• facebook
  • rss
  • Szukajcie on-line, a znajdziecie

    dodane 12.02.2015 00:15

    Ktoś na całe życie? Tak, ale tylko taki, kto chce założyć tradycyjną rodzinę i żyć zgodnie z zasadami wiary. Gdzie go znaleźć? Na portalu randkowym. Katolickim.

    Każde z nich miało własny powód, by kliknąć na ikonę strony Przeznaczeni.pl. Jakub mieszkał na stancji, był bardzo zapracowany, miał za sobą związek z niewierzącą dziewczyną. Dagna bezskutecznie rozglądała się za kandydatami na męża w duszpasterstwie akademickim. Oboje mieli jasno sprecyzowany cel. – Dla mnie małżeństwo było nadrzędną wartością. Chciałem, by moje było tym jedynym, do końca życia. Mam wielu znajomych, którzy są po rozwodach… – mówi Jakub. Dagna tematyką małżeństwa interesowała się jeszcze w liceum. – Na maturze z religii podjęłam temat „Małżeństwo jako dar od Boga”, jako zaś przyszły psycholog pracę magisterską pisałam o wpływie poziomu rekigijności na satysfakcję z małżeństwa. Z przeprowadzonych badań jasno wynikało, że im ten poziom jest wyższy, tym większa satysfakcja z małżeństwa – mówi Dagna. Toteż gdy zobaczyła w kościele plakat katolickiego portalu randkowego, pomyślała: „A czemu nie spróbować?”. Niezależnie od siebie zalogowali się, wpłacili wpisowe i wypełnili ankietę.

    Jak Ratzingerowie

    Są w doborowym gronie. Dzięki ogłoszeniu matrymonialnemu w katolickim tygodniku „Altöttinger Liebfrauenbote” poznali się rodzice papieża Benedykta XVI. „Skromny urzędnik, kawaler, 43 lata, z prawem do emerytury – przedstawiał się komisarz żandarmerii Joseph Ratzinger – pragnie poślubić katolicką dziewczynę, która umie gotować, a także trochę szyć, i która posiada jakiś majątek”. Przez cztery miesiące ogłoszenie pozostało bez odpowiedzi, do czasu, aż ogłoszeniodawca zweryfikował je nieco, dodając, że majątek nie jest warunkiem koniecznym. Wówczas przyszła odpowiedź od młodszej o siedem lat Marii Peintner. Pobrali się niebawem, mieli troje dzieci: Marię, Georga i Josepha.

    W Europie z internetowej swatki korzysta jedna trzecia zainteresowanych. Na polskim rynku można obecnie znaleźć ok. 100 portali randkowych. Niektóre z nich są profilowane, skupiają użytkowników o określonym hobby, miejscu zamieszkania czy wieku (na rynku amerykańskim swoje portale randkowe mają nawet wielbiciele horrorów, fani footballu lub właściciele psów). W system profilowania wpisują się także portale, na których logują się osoby wyznające wiarę chrześcijańską. W Polsce takimi są portale katolickie: Przeznaczeni.pl i Zapisanisobie.pl. – W ankiecie zamieszcza się takie informacje, jak: stan cywilny, wykształcenie, stosunek do tytoniu, alkoholu, otwartość na rodzicielstwo. Są pytania o to, czy uczestniczy się we Mszy św., szanuje nauczanie Kościoła na temat antykoncepcji, czystości przedmałżeńskiej, nierozerwalności małżeństwa – relacjonuje Dagna. Jej mąż docenia, że w jednoznaczny sposób można przekonać się, jaki ktoś ma stosunek do tych spraw. – Widząc to, podejmuję decyzję, klikam lub nie – mówi. Przyznaje, że początkowo przypominało mu to wybieranie w sklepie. – To nawet wizualnie przypomina selekcję jak na Allegro. Widzi się zdjęcie, wiek, miejscowość. Można rozwinąć profil i sprawdzić kolejne opcje. No, ale potem jest już normalnie, przecież spotyka się z kimś twarzą w twarz.

    Czasem bez chemii

    Ale nie wszystko od razu. Zanim się poznali, Dagna odbyła randki z czterema chłopcami poznanymi przez portal. – Na zakończenie jednego ze spotkań chłopak zakomunikował: „To nie jest to” – wspomina. – Byłam zdziwiona, bo nie oczekiwałam, że od razu wsunie mi na palec pierścionek zaręczynowy. Ale i ja jedno ze spotkań potraktowałam jako pierwsze i ostatnie. Natomiast z dwoma chłopakami utrzymuję znajomość do dzisiaj. Decyzja o wyjściu z domu i zaryzykowaniu randki z nieznaną osobą ma także inne zalety. Wcale nie trzeba od razu zostać parą. Nawet jeśli nie pojawia się w takim związku chemia, to rozmowa o wspólnie wyznawanych wartościach łączy ludzi, rodzi się zwykła ludzka sympatia. A to pomaga w ogóle otworzyć się na innych. Zresztą nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Może kilka nietrafionych randek zaowocuje tą właściwą? Dagna tak postrzega jedną z wcześniejszych znajomości. – Jeden z chłopaków był katechetą. Właśnie wybierał się z młodzieżą na pielgrzymkę do Częstochowy. Nigdy wcześniej nie byłam na Jasnej Górze, więc chętnie do nich dołączyłam. Spotkaliśmy się w połowie trasy, podczas ich postoju w Gnieźnie. To była nasza pierwsza randka! – śmieje się Dagna. – Zaprowadziła mnie… przed obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Pamiętam, że u Jej stóp powierzyłam swoje życie Bożej Opatrzności. „Boże, jeśli mam być z kimś, to proszę, daj mi tę osobę. Jeśli jednak mam być sama, to, z bólem serca, ale zgadzam się”. Zapoznawaniu się na odległość towarzyszy zrozumiały dystans. – Początkowo stałem trochę z boku, nawet nie umieściłem własnego zdjęcia, nie odpowiadałem na wiadomości od dziewczyn, które się mną zainteresowały. Kiedy w końcu spotkałem się z jedną z nich, już na drugiej randce wiedziałem, że nie chcę tego kontynuować. Ale jak jej to powiedzieć? Nie chciałem jej robić przykrości, jednak nie było wyjścia. Cóż, tak się zdarza i na zwykłych randkach. Pewnego dnia odezwała się do mnie Dagna. Przeczytałem dokładnie, co napisała o sobie. Profil był zachęcający, zdjęcie również… – ożywia się Jakub.

    Staromodnie, bo lirycznie

    Randkowanie w sieci to powrót do komunikowania się za pośrednictwem słowa pisanego. Wraca staromodny flirt poprzez motta, wiersze, opowiadanie własnych historii – tego, co umyka nieraz w realu, gdzie pierwsze skrzypce odgrywają zmysły. – W lipcu napisałam pierwszą zaczepkę: „Puk, puk, czy mogę wejść na kubek malinowej herbaty? Mam ciasteczka cynamonowe” – wspomina Dagna. – Pomyślałam: napiszę w ten sposób, przekonam się, jak on zareaguje, czy ma wyobraźnię. Miał. Nazajutrz odpisał w podobnym stylu. Wiedziałam od razu, że nadajemy na podobnych falach. – Zapoznawanie się w taki „zdalny” sposób ma swoje plusy – przekonuje Jakub. – Można zobaczyć, czy druga osoba wyczuwa niuanse językowe, delikatne aluzje, szczyptę ironii. To dużo mówi o człowieku. Dagna i Jakub Kozłowscy mają szacunek do tych pierwszych wymienionych słów. W rodzinnym albumie uwiecznili mejle, SMS-y, przedruki portalowych profili, ważne cytaty. Na pierwszą randkę umówili się w… kościele. Kruchta poznańskiej fary zalana była wieczornymi promieniami lipcowego słońca. Rozpoznali się bez trudu. Poszli na krótki spacer i wrócili do kościoła na niedzielną Mszę św. – Zerkaliśmy na siebie kątem oka, to jasne. Chciało się już porozmawiać, ale nie, trzeba było poczekać – wspomina Dagna. – Potem wybraliśmy się do kawiarni. Sącząc kawę, patrzyłam na Kubę, słuchałam i myślałam: „To jest chłopak, któremu mogłabym dać szansę”. Do pierwszej w nocy spacerowaliśmy po poznańskich uliczkach, siedzieliśmy na trawie i nie było nam dość rozmowy. Następną randkę umówioną na sobotę Jakub przełożył już na wtorek. Dagna bała się tego pośpiechu. „Może i on chce mi powiedzieć: że to nie to?” – myślała. Jakub jednak zwyczajnie nie widział potrzeby zwłoki. – Wiedziałem, że chcę to rozwijać – mówi. – To była „ta” dziewczyna.

    W drogę. Amen

    Potem wszystko przyspieszyło. Nie na tyle jednak, by przekraczać inne granice niż czasowe. Wiedzieli, z ankiet i rozmów, że z czystością przedmałżeńską chcą wytrwać aż do ślubu, i to im się udało. Może dlatego tak wiele znaczył dla nich pierwszy gest. – Na początku sierpnia Kuba po raz pierwszy wziął mnie za rękę. Nieśmiało, z zapytaniem, czy może. „Możesz” – powiedziałam i to był taki znak, że rozpoczyna się nasza wędrówka. Po tym spotkaniu wysłałam Kubie SMS-a. „Być z kimś to jak wyruszyć w daleką podróż”. Odpisał: „Pewnie, że wyruszamy. Ładne widoki będziemy podziwiać, a trudy i znoje razem przetrwamy. Bo jeśli Bóg jest z nami, to któż przeciw nam? Amen”. Nie czekali zbyt długo. Ślub wzięli po jedenastu miesiącach znajomości. – No bo na co czekać? I ile czasu potrzeba, żeby się upewnić? – pyta Dagna. – Można i przez dwadzieścia lat nie poznać kogoś dobrze – potwierdza Jakub, przekonany, że ryzyko jest wpisane w każdy wybór. – My zaufaliśmy Bogu, ale też odczuciom, że porozumienie, które jest między nami, jest prawdziwe. Rodzina i znajomi nie mogli nie zauważyć szybkiego rozwoju wypadków. Ale, o dziwo, nie oponowali. – Moja mama śmieje się, że zięć jej się „urodził”: nie było go, nie było i nagle jest. Koleżanka po latach przyznała się, że była pewna, że tak, jak szybko się poznaliśmy, tak też się rozejdziemy. Wszyscy myśleli, że szybki ślub to wynik ciąży. Ale nam udało się żyć zgodnie z naszymi ideałami – zapewnia Dagna. – Dziś cieszymy się z naszych wyborów. Chcieli też mieć czwórkę dzieci. Dwójka – Nataniel i Kornelia – już bawią się u stóp rodziców. Pan Bóg nie przestaje im błogosławić. Niedawno przeprowadzili się z Poznania do Koszalina. To też był wynik przemyślanej decyzji. – Pracowałem jako przedstawiciel farmaceutyczny, dobrze zarabiałem, ale te pieniądze nie kompensowały tego, że nie miałem czasu dla rodziny. Zacząłem szukać nowego zajęcia. Okazało się, że miejsce pracy dla weterynarza czeka na mnie tutaj – cieszy się Jakub, nie tylko ze względu na dalszą rodzinę, która mieszka w pobliżu, ale także na upodobania ukochanej żony. – Bo Dagna kocha morze. Jeszcze zanim ruszył w teren jako weterynarz, Dagna otrzymała wymarzoną posadę w koszalińskiej szkole. – Wszystko u nas dzieje się szybko – śmieje się Dagna. – Dwa dni mieliśmy na spakowanie wszystkiego. Ja zaczęłam pracę w piątek, Kuba trzy dni później. Nawet przedszkole udało się załatwić. Jesteśmy szczęśliwi.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół