• facebook
  • rss
  • Nagle spada na nas cisza

    dodane 15.01.2015 00:15

    112 młodych z koszalina, słupska, ustki i szczecinka wróciło ze spotkania Taizé. Pełni entuzjazmu, odnowieni na duchu. Mówią, że trzeba pojechać daleko, żeby porządnie pomilczeć przed Bogiem.

    Nie był to wyjazd all inclusive. Ale to im nie przeszkadzało. Oliwia zakwaterowana była w szkole bez prysznica, myła się w zlewie. Mówi, że z tego powodu było... śmiesznie. Trajan, na co dzień wymagający wygodnego łóżka, osobnego pokoju i własnej toalety, trafił na plebanię, gdzie zamiast łóżka miał materac, pokój dzielił z 25 osobami, a do jedynego WC musiał czekać w kolejce. Zniechęcił się? Nie, postanowił minusy przekuć na plusy i już szykuje się na kolejną pielgrzymkę. Nie inaczej widzi to Natalia. – Żeby z miejsca zakwaterowania dotrzeć do Pragi, musiałam iść 2 km lasem. W tym zimnie, wilgoci to była moja droga krzyżowa. Spaliśmy jak w mrowisku, ściśnięci po 10 osób. Ale od czeskich gospodarzy doświadczyliśmy samej miłości. W niewykończonym jeszcze domu przyjęli 25 osób. Po sąsiedzku było podobnie, więc mieliśmy kaplicę na miejscu, w lesie – opowiada.

    Z humorem, bez łatek

    Codzienne dojazdy na miejsce spotkań w Pradze stały się okazją do okazywania radości z bycia chrześcijaninem. – W podmiejskim pociągu zaczęliśmy śpiewać. Podchwycił to ksiądz jadący z młodzieżą z Krakowa i po chwili wagon zamienił się w salę koncertową. Śpiewaliśmy po polsku, ukraińsku, francusku. Nawet ci, którzy nie jechali na Taizé, dołączali się do nas – wspomina Kamil, zaś Hania opowiada, jak swojsko brzmiały polskie kolędy w czeskim wagonie. Zresztą na Polaków można się było natknąć na każdym kroku. Młodzi różnych narodowości nie przyczepiali sobie stereotypowych łatek. – W szkole mieliśmy pokój z Ukraińcami, Niemcami i Polakami. Nikt nikomu nie dogryzał. Zależało nam, by się poznać, porozumieć – zauważa Dominika. Inni dodają, że spostrzeżenia dotyczyły temperamentu; nie tego, że Polacy to np. złodzieje, lecz że Włosi są hałaśliwi.

    Zmusza do przemyśleń

    Przygaszone światła. W centrum hali niewysoki podest, na nim klęczą bracia z Taizé. Wokół tysiące ludzi. Dla Oliwii to replika Taizé, w którym miała okazję być w wakacje, dlatego łatwiej było jej poddać się znajomej atmosferze wyciszenia. Emilce pomagały w tym medytacyjne kanony, śpiewane w różnych językach. Dominice nawet trudno określić, co ją tak zawsze wzmacnia na ESM. – To młodzi, którzy nie wstydzą się wiary – podpowiadają towarzysze pielgrzymki. – Po co tam pojechałem? Żeby stanąć przed samym sobą. W mieście trudno jest o ciszę, zawsze gdzieś ktoś musi coś mówić. Chciałem doświadczyć Boga. Doświadczyłem. Cisza mi w tym pomogła – mówi Trajan. Ma dość uciekania się w kontaktach z ludźmi do telefonów, esemesów, braku rozmów twarzą w twarz. – Na Taizé siedzę na betonie na kocu i, nawet patrząc się w ścianę, dochodzę do pewnych odpowiedzi. Dominika wręcz odczuła tę niezwykłą ciszę. – Ona zmusza do przemyśleń i wie się, że robią tak wszyscy – tysiące ludzi obok mnie także myślą o swoim życiu, o tym, co się zdarzyło w tym roku, co z tym dalej zrobić. Dlatego są przy tym emocje, nawet łzy płyną – wyznaje nastolatka. Piotr porządkuje temat. Próbuje prześledzić, jak do tych emocji dochodzi. – Przychodzimy na modlitwę, która trwa ok. 50 minut. Zaczynamy śpiewać i rozważać cytaty z Pisma Świętego. Mija trzy czwarte spotkania i nadchodzi czas milczenia. Każdy się już wyśpiewał, nawet chce już zamilknąć... – ...po całym dniu aktywności – dojazdach, spotkaniach w małych grupach, Mszy św., zwiedzaniu, posiłkach – uzupełnia Hania. – Nagle spada na nas ta wieczorna cisza. I przynosi ulgę, odpoczynek.

    Poza szablonem

    – Co dla Chorwata znaczy być solą ziemi? On i ja zastanawialiśmy się nad tym w naszej grupce. I każdy z nas dochodził do wniosku, że nie to, by wejść w szablon idealnego katolika – podsumowuje Trajan. Dla Hani odkryciem było, jak młodzi chrześcijanie, gdy są razem, potrafią być twórczy. – Odsłaniały się przed nami kolejne wymiary tej samej sprawy. Aż nie chciało się przerywać tych rozmów, więc kończyliśmy po czasie – mówi. Młodzi nie byliby sobą, gdyby nie chcieli przełożyć tego, co przeżyli w Pradze, na własne podwórko. – Może zorganizujmy koncert? – rzuca Trajan. – Albo wieczór „taizé’owski” – podchwytuje Oliwia. – Świetnie! – reagują wszyscy z entuzjazmem. – Zróbmy to!

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół