• facebook
  • rss
  • Gdy straż jak martwa pada

    dodane 01.04.2015 00:15

    Rezurekcja po strażacku. Gdy kapłan unosi w górę monstrancję i intonuje pieśń obwieszczającą zmartwychwstanie Jezusa, huk żelastwa uderzającego o kościelną posadzkę budzi nawet najbardziej zaspanych wiernych. Nikt nie spieszy jednak z pomocą mężczyznom, którzy runęli na ziemię, ani nie wzywa lekarza.

    To nie nagły przypadek zbiorowego zasłabnięcia, ale wielopokoleniowa tradycja. Są miejsca, gdzie wciąż się ją pieczołowicie kultywuje, jak w Lotyniu, Skrzatuszu czy Ustroniu Morskim.

    Z roczną rezerwacją miejsc

    – Nie ma na ten temat żadnego wpisu w kronice, więc można przyjąć, że od początku istnienia ochotniczej straży w Lotyniu był taki zwyczaj – mówi Konrad Kopkiewicz, naczelnik miejscowej jednostki. Wcześniej lotyńskim strażakom szefował też jego ojciec, a przed nim dziadek. Do straży należy też jego żona i dwójka dzieci. W Lotyniu bycie strażakiem należy do dobrego tonu, a kościelna służba to zaszczyt. Także rezurekcyjna niedzielna, kiedy trzeba z hukiem upaść na ziemię przed Zmartwychwstałym. W niewielkim kościele parafialnym miejsca starcza dla niewielu chętnych do odegrania efektownej roli.

    – Do tej warty jest kolejka. Chłopaki może się nie biją, ale rezerwację robią z rocznym wyprzedzeniem. No i jak ktoś wiele razy dostąpił tego zaszczytu, to mu się mówi „dobra, chłopie, skończ już tę karierę i daj szansę innym” – przyznaje ze śmiechem pan Konrad. Zanim jednak w niedzielny poranek malowniczo padną na twarze, strażacy wiele godzin spędzą w pozycji „na baczność”. – Tata mówił, że dawniej zaczynali w Wielki Piątek i kończyli w niedzielę po Rezurekcji. Było ich mniej niż nas teraz, więc stali po godzinie – opowiada pan Konrad. Ale i teraz, choć strażacy nie czuwają już nocą, mają co robić podczas świątecznych dni. Wielką Sobotę pan Konrad doskonale czuje… w nogach. Podczas ceremoniału zmiany warty pokonuje w tę i z powrotem dobre 11 km między kościołem a remizą, przyprowadzając i odprowadzając druhów. – Nigdy nie słyszałem, żeby ktokolwiek się skarżył, że „musi”, że poświęca czas. Obowiązek wypływający ze służby to jedno, ale nie wątpię, że to wypływa też z ich serc – chwali strażaków ks. Leszek Kuśmierzak, proboszcz lotyńskiej wspólnoty. – Są ogromną pomocą na co dzień, ale i powodem do dumy – dodaje.

    Podtrzymać tradycję

    Zwyczaj padania na twarz nawiązuje do ewangelicznej sceny zmartwychwstania Chrystusa i efektownie obrazuje słowa wielkanocnej pieśni, która opowiada o zdjętej trwogą straży rzymskiej. – To robi niesamowite wrażenie nie tylko na najmłodszych. Mnie też ciarki chodzą po plecach, kiedy idę z Panem Jezusem między leżącymi strażakami – przyznaje ks. Leszek. Strażacy przy grobie Jezusa to widok jeszcze powszechny w bardzo wielu kościołach. Niewiele jednak jest miejsc, w którym warta pada na kilka sekund jak martwa. – Ta tradycja zanika. Jeszcze w małych miejscowościach chyba częściej można się z nią spotkać, ale w miastach to już nie ma – kiwa głową Czesław Golec, strażak z Ustronia Morskiego, gdzie od blisko 70 lat strażacy upadają na twarze. Włodzimierz Pisarzewski pełni służbę od 40 lat. Jest najstarszym czynnie pełniącym wielkanocną służbę strażakiem z Ustronia. – Ja jeszcze pamiętam, jak zaciągaliśmy wartę od piątku wieczorem do niedzielnego poranka. Staliśmy dzień i noc. Ale i ludzie byli w kościele. Teraz pilnujemy już tylko w niedzielny poranek – opowiada. Stefan Jagiełowicz, prezes jednostki OSP Ustronie, nie wyobraża sobie Wielkiej Nocy bez służby w kościele. – Nigdy mi się to nie zdarzyło, a służę ponad 30 lat. Gdyby strażacy przestali pełnić wartę i tak w niedzielę zrywałbym się o świcie, żeby biec do kościoła, bo przyzwyczajenie robi swoje – przyznaje. Przyzwyczaili się także mieszkańcy Ustronia do audiowizualnych efektów, które towarzyszą Rezurekcji. Ale na przyjezdnych robi to piorunujące wrażenie. – Raz się zdarzyło, że jedna pani z miejsca się zerwała, chciała sztuczne oddychanie robić – śmieje się pan Czesław. Najczęściej jednak podziwiają i dziękują za ich służbę. Wprawdzie panowie już na posadzkę się nie rzucają, ale o tradycję dbają. – Teraz młodzi mogą się wykazać. Staramy się ich do tego zachęcać – mówi szef strażaków z Ustronia, choć, jak przyznaje, chętnych do ochotniczej służby nie ma już tylu, co dawniej. – Młodzi mają inne atrakcje, a dorośli też zdają sobie sprawę, że za byciem strażakiem stoją obowiązki: to trzeba pomóc, to coś zorganizować, a kiedy syrena zawyje, biec na ratunek. Nie każdy może sobie na to pozwolić, pracując zawodowo – kiwa głową.

    Bez asekuracji

    Konrad Kopkiewicz jest dumny z lotyńskiej tradycji. Sam dwukrotnie lądował na kościelnej posadzce. – Stres jest wielki. Już od momentu, kiedy ksiądz wychodzi z zakrystii serce zaczyna walić jak młotem. Pamięta się start i lądowanie na podłodze, samego lotu wcale – dzieli się wrażeniami z tej wyjątkowej służby. Debiutantowi zawsze towarzyszy któryś z druhów, mających już doświadczenie w padaniu. – Po liturgii Wielkiej Soboty młody musi zaprezentować, czy da radę. Nie może przecież być tak, że ktoś w kulminacyjnym momencie będzie się asekurować rękoma! Z pozycji na baczność lecimy prosto przed siebie – opowiada. Choć wygląda to dość groźnie, jak dotąd nie ucierpiał poważnie żaden ze strażaków. – Tylko raz mój sąsiad tak niefortunnie upadł, że rozwalił sobie nos. Ale adrenalina jest tak duża, że nawet chyba nie poczuł – śmieje się pan Konrad. – Przeżycie jest wielkie – przyznaje Patryk Kucybała, strażak ze Skrzatusza. Tutejsi druhowie także wcielają się w rolę rzymskich strażników grobu. – Lotu się nie pamięta. Zaraz zresztą trzeba się szybko pozbierać i rozejść do zadań: jedni do chorągwi, inni do baldachimu, jeszcze inni wyznaczeni są do prowadzenia księdza z Panem Jezusem. A w czasie Mszy św. normalnie: służba przy ołtarzu, kadzidło, czytania – opowiada. – To tradycja, która przechodzi z pokolenia na pokolenie. Mój dziadek zakładał tu ochotniczą straż, potem służył mój tata. Syn ma pięć lat, więc jeszcze na dołączenie do młodzieżowej drużyny musi trochę poczekać, ale już się rwie – mówi jego kolega z drużyny Paweł Biskup. Jak mówią, służba w kościele to dla nich zaszczyt. – Stoimy przed ołtarzem, wszyscy nas widzą. To zobowiązuje – przyznaje Roman Tunkiewicz, komendant oddziału gminnego Związku Ochotniczej Straży Pożarnej RP w Szydłowie. Razem z nim służą też synowie: starszy już jeździ na akcje, młodszy ćwiczy się w drużynie młodzieżowej. W diecezjalnym saktuarium pada ich tylu, ilu zmieści się przed ołtarzem. – Bywało, że leciało nas ponad 30 ustawionych w dwóch rzędach. Hełm w hełm, ułożeni w jodełkę – relacjonuje Patryk. Sygnał do upadku dają słowa wielkanocnej pieśni. – Ksiądz zaczyna śpiewać: „Wesoły nam dzień dziś nastał”, to my padamy na  „ -so”. W ubiegłym roku była chwila konsternacji. Ksiądz podniósł monstrancję i zamiast zaintonować pieśń… zagrały organy. Była chwila grozy: paść czy nie paść – opowiada ze śmiechem.

    Bogu na chwałę…

    – Zanim nie było posadzek, tylko drewniana podłoga, to padaliśmy z toporkami w ręku, z pełnym wyposażeniem. Od ubiegłego roku toporki odkładamy, żeby nie poniszczyć marmurów. Ale i bez nich robimy wystarczająco dużo hałasu! – cieszy się Sławek Wicha, prezes OSP Skrzatusz. O to, że wszystko przebiegnie zgodnie z planem i w tym roku skrzatuscy strażacy wcale się nie martwią. Marzą im się tylko jednakowe dla wszystkich mundury. – Część ma na sobie mundury galowe, część bojowe. Ładnie by było, gdyby wszyscy mieli jednakowe. Tym bardziej, że często nas widać. Może jakiś sponsor się znajdzie? – zastanawia się prezes. Rzeczywiście skrzatuskich strażaków ogląda cała diecezja. Pomagają w zabezpieczeniu i sprawnym rozmieszczaniu przybywających tu tysięcy pielgrzymów; kiedy trzeba, błyskawicznie organizują awaryjne zasilanie, a przede wszystkim stoją przy Skrzatuskiej Pani. To prawdziwa gwardia Matki Bożej. – W ten sposób strażacy dają świadectwo wspólnocie i realizują swoje hasło: „Bogu na chwałę, ludziom na pożytek” – uśmiecha się ks. Andrzej Malczyński, skrzatuski proboszcz. Nowy kustosz sanktuarium pierwszy raz będzie uczestniczyć w Rezurekcji z padającymi na twarz strażakami. Dotychczas mógł to obejrzeć jedynie w internecie. – Takie efekty specjalne budzą emocje, wzmacniają przeżycia. Potrzebujemy bodźców, które dotkną serc, skłonią do głębszego zamyślenia nad Bożymi tajemnicami. Dlatego też dbamy o oprawę wizualną, budujemy groby Pańskie, przyozdabiamy ołtarze, staramy się, żeby było wyjątkowo. To elementy, które pobudzają do myślenia i potem do działania – mówi duszpasterz. Skrzatuscy strażacy namawiają swojego proboszcza, żeby także włożył mundur. – Odbieram to jako dowód zaufania, ale bardzo cieszę się, że chcą, żeby razem z nimi był ksiądz. To dowodzi, że nie są im obojętne sprawy wiary. Strażacy to grupa, która potrzebuje nie tylko dobrej kondycji fizycznej, ale też duchowej, zwłaszcza kiedy jedzie się na akcję – mówi ks. Andrzej.

     

    Ksiądz Leszek Kuśmierzak nie ma wątpliwości, że wielkanocny zwyczaj to nie tylko ludowa tradycja, ale też ewangelizacja. – To świadectwo wiary i przywiązania do kościoła. Na wielu osobach robi duże wrażenie, kiedy po tej wyjątkowej służbie strażacy niemal całą drużyną przystępują do Komunii św. – opowiada. – Różnie to w życiu bywa, ale przed Wielkanocą większość druhów do konfesjonału maszeruje. Nabijamy się czasem, że kto nie był, to jak na warcie postoi półtorej godziny, to też skruszeje i pójdzie do spowiedzi – dopowiada ze śmiechem pan Konrad. – To wyjątkowa służba. Nie da się jej pełnić bez załatwienia wszystkich spraw z Panem Bogiem – potwierdza Sławek Wicha. Strażackie świadectwo cieszy ks. Andrzeja. – To znaczy, że nie czują się najemnikami, którzy muszą stać na warcie, ale mają świadomość, że strzegą grobu Pańskiego, a także swojej wiary. Trudno strzec czegoś, czego nie ma się w sercu – dodaje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół