• facebook
  • rss
  • Mistrzowie w komżach

    dodane 16.04.2015 00:00

    Piłkarski finał. Miesiące zmagań eliminacyjnych, setki strzelonych bramek, mnóstwo emocji i zdrowego współzawodnictwa. Ale ministrancka piłka to więcej niż sportowa rywalizacja.

    Ponad pół setki drużyn w trzech kategoriach wiekowych wzięło w tym roku udział w rozgrywkach Diecezjalnej Ligi Ministranckiej. Najlepsi zmierzyli się w walce o puchary i nagrody w Regionalnym Centrum Turystyki i Sportu w Karlinie.

    Boiskowa formacja

    Emocji nie brakowało do ostatniego gwizdka. O tym, kto zdobył pierwsze miejsce, zdecydowało zwycięstwo w ostatnim starciu ekipy z Czarnego. Puchar w ostatniej chwili wyśliznął się z rąk ministrantom ze słupskiej parafii pw. Najświętszego Serca Jezusowego. Czarneńska drużyna cieszyła się tym mocniej, że był to ich debiut w rozgrywkach ligowych.

    – Zależało nam bardzo na zwycięstwie, żeby pokazać diecezji, że w Czarnem jest coś więcej niż więzienie – przyznaje ze śmiechem ks. Paweł Byczkowski. Dla opiekuna drużyny to nie pierwszy finał. Wcześniej pracował w miasteckiej parafii pw. Miłosierdzia Bożego, której ministrancka ekipa nieraz wracała do domu z pucharem. Pomysł na formację boiskową udało się przeszczepić w nowym miejscu. – Nigdy nie przepadałem za piłką nożną. Wolałem bieganie albo siatkówkę. Teraz widzę, że warto się było przełamać – wyznaje ze śmiechem ks. Paweł. – To właśnie w Miastku zobaczyłem, że piłka nożna jest świetnym uzupełnieniem formacji. Zmagania na boisku sprawiają, że chłopaki coraz lepiej dogadują się ze sobą, rozumieją, stają się zespołem, także przy ołtarzu. Pracują ze sobą i nad sobą – dodaje duszpasterz.

    Nie zawsze z pucharem

    Choć wygrana daje radość, a kopanie piłki to świetna zabawa, nie można tracić z oczu tego, co najważniejsze. Piłka nie zastąpi formacji ministranckiej. Ale może w niej pomóc. – Rywalizacja sportowa kształtuje charakter. Tak jak systematyczna formacja, służba przy ołtarzu czy zbiórki. Na boisku – jak w życiu – zdarzają się zwycięstwa i porażki. Z tych pierwszych trzeba się umieć cieszyć, a z tymi drugimi zmierzyć. To ważne dla młodych ludzi, bo często się słyszy o tym, że nie potrafią radzić sobie z życiowymi kryzysami – mówi ks. Marcin Wolanin, koordynator diecezjalnej Ligi Ministranckiej i trener słupskiej drużyny z Najświętszego Serca Jezusowego. – O tym meczu trzeba szybko zapomnieć. Stres nas zjadł – Paweł Nowak i Jakub Lewczuk rozkładają bezradnie ręce. Już po pierwszym starciu do bramki reprezentacji wałeckiej parafii pw. Miłosierdzia Bożego bez odpowiedzi wpadło 7 goli. – Pierwszy raz zagraliśmy w lidze, dostaliśmy się do finałów, więc i tak nie jest źle – dodają. Humoru nie tracą nawet po kolejnych, również wysoko przegranych meczach. – Ksiądz Marcin Dobrowolski, który opiekuje się ministrantami, powtarzał im, że docierając do finałów, są już zwycięzcami, niezależnie od wyniku – mówi kleryk Patryk Wojcieszak, który dodawał otuchy drużynie ze swojej rodzinnej parafii podczas rozgrywek finałowych. Paweł mimo przegranej cieszy się, że udało im się zagrać w Karlinie. Najważniejsze przecież, że są drużyną. – Gra w piłkę pomaga w budowaniu wspólnoty ministranckiej. Dzięki temu dołączają do nas nowi ministranci – wyjaśnia kapitan z Wałcza. – Nie można pomylić akcentów. Piłka nie jest celem, ale środkiem. Treningi na boisku nie są po to, żeby wychować dobrych piłkarzy, ale stworzyć dobrą drużyną ministrancką. To, czego doświadczy się na boisku, może w tym pomóc. Nawet przegrywanie, bo uczy pokory. Kiedy porażkę przeżywa się we wspólnocie, łatwiej się z nią zmierzyć – kiwa głową kleryk Patryk. Chłopaki zapewniają, że starają się być drużyną także wtedy, gdy zamiast pomarańczowych koszulek zakładają komże. – Tylko tyle goli tam nie wpuszczamy – dodają ze śmiechem. Obydwaj są lektorami i, jak dodają, podczas świąt stoczyli znacznie ważniejszy „mecz”. – Stres podczas Triduum jest dużo większy niż na finale – zapewniają zgodnie.

    Zza bocznej linii

    Jak każdy sport, także w wymiarze diecezjalnym piłkarskie zmagania budzą wielkie emocje. Nie tylko wśród zawodników. Z pasją do rozgrywek podchodzą także trenerzy w sutannach. – Czasami rzeczywiście nie wiadomo, kto bardziej przeżywa mecz – przyznaje ks. Marcin. – Ale to też świetna płaszczyzna do tego, żeby zobaczyć w księdzu… człowieka: z nerwami, z emocjami, temperamentem, któremu zdarza się od nadmiaru wrażeń stracić głos – śmieje się duszpasterz. – Są chwile, gdy rzeczywiście trudno ustać za linią. Chciałoby się wejść na boisko i pomóc chłopcom. To dlatego, że czuję się częścią ich grupy – przyznaje z uśmiechem ks. Wojciech Szulczewski, który bez wątpienia zasłużył na tytuł najbardziej charyzmatycznego trenera tegorocznych finałów ligi. Dodawał chłopcom zapału do walki, przeżywał błędy i cieszył się z bramek. – To chłopaki przeżywają mecze, ja się z nimi tylko duchowo łączę – uśmiecha się, wiedząc, że wysiłek, który włożyli w przygotowania, opłacił się: tytuł mistrzów diecezji w najmłodszej kategorii pojedzie do połczyńskiej parafii mariackiej. Sam woli koszykówkę, ale ze swoimi ministrantami też chodzi pokopać. – To też jest zobowiązujące dla księdza, żeby w tej relacji pozostać autorytetem. Nie zgubić czegoś bardzo ważnego po drodze. Czasami trzeba powiedzieć coś ostrzej, zwrócić uwagę, skorygować. Myślę, że chłopcy tego też potrzebują. Są jasno określone zasady, których przestrzegania można wymagać. Nawet jeśli na meczu podniosę głos, to chłopaki wiedzą, że nie chodzi o moją złość, nie boją się, że to jest atak na nich, tylko motywacja do naprawienia błędu – wyjaśnia ks. Wojciech. – Pasja sportu nieźle się przekłada na wychowanie – dyscyplina, zacięcie, zdrowa rywalizacja, umiejętność wygrywania i przegrywania, ale i budowanie relacji: ze sobą nawzajem, z księdzem, a przede wszystkim z Panem Jezusem. Ta więź, która tworzy się w drużynie, przekłada się na służbę przy ołtarzu, ale także na codzienne życie. Podczas karlińskiego finału kilkakrotnie wędrował w górę żółty kartonik. – Z dyscypliną bywa różnie. Emocje czasem ponoszą – przyznaje nieco zakłopotany Wojtek Bukowy, prezes ministrantów w pilskiej parafii pw. św. Jana Bosko. – Na boisku wychodzi, jakim kto jest człowiekiem. Po meczu bywa, że są tematy do rozmowy – dodaje z uśmiechem ks. Tomasz Wierzchowski. Opiekun salezjańskiej ekipy nie ma wątpliwości, że sport pomaga w formacji ministranckiej, a droga do wiary może przebiegać przez boisko. – Ojciec Bosko miał zasadę, że na boisku nie ma ławek: wszyscy biorą udział w grze. To bardzo integruje, pomaga w tworzeniu wspólnoty. A druga zasada: prosto z boiska do kaplicy. Te dwa wymiary się uzupełniają. W zdrowym ciele zdrowy duch – mówi ks. Tomasz. Ksiądz Marcin Wolanin podkreśla, że sporo tu zależy od opiekującego się ministrantami duszpasterza. – Nawet sam nie musi kopać piłki. Chociaż dobrze, żeby grał razem z nimi. Najważniejsze jednak, żeby z nimi był. A boisko świetnie nadaje się do takiego wspólnego bycia i mobilizowania do działania – mówi, wspominając swojego jastrowskiego duszpasterza, śp. ks. Antoniego Czernuszewicza. – Zawsze nas denerwował i prowokował, mówiąc o piłce nożnej, że 22 wariatów biega za nadmuchanym pęcherzem i jeszcze ma z tego radość. Ale towarzyszył nam we wszystkich bojach.

    Ksiądz też gra

    – W seminarium byłem głównym kontuzjującym, więc na boisko raczej nie wchodzę – śmieje się ks. Tomasz Wierzchowski. Z chłopakami gra za to brat Tomasz. I to on głównie biegał wzdłuż linii bocznej, dopingując pilską drużynę. – Zróbcie jeszcze jedną bramkę! – zachęcał gromko, choć i tak na tablicy wyników na czerwono świeciła imponująca przewaga salezjańskich ministrantów. Na kolejnego gola nie trzeba było długo czekać. – Dla nas to ważne, że jest  z nami na hali brat czy ksiądz. Możemy się razem pośmiać, pobawić. Pobyć razem nie tylko na poważnie, przy ołtarzu, ale też bardziej na luzie – mówi Wojtek. – No i to skłania do trzymania języka na wodzy, chociaż nie zawsze się, niestety, udaje. Ksiądz Paweł Byczkowski nie ukrywa, że boisko dla duszpasterza, któremu nie brakuje zajęć w parafii, treningi piłkarskie to dodatkowe wyzwanie. – To prawda, że nierzadko muszę mobilizować siebie, a nie chłopaków, bo jedyne, co jestem w stanie po całym dniu pracy trenować, to palec na pilocie od telewizora, ale wiem, że warto się zmusić – przyznaje. Te najbardziej cieszące sukcesy to wcale nie puchary. – Dzięki piłce udało się dotrzeć do chłopaków, którzy mieli „problem” z Kościołem. Nie wiem, czy udałoby mi się ich inaczej zachęcić do tego, żeby zapisali się na lekcje religii, a nawet wstąpili w szeregi ministranckie – dodaj.•

    Wyniki V Finału Diecezjalnej Ligi Ministranckiej

     

    Szkoła podstawowa

    1. parafia mariacka w Połczynie-Zdroju 2. parafia pw. św. Józefa w Połczynie-Zdroju 3. parafia pw. św. s. Faustyny w Słupsku 4. parafia MB Częstochowskiej w Duninowie najlepszy bramkarz: Kevin Nowacki (parafia mariacka w Połczynie-Zdroju) najlepszy strzelec: Maksymilian Darosz (parafia pw. św. Józefa w Połczynie-Zdroju)

    Gimnazjum

    1. parafia pw. św. Jana Bosko w Pile 2. parafia pw. MB Częstochowskiej w Duninowie 3. parafia pw. św. Jana Chrzciciela w Trzciance 4. parafia pw. Miłosierdzia Bożego w Wałczu najlepszy bramkarz: Adam Muszyński (parafia pw. św. Jana Bosko w Pile) najlepszy strzelec:  Wojciech Bukowy  (parafia pw. św. Jana Bosko w Pile)

    Szkoła ponadgimnazjalna

    1. parafia pw. Wniebowzięcia NMP w Czarnem 2. parafia pw. Najświętszego Serca Jezusowego w Słupsku 3. parafia pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Kłaninie 4. parafia pw. św. Maksymiliana M. Kolbego w Słupsku najlepszy bramkarz: Mateusz Paczkowski (parafia pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Kłaninie) najlepszy strzelec: Michał Gwozdowicz (parafia pw. Wniebowzięcia NMP w Czarnem)

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół