• facebook
  • rss
  • Od tradycji do żywej wiary

    dodane 03.06.2015 00:00

    III Kongres Nowej Ewangelizacji. Kilkaset osób odpowiedziało na zaproszenie Konferencji Episkopatu Polski i przyjechało do niewielkiej wsi do diecezji na północy Polski, żeby zastanawiać się, jak ewangelizować wieś – bogatą w religijne tradycje, ale i borykającą się z problemami.

    Wsie nie są duchowymi pustyniami. Przeciwnie, to właśnie w wielu środowiskach wiejskich przetrwało to, co miasto już dawno zatraciło: prostą modlitwę i naturalne rozumienie prawd wiary. Na tym fundamencie można i trzeba wznosić solidne budowle.

    Prosta nie znaczy prostacka

    – Chłopom w Ludźmierzu do domów wojna przyszła, to znaczy wojsko węgierskie. Oficer kazał się przenocować, ale gazda mówi, że nie ma gdzie, bo jest tylko jedna izba, w której on śpi z babą. Oficer kazał sobie pościelić w izdebce. Ci, którzy są z południa, to wiedzą, że izdebka to jest właściwie kaplica domowa, ze świętymi obrazami, czasem tylko z łóżkiem bogato nakrytym poduszkami. U gazdy było biednie, stał w izdebce tylko stół. A oficer kazał sobie na tym stole pościelić.

    Kobieta płakała, mówiła, że to gangster jakiś, bo jak spać na stole, skoro stół jest święty? Ale on chciał strzelać, więc mu na tym stole pościeliła. W nocy jakaś nieludzka siła podniosła go pod powałę i rypnęła nim o ziemię. Jak gazda rano wszedł i zobaczył te zwłoki na ziemi, to powiedział tylko: „ale tyz nim prasło, ej prasło”. Przyszło wojsko, spaliło chałupę, tylko stół ocalał. A na nim była płaskorzeźba Matki Boskiej Ludźmierskiej – bp Grzegorz Ryś opowiada jedną z podhalańskich legend. – A dlaczego nie można spać na stole? Ano dlatego, że czasami przychodzi ksiądz i kładzie na stole Najświętszy Sakrament. Góral nawet czapki nie położy na stole. To są proste wartości, ale odwołujące się do czegoś niesamowicie głębokiego. To jest genialny punkt wyjścia – przekonuje przewodniczący Zespołu Konferencji Episkopatu Polski ds. Nowej Ewangelizacji. Tych, którzy zastanawiają się, jak ewangelizować mieszkańców wsi, przestrzega, by nie deprecjonować tego, co nazywamy niekiedy nawet z lekceważeniem pobożnością ludową. – Kultura i wiara ludzi prostych nie jest mniej duchowa. Także przekaz, z którym do nich idziemy, nie musi być zredukowany – mówi. Biskup Ryś uczestnikom kongresu przybliżał też zmiany, jakie w ostatnich 40 latach zachodziły w nauczaniu Kościoła w odniesieniu do pobożności ludowej. Od tej widzianej przez Pawła VI, jako w tej samej mierze bogatej, co narażonej na niebezpieczeństwa rytualizmu, po tę, którą papież Franciszek nazywa wielką ewangelizującą siłą, którą trzeba doceniać. Biskup przestrzegał także przed stereotypowymi uproszcze- niami. – Zdarzyło mi się pisać doktorat o pobożności ludowej w średniowieczu. Jak się człowiek naczyta tych wszystkich książek o średniowieczu, to najczęstszym słowem, które tam pada jest „zabobon”. Taki chłopiec do bicia, którego wystarczy postawić i lać. W średniowieczu polskim co prosty człowiek miał do zrobienia w kościele? Zaśpiewać pieśń po polsku. Liturgia po łacinie, kazań nie było, bo się księżom nie chciało albo nie umieli. Zacząłem przeglądać te pieśni i znalazłem taką, która liczyła 16 zwrotek. Była o Hiobie. Cała Księga Hioba w pieśni. Idę w zakład, że spotkacie człowieka na ulicy, dzisiaj, w świecie literatury, ludzi piśmiennych, i zapytacie o Księgę Hioba, to myślę, że będziecie zdumieni tą rozmową. A prosty chłop w ciemnym średniowieczu wiedział, kto to był i Hiob i co to była za historia – mówił bp Ryś.

    Dokopać się do fundamentów

    W pobożności ludowej dość łatwo zaobserwować owocne spotkanie z Bogiem, cześć dla Najświętszego Sakramentu i głęboką pobożność maryjną. To wszystko może służyć ewangelizacji. – Niektórym może się wydawać, że jak mamy do czynienia z kimś, kto ma cześć dla Najświętszego Sakramentu i głęboką pobożność maryjną, to co z nim jeszcze robić? A papież Benedykt mówi: to jest punkt wyjścia. Do czego trzeba mieszkańca wsi doprowadzić? Do przekazu wiary, do przybliżania go do sakramentów, umacniania więzi rodzinnej, wspólnotowej i praktyki miłości – przekonuje bp Ryś. – Często jak spotykam się z księżmi z wiejskich parafii, to oni są zasadniczo zadowoleni z tego, co jest. Procent dominicantes jest bardzo duży, ale czy to prowadzi do rzeczywistej praktyki miłości? Może być tylko rytuałem, pewnym obowiązkiem – jest spowiedź na Wielkanoc, to się idzie, ale co z tego dalej wynika? A wynikać ma osobiste spotkanie z Bogiem i doświadczenie żywej wiary, takie, którego nie można zatrzymać dla siebie, ale chce się z nim iść i opowiadać innym. Z tym bywa trudno, także ze względu na twardy jak granit argument sprzeciwiający się wprowadzaniu nowych form przekazywania Dobrej Nowiny: „bo tak było zawsze”. – Wiara jest ryzykiem. Chcemy pokazywać ludziom, że warto zaryzykować. Bo my się często poruszamy w takich kołoważach, jak to się na Kaszubach mówi. Jak wóz jedzie tymi koleinami, to nie zrobi żadnego manewru. Nie skręci nawet przez najbliższe 500 m aż do skrzyżowania. Czasem odnajduję się w takiej sytuacji: jadę jak ten wóz przed siebie, chociaż Duch Święty zaprasza mnie do tego, by coś na tej drodze zmienić. Na przykład wyjść z ocen i opinii, które mam na temat sąsiada. W środowiskach wiejskich trudno wyjść ze schematów. Dzięki Duchowi Świętemu można wyskoczyć z tych kolein – mówi Adam Duszyński, który na kongres przyjechał z Kartuz razem z przyjaciółmi ze wspólnoty Gwiazda Betlejemska. – Różnice z pewnością są, ale nie dzielimy ewangelizacji na wiejską i miejską, dla nas to jedna niwa, na której staramy się posługiwać – dopowiada Alicja Mazur. – Ludowa pobożność to jest dobry fundament, na którym można budować. Ale trzeba kucnąć, odkopać z ziemi, w którą już się zapadł. No i zejść z jakiegoś własnego piedestału i zacząć wzrastać razem z tymi, do których idziemy – zapewniają z zapałem ewangelizatorzy, którzy sami mieszkają na wsi.

    Ewangelizacja otwartych drzwi

    – Wieś jest wdzięcznym terenem do ewangelizowania. Ludzie tutaj są bardziej otwarci niż w mieście, łatwiej złapać z nimi kontakt, oczywiście wtedy, kiedy są wcześniej przygotowani na to spotkanie, wiedzą, że są posłani przez swojego proboszcza. W mieście ludzie są bardziej anonimowi, zamknięci w czterech ścianach i mniej chętnie otwierają drzwi przed ewangelizatorami – przekonuje ks. Radosław Siwiński, inicjator Ewangelizacji Wioskowej, letnich akcji, które od lat odbywają się w naszej diecezji. Uczestnicy kongresu mogli nie tylko słuchać o ewangelizowaniu środowisk wiejskich, ale także na jedno popołudnie dołączyli do ewangelizatorów, żeby mówić o Jezusie mieszkańcom okolicznych wsi. Wcześniej, podczas warsztatów, gospodarze spotkania dzielili się z nimi swoimi doświadczeniami. – Większość ludzi naprawdę na nas czeka już przy płocie, zaprasza, otwiera szeroko drzwi domów. Sami mówią o tym, że to dla nich święto. I są to bardzo wzruszające spotkania, bo proponując wspólną modlitwę, pytamy, czy są jakieś szczególne intencje, w których chcieliby prosić. Wtedy często pojawiają się łzy, dzielą się z nami swoimi problemami: chorobą, samotnością, brakiem nadziei – opowiada Asia, która ma za sobą już kilka letnich akcji na wsiach. – Podczas ewangelizacji wsi nauczyłam się przede wszystkim indywidualnego podejścia do człowieka. Nie wymyślone wcześniej zdania i historyjki, które miałam w głowie, ale słuchanie potrzeb tych ludzi i osobiste świadectwo było najmocniejsze – dodaje. Ewangelizatorzy, którzy przyjechali z całej , mają masę pytań. O to, co mówić, jak radzić sobie z odrzuceniem propozycji rozmowy? Księża pytają o to, skąd wziąć ludzi do ekip ewangelizacyjnych i czy proboszczowie chętnie zgadzają się na zwalnianie księży ruszających na wieś z normalnych obowiązków duszpasterskich. Zainteresowanie jest duże nie tylko wśród tych, którzy na co dzień starają się ewangelizować wieś. – W ofercie diakonii mamy propozycje ewangelizowania różnych środowisk, ale rzeczywiście jeszcze nie przygotowaliśmy nic dla wsi. Dla nas to zupełnie nowy, nieznany obszar. Pytałam nawet męża, czy spakował na ten wyjazd gumowce – śmieje się Agata z Wejherowa, która od lat razem z mężem działa w Ruchu–Światło–Życie. – Ale ze zdumieniem słucham tego, co mówi się podczas kongresu, o całym tym bogactwie pobożności ludowej i już sama chciałabym ruszać na wieś – dodaje z zapałem. – Nas fascynuje człowiek, a doświadczaliśmy podczas dotychczasowych ewangelizacji ludzi z dużego miasta, bo nawet obrzeże Trójmiasta to właściwie noclegownia dla tych, którzy spędzają życie i pracują w dużej aglomeracji. Teraz jesteśmy ciekawi duchowości i przeżywania wiary ludzi z małych społeczności – dopowiada jej mąż Jarek. – Pobożność ludowa jest siłą, ale w zetknięciu z dzisiejszym światem nie wystarczy, zostanie wessana. Religijność ludowa ma za krótkie ręce. Przekaz wiary kuleje nawet w najbliższym środowisku, w rodzinie. Płacz rodziców i dziadków, że dzieci odchodzą od Boga i Kościoła jest dość częstym zjawiskiem. To znaczy, że zachwiany jest przekaz żywej wiary – chłodno ocenia jednak ks. Jerzy Janeczek z diecezji tarnowskiej, w której ani na brak przywiązania do tradycji, ani na frekwencje w kościołach narzekać nie można.

    A to problem, z którym boryka się nie tylko wieś

    – My też się borykamy z tym, jak głosić wiarę. Miasto też nie bardzo wie, jak mówić do ludzi, żeby dać im jasny, autentyczny przekaz. Musimy przestawić się z pobożności zastanej na dzielenie się osobistym świadectwem. Chyba wszyscy potrzebujemy zrozumienia, że wiara to osobiste spotkanie z Jezusem – nieważne czy na wsi, czy w mieście – podsumowuje Ania Mikołajczyk, ewangelizatorka z Poznania. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół