• facebook
  • rss
  • 60 lat siania

    dodane 11.06.2015 00:15

    Choć od lat są na zasłużonej emeryturze, na brak zajęć nie narzekają, a energii mógłby im pozazdrościć niejeden dwudziestolatek. Diamentowi jubilaci świętowali w Pile rocznicę święceń kapłańskich.

    Ks. kanonik Władysław Deryng i ks. prałat Ryszard Kierzkowski to duszpasterze dobrze znani nie tylko mieszkańcom południa diecezji.

    Jeden rower i siedem motocykli

    Tych, którzy po ukończeniu paradyskiego seminarium duchownego powiedzieli w 1955 r. swoje „tak” Bogu i Kościołowi zostało w diecezji już tylko trzech. – Niedobitki nas zostały, gorzej niż z armią Napoleona pod Moskwą! – przyznaje z właściwym sobie poczuciem humoru ks. Ryszard Kierzkowski.

    – Jest jeszcze w Ustce ks. Ryszard Pawlukowski, ale z nim czas nie obszedł się tak łaskawie, od kilku lat bardzo choruje. Kilku kolegów jeszcze się porusza, kilku już ma z tym duże kłopoty – kiwa głową kapłan. Sam na brak zapału do pracy nie narzeka. Cieszy go, że w parafii św. Józefa, którą budował od podstaw, wciąż jeszcze jest potrzebny i może służyć ludziom, choć już jako emeryt nie proboszcz. – Dopiero w ostatnim czasie, jak coraz trudniej się robi, zauważyłem, że to tyle lat minęło i jest co wspominać – śmieje się. Tematów do wspomnień ks. Ryszardowi nie zabraknie. Jego kapłańska droga zaczęła się w Administracji Gorzowskiej, która obejmowała wówczas jedną siódmą kraju! – Jeden rower i siedem motocykli zdarłem – podsumowuje tamten okres pracy, choć kryje się za nim znacznie więcej, bo i kapelanowanie najpierw przy bp. Jerzym Strobie, późniejszym arcybiskupie poznańskim, potem przy bp. Ignacym Jeżu i tworzenie w nowo powstałej diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej Wydziału Katechetycznego, na którego czele stał przez ponad 20 lat. – Kuria zajmowała wówczas dwa, trzy pokoiki. To było rzeczywiście trudne, bo nawet czerpiąc wzory z Gorzowa, trzeba było od podstaw stworzyć nowe struktury – przyznaje ks. Ryszard Ryngwelski, który najpierw był następcą ks. Kierzkowskiego w Wydziale Katechetycznym, a teraz po nim dzierży stery u św. Józefa w Pile. Ks. Ryszard nie mówi, że było ciężko. – Nudno nie było! Żałuję tylko, że tak mało zrobiłem. Za mało. Tyle otrzymałem w życiu od ludzi życzliwości, że to aż zawstydza, że człowiek za mało ich kochał, za mało się za nich modlił – zamyśla się. Parafianie otaczają szacunkiem i ciepłem swojego księdza seniora. – W tym roku ks. Ryszard nie niósł już w procesji monstrancji, żeby nie narażać Pana Jezusa. W końcu blisko dwukilometrowy spacer to i tak spory wysiłek, ale parafianie czuwali nad księdzem, osłaniali parasolem od słońca. Kilkanaście razy już nieźle nas nastraszył, gdy zasłabł. Były takie sytuacje, w których serce odmówiło posłuszeństwa przy ołtarzu. Mamy na szczęście w parafii kilkunastu lekarzy, któryś z nich jest na każdej Mszy św., więc ks. Ryszard jest zawsze pod dobrą opieką – opowiada ks. Ryngwelski.

    Diamentowi giganci

    60 lat można zapisać na kartce w litanii kolejnych parafii, zbudowanych kościołów i wspólnot, nie sposób jednak policzyć godzin spędzonych w konfesjonale, ludzi przyprowadzonych do sakramentów i historii, które kryją się za każdym napotkanym przez ten czas człowiekiem. – Patrzyłem na tę armię przyjaciół, która świętowała razem z ks. Władysławem w Jastrowiu, z kwiatami, życzeniami, i wiem, że ci ludzie nie biorą się znikąd. To są lata ciężkiej pracy i ofiarowywania serca. Nie szuka w tym swojego i nie czeka na zbiory, po prostu od 60 lat sieje – mówi o drugim diamentowym jubilacie ks. Stanisław Oracz, dziekan dekanatu pilskiego. Ks. kanonik Władysław Deryng to człowiek instytucja, dobrze znany nie tylko jastrowiakom, którym proboszczował przez dwie dekady. Został księdzem dzięki… komunizmowi. Sam twierdzi, że jego powołanie zrodziło się w tczewskim więzieniu. Potem też niejednokrotnie stawał przed kolegium za rzekome wykroczenia, władze państwowe województw: zielonogórskiego, poznańskiego i pilskiego sprzeciwiały się mianowaniu go proboszczem, siedział w koszalińskim więzieniu. Teraz, zamiast odcinać kupony po latach pracy, pisze książki i codziennie dojeżdża do Piły z posługą do chorych leżących w klinice Ars Medical. – On nas ciągle zaskakuje, zachwyca i zawstydza! My, młodsi często marudzimy, że coś boli, że zmęczenie, że sił brakuje, a on potrafi o 3 w nocy jechać odmówić Koronkę do Bożego Miłosierdzia przy konającym! Nigdy też nie wyjdzie na ambonę nieprzygotowany. Wiem, że mi ludzi z kościoła podbiera, bo idą na Mszę św., którą on sprawuje, żeby posłuchać, jak głosi słowo Boże – przyznaje ze śmiechem ks. Oracz. – Bardzo potrzeba takich świadectw, także nam, księżom. Kiedy przychodzi moment zmęczenia, czasem zniechęcenia pracą, to warto postawić sobie przed oczami takich gigantów – dodaje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół