• facebook
  • rss
  • Trzy symboliczne kilometry

    dodane 19.02.2015 00:15

    Ci, którym udało się przetrwać morderczą ewakuację obozu, nazwali ją marszem śmierci. Po 70 latach przywołano wspomnienie o lotnikach więzionych pod Podborskiem Marszem Pamięci.

    Dla Patryka 3-kilometrowa wędrówka na stację kolejową w Podborsku to już coś. Ale z zapałem kiwa głową, że warto było się wysilić. Nie tylko dla znalezionej przy pomniku łuski po salwie honorowej. – Gdy się idzie samemu, to można sobie lepiej wyobrazić, jak to było – siedmiolatek tłumaczy, po co przyjechał z rodzicami do Modrolasu, do miejsca, z którego na początku 1945 r. wyruszyło w liczącą 950 km wędrówkę ok. 6 tys. alianckich lotników – jeńców Stalagu Luft IV. Pospieszna ewakuacja w głąb Rzeszy kosztowała życie co najmniej 1500 jeńców. Wśród nich byli lotnicy z całego świata: Amerykanie, Brytyjczycy, Polacy, a nawet lotnicy australijscy i kanadyjscy. – Umierali po drodze z wycieńczenia, niedożywienia, z zimna i chorób. Tamta zima była zdecydowanie ostrzejsza niż tegoroczna, a jeńcy nie byli tak dobrze ubrani jak my dzisiaj – mówi Paweł Urbaniak, członek Bałtyckiego Stowarzyszenia Miłośników Historii „Perun”, maszerując w mundurze amerykańskiego spadochroniarza.

    Kiedy pierwsze strzały przecinają powietrze i jeden z żołnierzy pada w przydrożnym rowie, cała kolumna marszowa na chwilę zamiera. – Organizując marsz, chcieliśmy nie tylko oddać cześć lotnikom, ale także stworzyć klimat, który pozwoli wyobrazić sobie, dlaczego był to marsz śmierci – wyjaśnia rekonstruktor. – To żywa lekcja historii, skierowana przede wszystkim do młodzieży. Staramy się jej przybliżyć tamte wydarzenia. To tylko symboliczne 3 km, po asfaltowej drodze i bez wycelowanych w ludzi luf, ale mam nadzieję, że chociaż część tamtego klimatu udało nam się oddać – dodaje.

    Szukanie śladów

    – To dobry sposób na mówienie o historii – przyznaje pani Marlena, mama Patryka. Żeby wziąć udział w Marszu Pamięci, przyjechali z pobliskiego Białogardu. – Chociaż mieszkamy tu z mężem niemal od urodzenia, dopiero teraz dowiedzieliśmy się, że takie miejsce istnieje – dodaje. Choć do miejsca po Stalagu Luft IV drogę wskazuje przydrożna tabliczka i odbywają się tu uroczystości rocznicowe, wciąż niewiele osób wie o jego istnieniu. – Przez lata lepiej było o tym nie mówić. Gdy tu przyjechałem, można było jeszcze zobaczyć wypalone rowy, zarysy budynków – przyznaje jeden ze starszych mieszkańców pobliskiej wsi. Sam jest powstańcem warszawskim i choć marsz to dla niego zbyt wielki wysiłek, chciał w nim uczestniczyć, choćby jadąc za kolumną piechurów autokarem. – Dobrze, że chociaż teraz ktoś się tym interesuje, że chce pamiętać o bohaterach – dodaje mężczyzna. Od kilku lat pamięć o tym miejscu przywracają pasjonaci historii. Stopniowo czyszczą teren stalagu, marzy im się stworzenie ścieżki edukacyjnej i izby pamięci. Paweł Urbaniak, siła napędowa przedsięwzięcia, skrupulatnie zbiera pamiątki i informacje o więzionych w Modrolesie lotnikach. – Teraz pracujemy głównie zza biurka. Staramy się docierać do dokumentów, szukamy kontaktów z rodzinami żołnierzy, zbieramy pamiątki. Prace porządkowe chcemy wznowić na wiosnę – wyjaśnia. Może uda się w końcu odnaleźć miejsce, w którym znajdował się obozowy cmentarz? – Wiemy, że został zrównany z ziemią. Resztę zrobił czas. Chociaż las oddaje powoli to, co zostało w nim ukryte. Choćby tabliczkę z grobu sgt. Aubreya E. Teague’a, zastrzelonego w obozie. Ostatnio udało mi się dotrzeć do zdjęć z jego pogrzebu. Chcielibyśmy nawiązać współpracę z organizacjami, które poszukują w Polsce grobów amerykańskich żołnierzy – tłumaczy rekonstruktor.

    Pamięć na pokolenia

    W centrum dawnego obozu oddano cześć bohaterom Apelem Pamięci i salwą honorową. U stóp upamiętniającego lotników pomnika jest kilka tabliczek z wyrytymi nazwiskami i stopniami wojskowymi. Na jednej z nich Krzysztof Mikszo położył czerwoną różę. – Ojciec nie mówił, co wówczas przeżył. Ale pamiętam, że jak mama gotowała czasem coś z brukwi, to się krzywił, że surową brukiew to on jadł w obozie i teraz nie będzie. Opowiadać nie chciał. Jest coś takiego w człowieku, że nie chce wracać do traumatycznych przeżyć, a to cały czas w nim tkwiło. Jako żołnierz wracający do Polski z Zachodu nie był mile witany w kraju, więc tym bardziej wolał nie mówić o latach, które spędził z żołnierzami alianckimi. Ale w 1976 r. przyczynił się do przywrócenia pamięci o tym miejscu. Dzięki temu Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich zainteresowała się tym miejscem i przeprowadzone zostało dochodzenie prokuratorskie. Mam kilka dokumentów, które stwierdzają, że w tym miejscu dochodziło do ludobójstwa – mówi syn Jana Mikszo, jednego z więźniów modrolaskiego Stalagu. – To dla mnie ważne miejsce. Dopóki żył mój ojciec, przyjeżdżaliśmy na rocznice Marszu Śmierci razem. Teraz przywracam w pamięci wspomnienia ojca o tamtych ciężkich chwilach. Chwała rekonstruktorom i miejscowym władzom, że dbają o pamięć bohaterów – dodaje wzruszony.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół