• facebook
  • rss
  • Potyczki o krowie rogi

    dodane 03.07.2014 00:00

    Turniej miast. W historii było wiele wojen i waśni, ale tylko dwa miasta świętują rocznicę bitwy o… krowę. W tym „zatargu” dzisiaj obywa się bez ofiar, a ucierpieć może jedynie honor.

    Echa sporu o nieszczęsną mućkę brzmią w regionie od blisko 550 lat, zagrzewając mieszkańców Białogardu i Świdwina do stawania w szranki. Na szczęście współcześnie nie notuje się ofiar, choć zawodnicy dwóch rywalizujących ze sobą drużyn każdego roku nie szczędzą potu w walce o trofeum turnieju: krowie rogi.

    A wszystko zaczęło się od umowy, którą zawarli ze sobą dwaj mieszkańcy sąsiadujących ze sobą grodów. Jak głosi legenda, pewien chłop z Remmin dał na przechowanie mieszkańcowi Białogardu krowę. Z wiosną jednak zwierzę nie wróciło do właściciela, stając się przyczyną wzajemnych najazdów. Kroniki podają, że obie strony ostatecznie starły się ze sobą w borze Langenschen 15 lipca 1469 roku. Bitwa zakończyła się sukcesem świdwińskich mieszczan i rycerzy, prowadzonych do walki przez Kristofa von Polentzke. W tym czasie ktoś został zagłodzony w wieży, ktoś inny zapłacił okup. Jak to w tamtych czasach bywało. Co stało się z krową, do końca nie wiadomo, same zaś wydarzenia zostały spisane dla potomnych. W zamkowej bibliotece w Świdwinie 500 lat później przeczytał o nich nieżyjący już Leon Zdanowicz, pracownik świdwińskiego Powiatowego Domu Kultury, i postanowił bitwę powtórzyć. Tak rozpoczęła się, sięgająca już 46 lat, historia turnieju miast. Gospodarzem tegorocznej edycji „Bitwy o krowę”, największego i najstarszego w regionie turnieju miast, był Świdwin. Impreza postawiła na nogi całe miasto już przed południem. Opłaciwszy myto przy bramie, wojowie, jak każe tradycja, pierwsze kroki skierowali do kościoła Mariackiego, żeby prosić o błogosławieństwo przed walką. Potem udali się na podzamcze, gdzie historyczny spór rozgorzał na nowo.

    Do ostatniej kropli potu

    Marian Wiszniewski, kasztelan zamku, obiecał uczestnikom widowiska, że bez względu na to, kto wygra, przyjaźń między miastami będzie trwała nadal. Bojowych emocji nie brakowało. Żadna z drużyn tanio skóry sprzedać nie chciała, szala zwycięstwa przechylała się to na jedną, to na drugą stronę. Tym bardziej że przygotowane przez organizatorów zmagania konkursowe wymagały nie lada zręczności. – Poczułem się jak Indiana Jones – śmieje się Paweł Paczkowski, świdwinianin, który okazał się lepszy w łapaniu drewnianego cielaka na sznurek. – Myślałem już, że nie dam rady, bo prawie wcale nie ćwiczyłem, ale zostało mi trochę doświadczenia z ubiegłego roku – dodaje ze śmiechem. Każdemu, kto próbował kiedykolwiek zrobić własnoręcznie masło, także nie trzeba tłumaczyć, że potrzeba do tego sporo umiejętności i cierpliwości, o którą trudno, gdy liczy się czas. – Było ciężko, chociaż sporo trenowałam. Wczoraj pięknie mi się masło zrobiło, a teraz szło opornie – potwierdza zasapana jeszcze Elżbieta Góral z Białogardu. Choć w ubijaniu masła ma niemałe doświadczenie, tym razem z poświęceniem godnym podziwu musiała zmagać się z oporną kierzanką.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół