• facebook
  • rss
  • Nabrałem dystansu do własnych problemów

    ks. Wojciech Parfianowicz

    |

    Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 08/2015

    dodane 19.02.2015 00:15

    – Tylko 6 osób z 5 tys. odeszło u nas bez pojednania z Bogiem – mówi Teresa Jerzyk, szefowa słupskiego hospicjum. Pomóc choremu... co to właściwie znaczy?

    Stanisław Szlachetka był znanym w Słupsku prokuratorem. 10 lat temu jego życie wywróciło się do góry nogami. – Pękła mi aorta brzuszna. Podczas operacji doszło do niedotlenienia rdzenia kręgowego. Dowiedziałem się, że nie będę chodził. To było straszne. Świat mi się zawalił – mówi jeżdżący dziś na wózku mężczyzna.

    Więcej niż współczucie

    Jak skutecznie pomóc choremu, któremu właśnie zawalił się cały świat? Trzeba nieustannie szukać sposobów, bo – jak przypomniał w Słupsku bp Edward Dajczak – troska o chorych jest miarą nie tylko chrześcijaństwa, ale człowieczeństwa. – Społeczeństwo, które nie zajmuje się chorymi, staje się barbarzyńskie. Nawet jeśli ktoś nie odnajduje się w Ewangelii, niech kieruje się zwykłym ludzkim odruchem. To wystarczy, aby zrozumieć, że pochylenie się nad człowiekiem chorym to jest zawsze piękna ludzka postawa – powiedział biskup. Jednak chory cierpi nie tylko fizycznie. Z chorowaniem wiąże się też niepewność oraz lęk przed bólem i śmiercią. Rodzą się trudne, egzystencjalne pytania. Najszczersza nawet życzliwość i wymierna pomoc, np. fizyczna, , choć są niezbędne, mogą nie wystarczyć. Okazuje się, że jednym z ważniejszych zadań jest pomoc człowiekowi choremu w odkryciu Boga, bo – jak zaznaczył bp Dajczak: – Jedynym wyjaśnieniem cierpienia jest krzyż Chrystusa. Cierpienie może nawet stać się momentem odkrycia prawdziwego życia, dotknięciem przez chorego tajemnicy Boga.

    – Przewartościowałem swoje życie. Wcześniej Pan Bóg był dla mnie bardziej obowiązkiem. Teraz chcę żyć Bogiem. Przeczytałem całe Pismo Święte – mówi Stanisław Szlachetka, słupski prokurator. Widać to także w hospicjum, gdzie ludzie w sytuacjach granicznych, czasami po okresie buntu czy obojętności, lgną do Boga, bo dopiero w Nim odnajdują prawdziwe ukojenie. – Od 1997 r. odeszło w naszym hospicjum ponad 5 tys. chorych; tylko 6 z nich bez pojednania z Bogiem. Pod koniec życia człowiek jednak myśli o Bogu, pyta. Mamy tu często bardzo długie, trudne rozmowy – przyznaje szefowa słupskiej placówki. – Zależy nam, żeby każdy nasz pacjent był przygotowany, żeby się nie bał, żeby szedł „tam” odważnie, z podniesioną głową, pełen wiary i nadziei na spotkanie z Bogiem – dodaje Teresa Jerzyk. Choć słupskie hospicjum nie jest instytucją kościelną, dyrekcja nie wyobraża sobie, żeby nie było w nim posługi duchowej kapelana. Ludzie chorzy i ich najbliżsi zwyczajnie jej potrzebują. Ktoś zapyta: „Gdzież tu miejsce na światopoglądową neutralność?”. Najlepiej zapytać samych chorych.

    Lekcja mimochodem

    Osoby, które zajmują się chorymi nie ukrywają, że czasami bywa to trudne. – Kiedy okazało się, że mąż nie będzie chodził, przeżyłam szok – wspomina żona Stanisława Szlachetki. – Trzeba mieć do tego serce – przyznaje Bożena Dobies, pielęgniarka w słupskim hospicjum. Mimo trudności, opiekunowie przyznają, że bliskość człowieka chorego, czy wręcz umierającego, jest dla nich... umocnieniem. – Jestem przekonana, że będzie mi kiedyś łatwiej umierać. To nie jest tak, że zupełnie nie boję się śmierci, bo to jednak jest jakaś niewiadoma. Ale wiem, że ktoś wybiegnie mi tam na spotkanie – mówi zupełnie poważnie Teresa Jerzyk. Za chwilę dodaje z lekką nutą humoru, choć niemniej poważnie: – Przecież ja mam tam 5 tys. przyjaciół. Czasem mówię do naszych chorych: „Wiem, że wy mi pomożecie wejść do nieba”. Pamiętam jednego chorego. Mówiłam do niego: „Panie Stanisławie, co to dla pana. W razie czego weźmie pan św. Piotra za bary i powie mu, że to ja idę i koniec”. Daniel Michułka, od 12 lat rehabilitant w słupskim hospicjum, uważa, że praca z chorymi wiele go nauczyła: – Nabrałem dystansu do własnych problemów. Zrozumiałem, jak piękne jest to, że jestem zdrowy, że mogę pracować, poczuć zmęczenie. Opieka nad chorymi uczy też pokory wobec śmierci. Bardziej z nią się oswoiłem. Dla mnie jest ona po prostu elementem drogi życia. Sam nie boję się śmierci. Jestem spokojny. Wiem, że ona może przyjść w każdym momencie, dlatego w tej pracy nauczyłem się cieszyć każdym najprostszym dniem. Biskup Edward Dajczak w homilii podczas Mszy św. w kościele św. Józefa przypomniał, że miłość okazywana chorym jest wręcz uprzywilejowanym sposobem kontaktu z samym Bogiem. – Historia o miłosiernym Samarytaninie to dla nas ważna lekcja. Starotestamentalny kapłan i lewita przeszli obok potrzebującego, bo śpieszyli się do świątyni, aby tam odprawić przepisane obrzędy. Czy oni tam naprawdę spotkali Boga? Bóg został przy tym pobitym, leżącym przy drodze. Jeżeli ktoś chce spotkać Boga, musi zostać przy drugim człowieku. Jezus mówi, że cokolwiek uczyniliśmy bliźniemu, to uczyniliśmy Jemu samemu – przypomniał biskup.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół