• facebook
  • rss
  • Jak w małżeństwie

    dodane 26.02.2015 00:15

    Swoje wiersze pisały niemal wyłącznie do szuflady. Miały pozostać w ukryciu, jak ukryte za klasztorną furtą jest ich życie. Z okazji jubileuszu zakonu klaryski zdecydowały się podzielić się swoimi najskrytszymi myślami, przelanymi na papier.

    Dla s. Teresy wierszopisanie zaczęło się za klauzurą. – Rodzice stworzyli mi dom, w którym sporo było sztuki i poezji. Ale sama raczej wolałam mówić cudze wiersze niż je pisać – przyznaje z uśmiechem. Dla s. Tacjany przygoda z poezją to też zupełnie świeża sprawa. – Pan Bóg obdarza nas talentami. Nie wiem, ile czasu będzie trwało to pisanie. Może do końca życia, a może to talent „na teraz”, a potem przyjdzie nowy? – zastanawia się. – Moje wiersze to wołanie do Boga. Mówię Mu o troskach, z którymi przychodzą do nas ludzie. Pierwszy wiersz powstał na adoracji. Dyskutowałam z Panem Bogiem o trudnej sytuacji, w której znalazła się moja znajoma. Poezja s. Izabeli powstawała tak dawno temu, że za nic nie może sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek napisała wiersz, z którego pochodzi tytuł tomiku „Tajemne drzwi”.

    – Ja nigdy nic poważnego nie pisałam. Raczej takie żarty, żeby rozśmieszyć siostry – mówi przepraszająco. – Oj, chyba siostra na nowo odkryje swoje wiersze – s. Koleta, która podjęła się pracy redakcyjnej, uśmiecha się do starszej współsiostry. – Niektóre z nich są naprawdę zaskakująco głębokie, choć pisała je wówczas zaledwie trzydziestokilkuletnia zakonnica – dodaje. Dzisiaj s. Izabela wierszy już nie pisze. – Wtedy miałam natchnienie, ale nie miałam czasu. Teraz mam czas, ale natchnienia brakuje – uśmiecha się do wspomnień sprzed pół wieku. – Zamiast natchnienia Pan Bóg dał mi kule i wózek inwalidzki. To też wola Boża.

    Miłość dojrzewająca

    O czym są klaryskowe wiersze? O miłości – prawdziwej i najpiękniejszej. – Ona jest najważniejsza – kiwa głową s. Lidia, najstarsza z czwórki poetek w habitach, choć jej wesoły uśmiech zdaje się przeczyć zapewnieniom, że przekroczyła osiemdziesiątkę. Od ilu lat jest w zakonie? – Nie wiem, ile Pan Bóg zaliczy, może dwa, może trzy lata. Początkowo miałam wielki zapał i gorliwość, uważałam, że Panu Bogu wiele daję. A teraz kończy się już moja droga, a ja stoję przed Nim z pustymi rękoma. Więc jak mam liczyć, ile lat Mu służę? – mówi ciepło. – Miłość to skarb w glinianym naczyniu. Obijamy je, nadtłukujemy swoim egoizmem. Czasami to taki pomięty kwiatek, który przynosi się Panu Jezusowi z wyrzutami sumienia, że to znowu nie jest taki piękny bukiet, jaki chciałoby się Mu dać – zamyśla się s. Teresa. Siostra Tacjana po 12 latach spędzonych w zakonie nie ma wątpliwości, że miłości trzeba się uczyć. – Miłość to ofiara, spalanie się. Ale także ta miłość do Oblubieńca zmienia się przez lata. Dojrzewa, jak w małżeństwie – przyznaje. – I, jak w małżeństwie, bywają kryzysy. Nie z wiarą, ale raczej z miłością, która nie zawsze jest zdolna do ofiary. Zawstydza mnie to bardzo – dodaje s. Lidia. – Miałam kiedyś wystartować w biegu na 500 m. Gdy inne dzieci dobiegały do mety, ja dopiero byłam w połowie. Ale wszyscy bili brawo i mnie, jakbym ukończyła wyścig. Tak mi wstyd było, że nie zasłużyłam, że się popłakałam. Ale pobiegłam dalej. W życiu tak samo. Nieważne, która przybiegnę do mety, ale ważne, żebym dobiegła.

    Poezja wyśpiewana

    Wiersze udało się zebrać w tomik. Razem z nim powstała płyta. – Te piosenki to owoc posłuszeństwa – śmieje się s. Weronika, autorka muzyki do 12 wierszy, które na dołączonej do tomiku płycie wyśpiewuje ciepłym głosem. – Gdy s. Koleta mi to zaproponowała, miałam nadzieję, że jakoś mi się upiecze, bo wiersze są śliczne, ale mnie nic nie przychodziło do głowy. Ale nic z tego, bo już zdążyła namówić matkę przełożoną do tego pomysłu. Wzięłam pierwszy z brzegu wiersz i... melodia zaczęła układać się sama. W ciągu tygodnia powstała muzyka do wszystkich – dodaje. Zdarzało się, że, żeby nie stracić pomysłu, nawet w czasie odmawiania brewiarza biegła zapisać melodię. – To jak z Vivaldim, który miał przerywać sprawowanie Mszy św., żeby w zakrystii zapisać wymyślony właśnie motyw – śmieje się Jarosław Madejski, wiolonczelista Polskiej Filharmonii „Sinfonia Balitca” w Słupsku. Razem z żoną Małgorzatą, skrzypaczką, bez wahania zgodzili się służyć siostrom swoją profesjonalną pomocą. Zgodnie przyznają, że była to niebywała przygoda. – Chyba nie spodziewaliśmy się nawet, na co się porywamy. Zwykle dostajemy nuty do ręki. A tu trzeba było improwizować – wspomina z uśmiechem pani Małgosia. Między swoimi próbami w filharmonii i zajęciami w Szkole Muzycznej, w której oboje uczą, razem z klaryskami tworzyli płytę. Udało im się do pomysłu zapalić także swoich przyjaciół muzyków Agnieszkę Respondek i Przemysława Sysojewa-Osińskiego oraz gdańskiego kompozytora Marka Czerniewicza. – Melodie s. Weroniki są po prostu piękne, więc staraliśmy się jedynie wypełnić brzmieniem instrumentów to, co siostra stworzyła – mówi pani Małgosia. – Ale to, że płyta powstała, to bez wątpienia Boże natchnienie. Inaczej by się nam nie udało – dodają muzycy.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół