• facebook
  • rss
  • W garderobie pani katechetki

    dodane 15.01.2015 00:15

    Kangur wyłonił się z żółtej zasłony, koń to drugie życie starej kurtki, a na najnowsze dzieło – turonia trzeba było poświęcić rękaw kożucha. Wyobraźnia i zręczne palce pani Grażyny potrafią zdziałać cuda.

    Pierwszy był słoń. „Dwuosobowy” i z prawdziwą trąbką… w trąbie. Na zdjęciowej dokumentacji kolejnych przedstawień, jasełek i szkolnych wydarzeń cała menażeria: zajączki, małpki, świnki, a nawet nosorożec albo krokodyl. – Przez te wszystkie lata powstał już chyba cały ogród zoologiczny – śmieje się Grażyna Nowak. – Zaczynałam od uczenia techniki. Znajdowałam w sobie zdolności bardziej do mechaniki niż plastyki. Talenty do tworzenia przebrań odkryłam, kiedy zostałam wychowawcą w domu dziecka. Tam powstał pierwszy kostium na potrzeby któregoś z występów podopiecznych – wspomina początki swojego hobby.

    Talenty dziedziczone

    Choć pani Grażyna na co dzień uczy religii, również dobrze mogłaby zostać kostiumologiem. W niewielkim, przytulnym mieszkanku na jednym z pilskich osiedli ma prawdziwą teatralną garderobę, którą stworzyła własnymi rękoma. Ile strojów udało się wyczarować w krawieckiej pracowni pani Grażynki? Będzie ich grubo ponad setka. Na wieszakach pysznią się falbaniaste suknie i świecące cekinami kamizelki. W niezliczonych workach i pudełkach pochowane są czapki, buciki, ozdoby. Rachunków nie ułatwia to, że poszczególne elementy strojów są wielokrotnego użytku.

    Coś odpruć, coś doszyć i już powstaje zupełnie nowy kostium. – O, ta spódniczka królewny Śnieżki jak najbardziej nada się do zrobienia kaczki – pani Grażyna demonstruje żółte falbany. Wystarczy dołożyć czapkę z dziobem na głowę, specjalnie uformowane na kształt ptasich łap rajstopy i przedstawicielka drobiu już może wchodzić na scenę. – Teraz, jak pada pytanie o jakąś postać, to najpierw robię przegląd wieszaków, worków i pudeł. Na pewno coś się znajdzie – nie ma wątpliwości. Tworzenie nowych strojów i teatralnych dekoracji to prawdziwa pasja pani Grażyny. – Szyć nauczyłam się sama. W domu królowały haftowane i niciane serwetki, otoczona byłam ładnym rzeczami zrobionymi ręcznie. Moja mama dużo szyła, haftowała, robiła na drutach. O, proszę, tu jeszcze jest kamizelka, którą wydziergała na drutach. Służy teraz czasami w przedstawieniach pasterzom. Tata też miał zdolności manualne, potrafił wiele rzeczy zrobić, zbudować. Pewnie odziedziczyłam po nich trochę talentów – opowiada skromnie, choć oprócz szycia strojów równie dobrze radzi sobie z włóczką i drutami, a jak potrzeba, to coś wyhaftuje. – Czasami znajomi mówią mi, ze powinnam uczyć techniki czy plastyki. Wprawdzie zrobiłam nawet podyplomowe studia w tym kierunku, ale myślę, że gdyby nie katechizowanie, nigdy bym się za szycie nie wzięła. Więc może i dobrze, że uczę religii, a nie techniki? – zastanawia się, przeglądając kolejne pudełka w poszukiwaniu co oryginalniejszych nakryć głowy.

    Szyje się samo

    Inspiracje mogą znaleźć się wszędzie. Tak jak materiały potrzebne do stworzenia nowego kostiumu. Na dnie szafy, w sklepie z używaną odzieżą. Czasem przyniesie coś ktoś znajomy, wiedząc, że będzie umiała dać nowe życie wysłużonej kurtce albo nieco nadgryzionym zębem czasu koronkom. Albo kozaczki i torebkę przerobi na królewskie ciżmy. Jak te, które powstały na potrzeby jubileuszu ćwierćwiecza szkoły należącej do wielkie rodziny szkół jadwiżańskich. Pani Grażyna nie tylko ubrała od stóp do głów Jagiełłę, ale także stworzyła pojazd dla królowej Jadwigi. Zaprzężone do meleksa uszyte przez nią konie robiły imponujące wrażenie. – Ten koń – a właściwie jego głowa – wystąpił raz jeszcze. Podczas ostatniej Plejady Wszystkich Świętych razem ze smokiem stanowił element stroju św. Jerzego – opowiada. Na jasełka potrzeba strojów dla trzydziestoosobowej obsady. Z wyobraźnią kłopotów nie ma żadnych, a krojenie, fastrygowanie i zszywanie to czysta przyjemność. – Lubię to robić, więc kiedy biorę się do roboty, to samo się szyje – śmieje się katechetka. – Może to i mało wychowawcze, że to ja szykuję dla uczniów wszystkie kostiumy, ale nie mam rodziny, więc trochę tej miłości przelałam na swoje szkolne dzieciaki. A z drugiej strony nie wszyscy rodzice mają zdolności manualne, niektórych nie stać na wypożyczenie czy zrobienie przebrania, a jeszcze inni po prostu nie mają czasu. Ja mam jakiś talent, więc go nie zakopuję. Dla mnie to satysfakcja zrobić coś własnymi rękoma dla dzieciaków – radość z przebrania. A to najważniejsze – dodaje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół