• facebook
  • rss
  • Zdobywcy Wysp i... charakteru

    dodane 07.08.2014 00:00

    – Wyprawa to nie tylko kręcenie kilometrów i widoki. To szkoła pokory i zaufania opatrzności Bożej – mówią rowerzyści, którzy wrócili właśnie z podboju Londynu.

    Według ks. Mariusza Ambroziewicza, świat najlepiej poznawać z rowerowego siodełka. Przejechanych kilometrów nawet nie próbuje liczyć, za to lista miejsc, które zwiedził na dwóch kółkach, zdaje się nie mieć końca. Swoją pasją co roku zaraża kolejnych młodych ludzi, którzy towarzyszą mu w jego wyprawach. – Tym razem było to niemal „przedszkole rowerowe”. Dla 5 z 7 uczestników była to pierwsza taka wyprawa w życiu – śmieje się ks. Mariusz, wikariusz koszalińskiej parafii katedralnej.

    Ich celem była stolica Wielkiej Brytanii. Z Koszalina to ok. 1600 km. Jak na możliwości ekip jeżdżących z ks. Mariuszem, które dotarły nawet do Afryki, to pestka. – Ta wyprawa nie była tak trudna jak inne, ale różniła się od poprzednich. Po pierwsze nigdy na rowerowym siodełku nie doświadczyłem tyle deszczu, nigdy nie przejechałem tylu kilometrów po ścieżkach rowerowych i nigdy w życiu nie widziałem, żeby 13-latek tak dobrze sobie radził z tyloma kilometrami do przejechania (brawa dla Mateusza!) – dzieli się wrażeniami Darek Pszczoła. Ksiądz Mariusz po raz pierwszy obrał kurs na Anglię. – Raczej nie ciągnęło mnie na Zachód, preferuję Wschód i Południe – mówi, choć przyznaje, że po ubiegłorocznej wyprawie do Gruzji rowerzyści zatęsknili za nieco bardziej cywilizowanym i nie tak ekstremalnym regionem. – A że stale zapraszała nas do siebie Iza, uczestniczka wcześniejszych wypraw do Afryki i do Grecji, to nie było się co zastanawiać – śmieje się duszpasterz.

    Nakręceni na cel

    Dla Darka była to 7. wyprawa, więc obaw o jej finał nie miał. Za to Kasię Dyrdę, jedyną dziewczynę w ekipie, na początku ogarniały wątpliwości. – Bałam się przede wszystkim tego, że nie dam rady i będę przeklinać dzień, w którym dałam się przekonać. Po pierwszym dniu już wiedziałam, że będzie w porządku – opowiada i dodaje, że podeszła do sprawy ambicjonalnie: jest cel i trzeba go osiągnąć – mówi krótko, choć po drodze kryzysów nie brakowało. – Doświadczenie przygody, w której nie ma lekko i nie wiadomo ani jaka będzie ta droga, ani jak się skończy, jest piękne. Kilkanaście dni to niewiele, ale nie mam wątpliwości, że to, co zdarzyło się podczas wyprawy, zakiełkuje i zaowocuje później – na studiach, w pracy, w chwilach, kiedy po ludzku już tak bardzo się nie chce. I w relacjach z Panem Bogiem też. Bywa, że momentami w bólach trzeba o tę relację powalczyć, bo... warto – zdradza swoją filozofię życiową ks. Mariusz. Tym bardziej poruszyła go na początku wyprawy „dezercja” jednego z uczestników. – Pierwszy raz zdarzyło mi się coś takiego, że ktoś po pierwszym dniu odpuścił i nie dawał się namówić na dalszą drogę. Uczciwie postawił sprawę, że się nie przygotował, ale gorsze jest to, że nie podjął wyzwania. Często mamy w życiu dobre postanowienia i nagle się okazuje, że coś zawaliliśmy w danym momencie. I co? Odpuścić sobie wszystko? Trzeba się pozbierać, wziąć na siebie ciężar konsekwencji. Może będzie bardziej bolało przez moje zaniedbanie, ale ja działam dalej. To szkoła pokory, która niesamowicie przydaje się potem w życiu. Ci ludzie wracają mocniejsi. I dlatego tak ubolewam, że ktoś zrezygnował od razu, nie dał sobie szansy przeżycia swojej słabości – mówi po duszpastersku. – Każdy zaliczył kilka wzlotów i upadków. Ja postawiłem sobie za punkt honoru, że przejadę całą trasę, od początku do końca, i nie ma innej opcji. Jadąc na rowerze tak daleko, wiesz, że to twoje własne nogi cię zawiozły. Dla takiego uczucia i takich wspomnień warto się pomęczyć – kiwa głową Michał Dziduch i, mimo zmęczenia, zapewnia, że znów chciałby się wybrać w taką drogę.

    Szkoła zaufania

    Bo jest co wspominać. Choćby budzące jeszcze dreszcze na plecach holenderskie ścieżki rowerowe, które mogą – wbrew pozorom – nieźle napsuć krwi rowerzyście, czy mętlik w głowie wywołany lewostronnym ruchem drogowym. Przede wszystkim jednak ludzi, których Pan Bóg stawiał im na drodze. – Nie przypominam sobie, żeby na którejkolwiek wyprawie udawało nam się mieć takie fantastyczne noclegi. Gospodarze rozpieszczali nas takimi świetnymi sprawami, jak dostęp do pralki czy pyszny domowy obiad! Szczególnie chciałbym podziękować Jarkowi i jego narzeczonej, który przyjął nas do swojego domu, wiedząc o nas tylko tyle, że mamy wspólnego znajomego w Polsce – opowiada Darek. Jak dodaje ks. Mariusz, każda wyprawa to także szkoła zaufania Opatrzności. – Są chwile, w których człowiek już nic nie może, tylko się modlić, bo czuje, że po ludzku nie ogarnie. W Holandii zupełnie nie mieliśmy się gdzie podziać na noc. Amsterdam to nie jest miejsce, w którym spontanicznie znajdzie się jakiś nocleg. Uruchomiliśmy wszystkie kontakty i... zdaliśmy się na Pana Boga. Tak znalazł się człowiek, totalnie zafascynowany rowerami. W ramach rozgrzewki przed wyścigiem, w którym miał na drugi dzień startować, wyjechał po nas na trasę i zabrał do siebie. Obcy ludzie, nigdy nie widzieliśmy ich na oczy, przyjęli całą ekipę pod swój dach na dwie noce i ofiarowali nam mnóstwo pomocy i serca – wspomina. I, oczywiście, już obmyśla koleją wyprawę. Tym razem kierunek: Albania. – Tam będzie trochę trudniej, bo i góry, i gorąco. To też potrzebne – doświadczyć 40 stopni w cieniu, zostawiać za sobą mokry ślad podczas podjazdów i poczuć parzące po nogach powietrze, kiedy zjeżdża się z góry. To dobre rzeczy, które warto przeżyć, bo jak się człowiek porządnie skatuje, to wzmacnia mu się charakter – uśmiecha się duszpasterz.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół