• facebook
  • rss
  • Już o nic nie proszę, tylko dziękuję

    dodane 26.02.2015 00:15

    Bł. ks. Michał Sopoćko. Jego wspomnienie liturgiczne obchodziliśmy 15 lutego. Jest naszym ziemiom bliższy, niż nam się wydaje. Za życia modlił się w jednym z tutejszych kościołów.

    Trzy lata temu pojechałam do Szczecina na badania. Poszłam do kaplicy w poliklinice, zobaczyłam, że na ścianie wisi obraz bł. ks. Michała Sopoćki. Zagadnęłam o niego dwie kobiety posługujące w kaplicy. – To pani go zna? – zdziwiły się, przekonane, że to mało popularna postać. – Tak się składa, że nawet więzy krwi nas łączą – odpowiedziała Jolanta Grabowska. Pochodzi z rodziny Grzybowskich z Białogardu. Jej ojciec Józef był siostrzeńcem bł. ks. Sopoćki oraz świadkiem w jego procesie beatyfikacyjnym. – Gdy miałam pięć lat, w sierpniu 1953 r. ks. Michał odwiedził moją rodzinę w Białogardzie – wspomina pani Jolanta. – To nasze pierwsze spotkanie było dość dramatyczne. Pamiętam przygotowywania na jego przyjazd, te aromaty z kuchni, zapach czerwonej pasty na podłodze. Byłam nauczona, że w takich chwilach należy wyglądać schludnie – mama zawsze mnie szykowała, wpinała kokardę we włosy. Toteż kiedy tata przywiózł z dworca ks. Sopoćkę i zawołał mnie z podwórka, byłam zafrasowana tym, jak wyglądam – brudna, nieodświeżona. Zamiast się przywitać, uciekłam do pokoju i ze złości tupałam nogami. Dopiero mamie udało się opanować moje emocje – wzięła mnie na stronę, przebrała, uczesała. Wtedy poszłam się przywitać z ks. Michałem. Potem nawet mu śpiewałam, deklamowałam przygotowane wierszyki.

    Atomowa sowa

    Trudna sytuacja materialna rodziców przyszłego ks. Michała uniemożliwiła mu naukę w gimnazjum. Nie przekreśliło mu to drogi do seminarium, ale uwrażliwiło na potrzebę kształcenia młodzieży. We wspomnieniach rodziny Grzybowskich zapisał się jako osoba, która dbała o edukację najbliższych. – Moi dziadkowie mieli trzech synów i córkę, mieszkali na wsi niedaleko Wilna. Babcia wcześnie owdowiała. Ks. Sopoćko zapisał wówczas mojego tatę i jego brata Wacława do szkoły w Wilnie, potem znalazł im miejsce na odbycie praktyk zawodowych. Tata dzięki temu skończył technikum ogrodnicze, stryjek Wacław – rolnicze. Przed wojną to było coś! – przywołuje rodzinne wspomnienia pani Jolanta. Sama pamięta, że kiedy ks. Sopoćko odwiedzał ich w Białogardzie, zawsze przywoził prezenty. – Były bardzo przemyślane. Dostałam kiedyś od niego grę edukacyjną „Sowa atomowa”. To był świetny quiz, trudny wtedy do zdobycia na rynku. Nawet jeszcze w liceum grałam w niego z koleżankami – wspomina. Ksiądz Sopoćko, zainspirowany przez s. Faustynę Kowalską, założył po jej śmierci Zgromadzenie Sióstr Jezusa Miłosiernego, tzw. faustynki. Było poświęcone szerzeniu kultu Miłosierdzia Bożego. Założyciel dbał o jego rozwój, odwiedzał domy zakonne, m.in. w Myśliborzu. – Z Białegostoku, w którym mieszkał, w wakacje wyruszał na Hel. Stamtąd robił objazd po rodzinie, zaprzyjaźnionych osobach, zakonach. Jechał m.in. do Szczecina, Myśliborza, Gorzowa i – oczywiście – do nas, do Białogardu. Nigdy jednak u nas nie nocował. Mamusia zawsze przygotowywała mu spanie, bo to był już starszy człowiek, ale on nie miał czasu, wpadał porozmawiać, jadł obiad i już pędził na następny pociąg – wspomina pani Jolanta. Pamięta pewną rozmowę z nim o siostrach faustynkach. – Mama wyszła wówczas do kuchni, zostaliśmy sami. Powiedział mi wtedy, że jest taki zakon i czy nie zechciałabym pomyśleć, że to może być miejsce dla mnie. Ale ja byłam nieprzygotowana, za młoda, wydaje mi się, że nie chodziłam wówczas nawet do liceum – opowiada.

    Tętniak

    – Pierwszą sprawą, o którą się modliłam za wstawiennictwem ks. Sopoćki, były kłopoty w pracy. Gdy nadeszły czasy „Solidarności”, oboje z mężem bardzo zaangażowaliśmy się w tworzenie związku. Pracowaliśmy wtedy w dużej firmie poligraficznej. Gdy przyszedł stan wojenny, zaczęły się represje. Obniżono mi pobory, a potem zwolniono z pracy. Następnie usiłowano zwolnić mojego męża. Pamiętam, że w najtrudniejszym momencie padłam na kolana i poprosiłam o wstawiennictwo ks. Michała. Jeszcze klęczałam, gdy zadzwonił mąż: „Jolu, jestem wezwany do prezesa” – powiedział, odłożył słuchawkę i poszedł. Okazało się, że... wycofano mu wypowiedzenie. Od tej pory pani Jolanta codziennie modliła się za przyczyną przyszłego błogosławionego. – Ale wcale nie było tak, że musiałam wiele razy prosić o podobne interwencje. Tak, jakby ta moja codzienna modlitwa wystarczyła, jakby opieka ks. Sopoćki wyprzedzała moje prośby. Dzisiaj już o nic nie proszę, tylko dziękuję – zapewnia. Regularna modlitwa ochroniła ją w najtrudniejszej chwili życia. Dziś, kiedy patrzy na minione wydarzenia, jest przekonana, że kiedy ona sama nie mogła się modlić, ks. Sopoćko nadal trzymał nad nią pieczę. – 1 listopada 2007 r., w dzień jego urodzin, doznałam wylewu krwi do mózgu – relacjonuje. – Pękł mi tętniak na lewej tętnicy w mózgu. Przez trzy dni leżałam w szpitalu w Koszalinie. Była niedziela, mąż czuwał przy mnie, na dyżur przyszła lekarka i stwierdziła, że jest bardzo źle, stan krytyczny, prawie cały pień mózgu był zalany. Wysłano mnie na sygnale do Szczecina, tam udało się zahamować krwawienie. Przez miesiąc mąż i syn czuwali przy mnie na zmianę. Potem przywieziono mnie z powrotem do Koszalina, rehabilitowano w Białogardzie i Kołobrzegu. Pod koniec kwietnia zaczęłam odzyskiwać przytomność. Dotarło do mnie, co się stało. 28 września 2008 r. miały się odbyć uroczystości beatyfikacyjne ks. Sopoćki. Pani Jolanta bardzo chciała wziąć w nich udział, ale jej mąż nie wyobrażał sobie, że dadzą radę pojechać na drugi koniec Polski. – W tamtym czasie nie chodziłam o własnych siłach, wożono mnie na wózku. Ale mąż nie oponował. Od tego momentu proces zdrowienia zaczął przyspieszać. Pod koniec maja zaczęłam chodzić i byłam coraz sprawniejsza. Wyzdrowiałam na czas. Pod koniec września wsiedliśmy w PKS i pojechaliśmy nocą do Białegostoku. Tam państwo Grabowscy wzięli udział w uroczystościach, chodzili pieszo po mieście, by zwiedzić miejsca związane z ks. Sopoćką. – Szmat drogi i ja to wszystko pokonałam – nie dowierza pani Jolanta. Jest przekonana, że to siła modlitwy. Kiedy ona, będąc nieprzytomna, nie mogła się modlić, inni wstawiali się za nią. – Modliło się za mnie bardzo wiele osób: współpracownicy, siostry z Góry Chełmskiej i te ze Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego – mówi z wdzięcznością pani Jolanta. – Kiedy jedna z nich zobaczyła mnie na uroczystościach w Białymstoku, powiedziała z przekonaniem na mój widok: „To ojciec Michał wyprosił pani uzdrowienie”. Trudno w to nie wierzyć, tym bardziej że przed wypadkiem modliłam się codziennie w dwóch intencjach – o beatyfikację ks. Sopoćki oraz za jego wstawiennictwem o zdrowie, choć wcześniej nigdy poważnie nie chorowałam. Zresztą wiele osób, widząc, w jakiej jestem kondycji, mówiło: „To cud”. Jestem obecnie całkowicie sprawna, jeżdżę rowerem, posługuję się komputerem, tylko mam lukę w pamięci: od listopada do końca kwietnia – biała plama.

    Kieliszek od ust

    Księdzu Sopoćce leżał na sercu problem picia wśród młodych w przedwojennej Polsce. W pracy „Alkoholizm a młodzież szkolna” przedstawił wyliczenia uzyskane po przebadaniu młodzieży warszawskiej. Dane były niepokojące. Część pracy duszpasterskiej ks. Sopoćki skierowana była ku temu, by takim tendencjom przeciwdziałać. – Pamiętam, że nawet goszcząc u nas, zamartwiał się losem ludzi zniewolonych nałogiem alkoholowym. Wspominał o wielu takich rodzinach z Wileńszczyzny, nawet o dzieciach usypianych bimbrem. To było jednym z powodów, dla których właśnie taki prezent chciałam mu podarować po moim uzdrowieniu – dar dobrowolnej abstynencji. A nie było to łatwe, bo miałam wiele okazji towarzyskich do tego, żeby podnosić kieliszek do ust – przyznaje pani Jolanta. – Będąc w 2000 roku, w 25. rocznicę jego śmierci, przy jego grobie, zapisałam w księdze pamiątkowej, że podjęłam dożywotnią abstynencję alkoholową na dobro procesu kanonizacyjnego. Pani Jolanta jest przekonana, że wiele osób może wyprosić u błogosławionego łaskę wyrwania z niewoli nałogu. – Chciałabym, żeby z tego korzystano. Wiem, że obcowanie świętych ma znaczenie – mówi. Zastanawia się nad spisaniem historii spotkań rodziny Grzybowskich z ks. Sopoćką. Póki co, utrzymuje korespondencję z s. Elżbietą Fedorowicz ze Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego, która była delegowana do prac przy procesie beatyfikacyjnym. – Przyjeżdżała do nas do Białogardu i rozmawiała z moim tatusiem, sporządzała dokumentację. Rodzice korespondowali z nią przez lata. Kiedy zaniemogli, ja przejęłam prowadzenie tej korespondencji i czynię to do tej pory. Otrzymałam od niej różne publikacje na temat bł. ks. Michała, m.in. jego dziennik – mówi. Pani Jolanta jest przekonana, że należy upamiętniać obecność ks. Sopoćki na naszych ziemiach. Jej rodzina ufundowała witraż z wizerunkiem błogosławionego w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa w Białogardzie, przekazała jego obraz kościołowi w Byszynie, a w kościele Podwyższenia Krzyża Świętego w Koszalinie, jako wotum za uzdrowienie pani Jolanty, zawisł obraz, a później dołączyły do niego relikwie błogosławionego. – To ważne, żeby zostawić ślady ks. Sopoćki w naszej diecezji. On tu przecież bywał, przyjeżdżał do Białogardu, a choć nigdy długo się nie zatrzymywał, zawsze zachodził na modlitwę do kościoła Mariackiego – przekonuje pani Jolanta. – Pamiętam, że w Białymstoku, zaraz po uroczystościach beatyfikacyjnych, poszliśmy z mężem do sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Dopadłam wówczas do miejsca, w którym są złożone relikwie ks. Sopoćki, przytuliłam się i powiedziałam w duszy: „Boże, to już ostatni raz, już nie będę miała możliwości spotykać się z ks. Michałem!”. A teraz, kiedy jego relikwie są w Koszalinie, myślę, że przyjechał do mnie – cieszy się koszalinianka.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół