Nowy numer 16/2018 Archiwum

Uczyć się Niepodległej

Z okazji narodowej rocznicy śpiewano, recytowano, a nawet biegano. Nie brakowało też pomysłów na to, żeby z okazji święta poznawać historię, zwłaszcza tę lokalną.


Dla wielu naszych rówieśników patriotyzm nie ma znaczenia, staramy się więc przekonywać, że to jest coś niezmiernie ważnego – mówi Rafał Kowalczyk, prezes jastrowskiego oddziału Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. – A ponieważ akademie czy patetyczne uroczystości nie sprawdzają się raczej, stawiamy na formę poznawania historii przez dobrą zabawę – dodaje.


Wieża Ingi


Siedzimy pod dwoma wielkimi mieczami, które, ustawione przy głównej ulicy, przypominają, że przez miasto przebiegał krwawo zdobywany podczas II wojny światowej system umocnień: Wał Pomorski. Czekamy. 
To jeden z punktów kontrolnych, na których muszą się zameldować uczestnicy corocznej patriotycznej gry terenowej.

– Gry są okazją, żeby się spotkać, bo na co dzień mieszkamy w różnych miastach, często sporo oddalonych od siebie, ale przede wszystkim to zaproszenie do tego, by poznawać historię, wiedzieć, w jakim miejscu żyjemy, i umieć czerpać z przeszłości – dodaje Aleksandra Terkiewicz. 
W tym roku organizatorami są młodzi jastrowianie. Oprócz pytań dotyczących historii powszechnej przygotowali też parę zagadek związanych ze swoim miastem. Żeby rozwiązać krzyżówkę, trzeba było np. znaleźć dawny ratusz czy niepozorny, zielony dom stojący naprzeciw kościoła św. Michała Archanioła. – Niewiele osób wie, że właśnie tutaj zaraz po wojnie mieszkał Leon Kruczkowski. I że to z tej kościelnej wieży strzelała Inga, bohaterka jego dramatu „Pierwszy dzień wolności” – opowiada Rafał. 
– Realizując jeszcze w gimnazjum projekt edukacyjny, dowiedziałam się, że tu, gdzie teraz biegnie droga krajowa, był piękny plac, a w mojej kamienicy mieszkali… królowie. Trochę inaczej teraz patrzę na moje Jastrowie. Jeśli my sami nie będziemy znać historii swoich miast, to kto będzie o niej pamiętać? – kiwa głową Ola. 


Małe miasto, wielka historia


– W 1918 r. na tym terenie nie było Polski, nie było więc odzyskiwania niepodległości. Ale chcieliśmy z okazji święta zaprosić mieszkańców Białego Boru do odkrywania historii miasta z całą jego bolesną przeszłością. Ci, którzy tu mieszkali przed 1945 rokiem, zostali wypędzeni bądź sami uciekli, a na ich miejsce przyjechali inni, także wcale nie dobrowolnie – mówi w innym, także leżącym na Wale Pomorskim mieście, Arnold Kozłowski ze Stowarzyszenia Historycznego Erika. Przyjechał z Poznania, ale pochodzi z Wałcza, więc doskonale wie, jak trudne i żmudne było budowanie polskości na tzw. Ziemiach Odzyskanych. – Potrzeba było kilku pokoleń, żeby zbudować tu prawdziwy dom. Święto niepodległości to także święto naszej tożsamości. Dobrze znać przeszłość miejsca, w którym się mieszka, nawet jeśli ta przeszłość nie była od początku nasza, polska i wcale nie była najłatwiejsza – dodaje. 
Wyreżyserowaną przez niego opowieść o tragedii wypędzonej niemieckiej ludności cywilnej, mieszkającej w Białym Borze przed wojną, oraz o niepewnej przyszłości przywiezionych tutaj nowych mieszkańców, również tych z akcji „Wisła”, którzy musieli tu znaleźć nowy dom, potęgował huk wystrzałów z dział, serie z karabinów i zasnuwające wszystko dymy pożarów.


Padły strzały


W inscenizacji przygotowanej z okazji narodowego święta obok złotowskich rekonstruktorów wzięli udział sami białoborzanie. 
– Bałyśmy się z koleżanką, że popsujemy wszystko, śmiejąc się w trakcie występu, ale jak przyszło co do czego, pojawili się żołnierze z bronią, padły strzały, to okazało się, że to coś więcej niż tylko zabawa – dzieli się wrażeniami Joanna Karniewicz, która w inscenizacji wystąpiła razem z córką Olą i synem Hubertem. 
Adam Beszczyński, emerytowany wojskowy, z okazji święta zamienił mundur na… sutannę. W inscenizacji zagrał pastora baldenburskiej wspólnoty. – To dobry pomysł na uczczenie historycznej rocznicy. Może mniej patetyczny, ale nie mniej wzruszający. Wprawdzie nie za bardzo mogłem się przyglądać publiczności, ale sporo osób mówiło, że miało łzy w oczach – opowiada. 
– To historia naszych dziadków, rodziców. Warto ją znać i szanować. Po czymś takim chyba łatwiej przychodzi używanie tych wielkich słów, do których na co dzień zwykle nie przywiązuje się wagi: patriotyzm, Polska, ojczyzna – mówi pani Monika. Razem z małym Hubertem oglądała, jak w roli aktora sprawdzi się jej starszy syn Wiktor. – Syn bardzo się zaangażował, mocno wczuł się w tę historię poprzez udział w przedstawieniu. Zrozumiał też, że historia działa się nie tylko gdzieś w Warszawie czy w Krakowie, ale też tutaj, na ulicach jego miasta odbywało się coś ważnego – dodaje. 


« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma