• facebook
  • rss
  • Auschwitz. Przeżyłam

    dodane 05.02.2015 00:15

    – Pojechać do Auschwitz w rocznicę wyzwolenia to mój obowiązek – mówi Felicja Wanke-Lutobarska, ostatnia żyjąca w Koszalinie była więźniarka hitlerowskiego obozu zagłady.

    Skończyła 91 lat 1 stycznia, ale piekło obozowego życia pamięta ze szczegółami. Wspomnienia spisała i wydała na własny koszt. Wręczyła członkom rodziny i przyjaciołom. Książeczka trafiła także do biblioteki Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. – Bardzo chciałam pojechać na obchody rocznicy, skontaktowałam się z muzeum i udało się zdobyć zaproszenie – cieszy się mimo obaw. Choć już dwa lata po wyzwoleniu wróciła po raz pierwszy do obozu i bywa tam prawie co roku. – Zawsze szłam sama główną aleją. Czasami miałam wrażenie, że brama znów się za mną zamknie. Potem kładłam kwiaty na koi, na której zmarła pierwsza dziewczyna z naszego transportu, 15-letnia Marysia Adamek – mówi pani Felicja. 27 stycznia, kiedy wraz z 300 innymi byłymi więźniami słuchała przemówień przed Bramą Śmierci w Auschwitz II-Birkenau, obozowe obrazy znów stanęły jej przed oczami.

    Wzrok doktora Mengele

    Był początek 1943 roku Starszego brata Feliksa już dawno nie było z rodziną. Czekał na egzekucję w areszcie w Szczecinie. 6 marca do domu przyszli gestapowcy. Mieli w ręku listy do Feliksa. – Pytali, czy ja je pisałam. Nie mogłam się wyprzeć – wspomina. Najpierw osadzili ją w areszcie we Wrześni. Potem na półtora miesiąca zesłali do obozu zagłady Fort VII w Poznaniu. 15 czerwca z setkami więźniów dotarła na dworzec w Oświęcimiu. Piątkami w deszczu maszerowali 3-kilometrową drogą do Brzezinki. Pamięta rozpacz koleżanek, kiedy ogolone do gołej głowy i ubrane w pasiaki pierwszy raz oglądały siebie w lustrze. Pamięta też wzrok doktora Mengele, który w czasie pierwszego apelu pejczem wskazywał więźniów przydatnych do medycznych eksperymentów: wybierał bliźnięta, ludzi o nietypowej budowie. Wytatuowany na przedramieniu numer – 46 135 – na wiele miesięcy zastąpił jej imię i nazwisko.

    W trupim komando

    Kopały rowy melioracyjne, zbierały kamienie, pracowały przy żniwach i wykopkach. Nie miały dostępu do bieżącej wody. Głodowe racje odbierały im siły. Ale załoga obozu „dbała” o kulturę: orkiestra grała, kiedy ludzie szli do krematorium i kiedy komando zmierzało do pracy. Widok krematoriów, z których buchał ogień i unosił się swąd palonych ciał, był codziennością. – Wolałam pracę poza obozem. Nie musiałam oglądać łapanek, transportów ludzi wiezionych do zagazowania i więźniarek wiszących na drutach pod napięciem – mówi pani Felicja. W obozie widziała ogrom okrucieństwa. Na jej oczach ese- smański wilczur szarpał młodą Żydówkę z Grecji. Potem kapo skakał po tej kobiecie. Kiedy już nie żyła, więźniarki musiały ciągnąć jej zwłoki do obozu. Wlokły tak, jak mogły: za nogi, za ręce. Pamięta też esesmana, który jednej z więźniarek zabrał niemowlę i utopił je w wiadrze wody. – Do dziś nie potrafię zrozumieć, skąd w ludziach wzięło się tyle zła – kręci głową kobieta. Więźniów dziesiątkowały rozmaite choroby: tyfus, gruźlica, krwawa biegunka, żółtaczka. Po trzech miesiącach w obozie na tyfus zachorowała też pani Felicja. Trafiła na rewir, czyli do obozowego szpitala. – Potwornie się bałam, bo więźniowie mówili, że z rewiru się nie wraca. Majaczyłam, świerzb i wszy niszczyły mój organizm, ale wciąż żyłam. Mnie się udało! – mówi. Kiedy wyzdrowiała, dostała robotę na rewirze: wynosiła kubły z odchodami chorych. Potem trafiła do „trupiego komanda”. To oddział, który przerzucał zwłoki na specjalną platformę. Trzeba było chwycić ciało za nogi i ręce i rzucić na stertę. Zapełniona platforma odjeżdżała do krematorium. – Któregoś dnia ze sterty trupów nie mogłyśmy wyciągnąć bardzo tęgiej kobiety – wspomina. – Pilnujący nas esesman przebił jej brzuch laską. Z brzucha wytrysnęła woda, zemdlałam i znów znalazłam się na rewirze.

    Musimy pamiętać

    W lecie 1944 roku poszła pogłoska, że Niemcy szykują transport młodych ludzi, którzy nadają się do pracy. – Z najlepszą koleżanką Krysią Orłowską udało nam się wcisnąć do tego transportu – wspomina. – W bydlęcych wagonach wraz z 500 innymi więźniarkami ruszyłyśmy na Zachód. Ostatnie tygodnie wojny pani Felicja spędziła w fabryce amunicji w Eberswalde. Dwukrotnie trafiała też do obozu zagłady w Ravensbrück. Pod koniec kwietnia 1945 roku kilka tysięcy uwolnionych kobiet, dzięki pomocy Szwedzkiego Czerwonego Krzyża, ruszyło transportem kolejowym na północ. A potem promem i samochodami dotarły na południe Szwecji. Tu pani Felicja doczekała końca wojny. – 8 maja 1945 roku biły dzwony w kościołach, a ludzie płakali ze szczęścia – wspomina. W listopadzie na pokładzie Daru Pomorza wróciła do Polski. Siedem lat później trafiła do Koszalina. – Nikogo z moich znajomych z obozu już nie ma wśród żywych. Czasem nie jestem w stanie uwierzyć, że to przeżyłam. Ale w czasie uroczystości 70-lecia wyzwolenia Auschwitz nawiązałam wiele znajomości. Pamięć jest naszą powinnością – mówi.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół