Jak mówi, trudno nawet wyobrazić sobie manowską świątynię bez drobniutkiej, posiwiałej już pani Kazi. – Albo krzątającej się i doglądającej, czy wszystko zrobione, albo prowadzącej modlitwę różańcową. Wszyscy wiedzą, że jak jej nie ma w kościele, to musiało się coś ważnego stać, może chora, może trzeba pójść i sprawdzić – kiwa głową pani Bronia. 


    Służba życiem


    – Całe dzieciństwo właściwie upłynęło mi w kościele. Jeszcze malutka byłam, jak mama brała mnie za rękę i szłyśmy posprzątać. Dla mnie to było przeżycie, bo mogłam wejść do prezbiterium, cichutko stanąć na palcach i wyjrzeć zza ołtarza, co tam zza księżowskiej strony widać – śmieje się Ewa Turowska, najmłodsza z dzieci pani Kazi. 
Jak podrosła, to tak jak reszta rodzeństwa, ze ściereczkami, miotłami i całym porządkowym asortymentem, szła pomóc mamie w kościele. 
– Zwłaszcza przed świętami dużo pracy było i u nas, trochę inaczej niż w innych domach, najpierw szło się przygotować kościół, a dopiero potem zaczynało się szykowanie w domu. Ale za to wszyscy razem – wspomina pani Ewa. – Pamiętam też, jak mama zabraniała się zbliżać do świeżo wypranych i odprasowanych alb i obrusów, a my, jak to dzieci, strasznie ciekawskie byłyśmy i koniecznie chciałyśmy pooglądać, co tam też jest wyhaftowane – dodaje ze śmiechem. 
– Siedmioro nas było rodzeństwa, jedna siostra niepełnosprawna, więc łatwo mamie nie było. Po śmierci taty musiała o wszystko sama zadbać. Ale bez tej kościelnej służby to życia sobie chyba by nie mogła wyobrazić – dodaje Teresa Osmulska.
Dopiero teraz zdrowie zmusiło ją do pójścia na emeryturę. Wzruszona oddała proboszczowi klucze do kościoła i poprosiła o zwolnienie ze służby. 
– Podejrzewam, że trudno będzie jej się odzwyczaić i pewnie z przyzwyczajenia sprawdzi, czy światła pogaszone, czy wszystko z kościołem jest jak należy – zamyśla się pani Teresa. 


    Benemerenti dla kościelnej 


    – Trudno się będzie przestawić po 30 latach. Na szczęście klucze oddałam i kościół zamknięty, to już się kręcić nie będę – mówi cichutko z ciepłym uśmiechem pani Kazia, chociaż chyba samej jej trudno w to uwierzyć. 
– Jak się chce, to się na wszystko czas znajdzie. Zawsze jest coś do zrobienia, człowiek nie musi szukać pracy, sama go znajdzie. A z różańcem w ręku łatwiej – zdradza prostą receptę. 
Z taką samą prostotą za nic zgodzić się nie chciała na zajęcie honorowego miejsca podczas Mszy św., którą proboszcz w jej intencji odprawił. Wolała usiąść w ławce, jak zawsze, razem ze swoimi. I dalej nadziwić się nie może, że takie zamieszanie w kościele z jej powodu: kwiaty, podziękowania i list, który proboszcz wysłał do ojca świętego z prośbą o uhonorowanie jej papieskim medalem Benemerenti za szczególne zasługi dla Kościoła. 
– To są rzeczy wielkie i trzeba je pokazywać. I dziękować takim ludziom z całego serca – mówi ks. Dariusz Jaślarz, który choć proboszczuje w Manowie zaledwie drugi rok, zdążył doświadczyć, jak wielką pomocą jest pani Kazia – kościelna. 
– Pomyślałem, że warto okazać wdzięczność komuś, kto przyczynił się do budowania tego manowskiego Kościoła. W tych, wydawałoby się, zwykłych czynnościach tkwi coś niezmiernie ważnego: bycie dla wspólnoty. W niej każdy znajdzie miejsce i sposób, żeby służyć tym, co ma i co potrafi: swoją modlitwą za współbraci, swoim głosem, śpiewając podczas liturgii, siłami i czasem ofiarowanymi, żeby w świątyni było czysto, ładnie. Nie robią tego dla siebie czy dla księdza proboszcza, robią to dla wspólnoty. Czasem nam się wydaje, że do tego, byśmy się zaangażowali w życie Kościoła, potrzebne są jakieś niezwykłe talenty, wielkie gesty. A tymczasem może to być mycie podłogi, grabienie liści, ale najważniejsze – serce oddane wspólnocie – dodaje duszpasterz.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół