• facebook
  • rss
  • Dwie godziny troski

    dodane 15.01.2015 00:15

    Minęła przerwa świąteczna, zaczynają się ferie. Dzieci mają dużo wolnego czasu, więc siostry szensztackie zaprosiły je na bal.

    Wspólnot w Dziele Szensztackim jest ponad 25, Szensztacki Instytut Sióstr Maryi zajmuje się gałęzią żeńską dzieła, głównie pracą z kobietami i rodzinami. – Zaczynamy od samych podstaw, czyli dzieci. To jest nasz sposób na pokazanie, że interesujemy się sobą w Kościele. Nie musi to koniecznie zmierzać do jakiegoś wymiernego celu, jest to bezinteresowne, a poza tym nigdy nie wiadomo, jaki będzie dalszy ciąg. Jeden sieje, drugi zbiera, ale to Pan Bóg daje wzrost tam, gdzie sam chce – tłumaczy s. Aleksandra Mikołajczak z Góry Chełmskiej. Z początkiem nowego roku siostry zatroszczyły się o dzieci z koszalińskiej parafii św. Wojciecha, a kilka dni później z parafii św. Stefana w Barwicach. S. Aleksandra z pomocą rodziców, księży oraz niezawodnych dziewcząt i małżeństw z Ruchu Szensztackiego przygotowała dwugodzinny bal dla dzieci oraz w przypadku Barwic także drugi, dla nastolatków. Już same przygotowania przyniosły wiele dobra. – Takie wspólne działanie integruje parafian – zauważa siostra.

    A mieli przy czym się integrować, bo pracy było co niemiara: począwszy od przygotowania plakatów i ogłoszeń, poprzez zbieranie datków na rzecz balu, dekorowanie sali, przygotowanie nagłośnienia, nakrycie stołów i zastawienie ich smakołykami, skończywszy na samej zabawie, pełnej konkursów z nagrodami i oczywiście tańców.

    Chrześcijanie z innej planety

    Rodzice, którzy zza stołów przyglądają się zabawie, są wdzięczni, że ktoś zechciał natrudzić się, by ich dziecko mogło się dobrze pobawić. – Warto pokazać, że parafia to nie tylko uczestnictwo w niedzielnej Mszy św. W dzisiejszych czasach my, katolicy, jesteśmy postrzegani jak ludzie z innej planety: ponoć chodzimy tylko do kościoła i rozmawiamy wyłącznie o Bogu. A bawić się nie potrafimy – zauważa pani Iwona z Koszalina, mama jednego z chłopców. Pani Aneta usłyszała zaproszenie na bal podczas porannej Mszy św. Po południu już była z przebraną pociechą na plebanii przystosowanej na balową salę. Śledząc zabawę, ma okazję poznać niektórych parafian. – Kiedy się już z kimś zapozna, porozmawia, to potem inaczej mija się go na ulicy czy rozpoznaje w kościelnej ławce – stwierdza mieszkanka Rokosowa. Rodzice starszych dzieci zostawili je bez obaw pod opieką siostry i dziewcząt, które cały czas mają na nie oko. Bez pomocy dziewcząt byłoby trudno okiełznać rozbieganą gromadę. Nastolatki mówią, że nie szkoda im całego popołudnia, które poświęcają dla obcych dzieci. Dla Agnieszki to wręcz frajda, umie się bawić z maluchami, bo ma ich nieco we własnej rodzinie. Dla Kamili, która ma tylko starszego brata, to okazja do zdobycia nowej umiejętności, Marcie zaś, szkolnej wolontariuszce, za zapłatę wystarczy dziecięca wdzięczność. Natomiast Natalia sama czuje tyle wdzięczności wobec siostry Aleksandry, że teraz chce jej oddać choć część otrzymanego w ciągu ostatniego roku dobra. – Dzisiaj rano wstałam i pomyślałam: Natalia, to jest ten dzień, w którym powinnaś pójść do bliźniego i tym razem poświęcić komuś swój czas – mówi z werwą licealistka.

    To nie wyścigi

    Być może nie wszyscy rodzice zdają sobie z tego sprawę, za to siostry szensztackie są pewne: umiejętność życia we wspólnocie wierzących należy rozwijać od najmłodszych lat. Na przykład przez zabawę w gronie rówieśników na terenie zazwyczaj kojarzonym z kościołem. – Konkursy, które przeprowadzamy, nie wprowadzają elementu rywalizacji. Nagroda jest za uczestniczenie w zabawie, nie za wyścig. Chodzi o to, by dzieci dobrze czuły się w dużej grupie, współdziałały ze sobą, a nie walczyły o nagrody. W ten sposób uczą się bycia we wspólnocie – wyjaśnia s. Aleksandra. Również sposób mówienia najmłodszym o Bogu może być różny. Nie trzeba zaczynać od wykładu z katechizmu, na początek może wystarczyć… zakonna suknia. – Żyjemy w czasach, gdy nawet oswojenie się przez dzieci z widokiem siostry zakonnej jest cenne. Są zaciekawione, chcą podejść, dotknąć, nawet ciągną za suknię. Reagują na mnie z dużą sympatią, ale nie myślą, że to suknia księżniczki – śmieje się s. Aleksandra. – Zdarza się, że zwracają się do mnie „proszę pani”, ale to jest mówione bez lęku, bez niepotrzebnego dystansu. Są po prostu urocze. Aż chętnie się przygotowuje dla nich taki bal. Po dwóch godzinach muzyka cichnie, a kolorowe bibuły na podłodze świadczą o tym, że „działo się”. – Docierają do mnie echa, że zabawa się podobała – mówi skromnie siostra. – Ponoć za mało było tego dzieciom – chciałyby bawić się dłużej.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół