• facebook
  • rss
  • Siostry stąd

    ks. Wojciech Parfianowicz

    |

    Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 51-52/2014

    dodane 18.12.2014 00:15

    Mimo że nie noszą habitów, dla wielu są wyraźnym znakiem. Ich charyzmatem jest... diecezja koszalińsko-kołobrzeska.

    Stanęła na mojej drodze 19 lat temu. Byłem nieufny, bo Pana Boga też przepiłem. Ale jak zobaczyłem, że ta kobieta chodzi nawet do kryminału, żeby rozmawiać ze skazanymi, wzięło mnie to. Zacząłem za nią chodzić – śmieje się Stanisław, trzeźwy alkoholik z Czarnego, mówiąc o jednej z sióstr. – Dziś wiem, że Pan Bóg mnie przez nią wyciągnął – dodaje z przekonaniem.

    Służyć połamanym

    – Od samego początku przyjeżdżali do nas ludzie z różnymi problemami, także narkomani i alkoholicy. Szukali swojego miejsca, wielu się nawracało – mówi s. Renata Kościelska, wspominając początki działalności w Lipiu. Posłanie „na peryferia” to ewidentnie rys tej wspólnoty. A takich peryferii na Pomorzu nie brakuje. – Bóg chce, żebyśmy szły do tych, którzy się nie liczą, nie mają znaczenia. Świat dzisiaj ceni młodość, piękno, sprawność, efektywność. Na marginesie pozostają starsi, ci, którzy się pogubili, wpadli w uzależnienia, są poranieni. Chcemy im pomagać, aby odzyskali poczucie godności – wyjaśnia s. Małgorzata Glanc, przełożona. Spośród 21 sióstr niektóre pracują z alkoholikami, m.in. w ośrodku w Stanominie. Ich stałą placówką jest Dom Samotnej Matki w Koszalinie. Jedna z sióstr współpracuje z Domem Miłosierdzia.

    Zawsze w Oazie

    W diecezji trudno sobie wyobrazić Ruch Światło–Życie bez sióstr z Lipia. Od prawie 40 lat współprowadzą rekolekcje oazowe. Wielu ludzi w całej Polsce przyznaje, że Lipie czy też pobliska tzw. Rola zmieniły ich życie. Mają na myśli nie tylko miejsce, ale i klimat, który stworzyła tam Wspólnota Dzieci Łaski Bożej. – Po raz pierwszy spotkałam siostrę na oazie. Ale było to coś więcej niż spotkanie z siostrą zakonną. Nie czułam dystansu. Wiele jej zawdzięczam – przyznaje Karolina Korall z Wałcza, mówiąc o jednej z sióstr. Jednak związki wspólnoty z Ruchem Światło–Życie to nie tylko rekolekcje. – Jesteśmy uformowane przez ruch. Dlatego w naszej wspólnocie widać jego ducha. To sposób patrzenia na człowieka, na Kościół, na liturgię – podkreśla s. Małgorzata.

    Nietypowo, też po Bożemu

    – Jestem jedyną lektorką języka szwedzkiego w Koszalinie – przyznaje s. Barbara Wilkowska. Wspólnota miała kiedyś placówkę w Szwecji, gdzie siostra spędziła 13 lat. – Uczę w szkole językowej. Nigdy nie mówię o tym wprost, ale uczniowie wiedzą, że jestem siostrą. Wywiązują się różne rozmowy – opowiada. Niektóre siostry mają wykształcenie pedagogiczne. Uczą nie tylko katechezy, ale także w ramach edukacji wczesnoszkolnej. W życiu ślubami przydaje się wszystko. Siostra Renata oprócz tego, że jest specjalistką od nauk o rodzinie, ma smykałkę do spraw technicznych i rolniczych. – We wspólnocie robiłam rzeczy, jakich wcześniej nie wyobrażałam sobie. Przydały się np. różne kategorie prawa jazdy. Mam A, B, C, D i T – wylicza. Siostry pracują też w Wyższym Seminarium Duchownym, pomagają przy kilku parafiach.

    Bez habitu

    Charakterystyczny brązowy strój jest już w diecezji dobrze znany. Nie jest to jednak habit i siostry używają go raczej od święta. – Habit jest ważnym znakiem, ale my obrałyśmy inną drogę. Wynikało to z tego, do kogo Bóg nas posyłał. To byli często ludzie pogubieni, dla których habit, bardziej niż znakiem, mógł być barierą. Zresztą, przecież dziecko nie poznaje, że mama i tata są małżeństwem tylko po obrączce, ale po relacji, jaka jest między nimi. Najważniejsza jest nasza relacja do Jezusa. Po tym przede wszystkim ma być widać, że jesteśmy siostrami – wyjaśnia przełożona wspólnoty. Jak podkreśla, bezhabitowa strategia często się sprawdza. Chodzi w niej o nawiązanie relacji z człowiekiem najpierw na płaszczyźnie ludzkiej, bez otoczki instytucjonalnej, która dla niektórych może być początkowo nie do pokonania.

    Co z powołaniami?

    Sióstr z Lipia jest mniej niż kiedyś. W nowicjacie nie ma obecnie żadnej. – Trudno powiedzieć, czemu tak jest. Może to nasza niewierność powołaniu? Może Pan Bóg chce nam coś powiedzieć? Z drugiej strony powołania są. Odkąd jestem przełożoną zgłosiło się chyba siedem osób, ale ze względu na różne uwarunkowania swego życia nie były w stanie pójść tą drogą. Trzeba się modlić nie tylko o powołania, ale też za powołanych, aby byli w stanie odpowiedzieć. Poza tym, niezależnie od tego, ile nas jest, możemy gorliwie kochać Jezusa – podkreśla s. Małogorzata Glanc.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół