• facebook
  • rss
  • Rękopis z przeszłości

    dodane 12.11.2015 09:31

    Historia. Młodzi słupszczanie badają losy tych, którzy budując powojenny Słupsk, chwycili nie tylko za łopaty, ale i pióra. Bo miasto musi mieć duszę polską.

    Panią Danutę aż ciarki przeszły. – Już wiedziałam, że musimy to odtworzyć – wspomina Danuta Sroka, dyrektorka Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Marii Dąbrowskiej w Słupsku. To były pozornie zwykłe odwiedziny u Felicji Bystrzyńskiej, poznanej podczas projektu „Palimpsest”, zrealizowanego przez placówkę w 2014 r. Kiedy okazało się, że gospodyni jest posiadaczką scenariusza jednej z pierwszych sztuk wystawionych po wojnie na deskach słupskiego teatru, projekt „Rękopis z przeszłości” zaczął kiełkować. Na oczach pani Danuty z szuflad, niczym rekwizyty, wyskakiwały fotografie, dokumenty, kronika rodzinna Bystrzyńskich, a nawet ślubna halka. Objawiał się powojenny Słupsk.

    Dramat o matce

    Ale najcenniejszy był rękopis „Miłości matki”. Sztuka powstała na zamówienie dyrektorki Gimnazjum Kupieckiego Leonii Strzelczyk, która po wojnie przyjechała z Warszawy na Ziemie Odzyskane, by rozwijać polskie szkolnictwo. Współautorka dzieła, Felicja Bystrzyńska, która wraz z rodzicami i siostrą po wielu przeprowadzkach w końcu osiadła w Słupsku, dobrze pamięta, jak uprosiła tatę, by napisał niedługi dramat o matce, ojczyźnie i jakoś dotykający działań PCK, bo właśnie uczniowie tego szkolnego koła zdecydowali się wkuwać patriotyczne dialogi. Potem zaglądała tacie do tekstu, doradzała, jak mogą wyglądać bohaterowie, wiedząc, kto z kolegów nadaje się na aktora. Franciszek Bystrzyński, choć z zawodu był krawcem, miał smykałkę do pisarstwa. Niebawem jednoaktówka była gotowa. Kilkanaście stron zapisanych kopiowym ołówkiem na odwrocie poniemieckich druków do wystawiania delegacji mówiło o miłości ojczyzny, tak podobnej do miłości matki czuwającej u wezgłowia umierającego syna. O braku leków, partyzantce i Bogu.

    Trudne pytania

    Ania Jurak z V LO, chociaż w ramach projektu musiała się wgryźć w temat powojennych przesiedleń, odnaleźć osoby związane z przedstawieniem z 1946 roku, sporządzać biogramy bohaterów, nauczyć się montować film, twierdzi, że najtrudniejsze było… zadawanie pytań. Jak zadać je osobie, która ma opowiedzieć nie o wczorajszym zdarzeniu, lecz o odległej i budzącej wiele wspomnień młodości, rodzinnych więziach, przeprowadzkach z miasta do miasta, przygodzie ze sztuką? Ania potrzebowała pomocy profesjonalisty, Bogusława Matuszkiewicza, który dał jej i kolegom parę redakcyjnych wskazówek. Jednak młodzi adepci dziennikarstwa nie poprzestali na zebraniu niezbędnych informacji. Wywiady trwały dłużej, niż przewidywali. Czasem dla własnych dziadków nie mają tyle czasu, a tu nie wypadało przerywać. I okazało się, że to wciąga, że można nadać podręcznikowym relacjom ludzkie twarze. W projekt „Rękopis z przeszłości” zaangażowali się uczniowie IV i V LO oraz Zespołu Szkół Ekonomicznych (będącego spadkobiercą Gimnazjum Kupieckiego). Nie tylko odkurzyli leciwy dramat i wystawili go współcześnie. Ci z grupy dziennikarsko-detektywistycznej dotarli do bohaterów przedstawienia, dzisiejszych 80-, 90-latków: Felicji Bystrzyńskiej, Wandy Szpilewskiej (córki Marii Zaborowskiej – reżyserki), Elżbiety Majchrzak-Golonki (odtwórczyni roli Matki) i Mirosława Konrada (późniejszego dyrektora ekonomika, który znał dyrektorkę Leonię Strzelczyk). Detektywi uczyli się postępowania ze zgromadzonym materiałem – jak go opracować, umieścić na stronie internetowej, wykonać prezentację multimedialną, zdigitalizować. Zadaniem grupy aktorskiej było jak najdokładniejsze odwzorowanie przedstawienia i zbudowanie scenografii.

    Szekspir partyzantem

    Przy stole siedzi kilkoro młodych. Jedni skupieni, skoncentrowani. To detektywi projektu. Obok nich ekstrawertycy z błyskiem w oku opowiadają o wcielaniu się w role. To aktorzy. Projekt uczy ich współdziałania, tego, że praca jednych zależy od zaangażowania drugich. Tygodnie badań, poszukiwań, wywiady zostaną bowiem sfinalizowane nie tyle w pliku kartek, które trafią do archiwum, co w przedstawieniu, odegranym zarówno przed publicznością – uczestnikami premiery sprzed 70 lat, jak i przed kamerą – jako zapis telewizyjny, który pokażą rówieśnikom z innych słupskich szkół. Nad aktorską częścią projektu czuwa Joanna Korzeniowska-Klaja, nauczyciel bibliotekarz z IV LO. W chwili scenicznej blokady odstresowuje podopiecznych zestawami ćwiczeń. Pomaga Danielowi Galimskiemu, wcześniej scenicznemu lekarzowi, Szekspirowi i narkomanowi, przeobrazić się w partyzanta Staszka. – Ta rola to dla mnie wyzwanie – wyznaje licealista – bo nie mogę, jak w poprzednich występach, pozwolić sobie na improwizację. Muszę trzymać się scenariusza, zagrać wszystko dokładnie tak, jak zostało napisane 70 lat temu. Dlaczego to dla niego takie wymagające? Bo niektóre zwroty przez lata stały się archaiczne. – Trudno jest nauczyć się swobodnie operować słowami, które już wyszły z obiegu, np. „co ma wisieć, nie utonie” albo „sursum corda”. Trudno też wejść w dialogi, w których niemal cały czas mówi się o ojczyźnie. Mówić o Polsce jako o matce? Teraz już się czegoś takiego nie robi – mówi Daniel. Relikt czasów to dla Daniela także formy zwracania się do rodziców, np. „matko”, lub gesty, jak przyklęknięcie przed rodzicielką. – Dziś nie ma tak dużego nacisku na kindersztubę – tłumaczy swoje opory Daniel. – Wchodzimy do domu i mówimy: „Cześć, mamo, co na obiad?”. Dawniej trzeba było się najpierw odpowiednio przywitać, zachować w nieco przesadny sposób. Felicja Bystrzyńska potwierdza te praktyki. Wraz z siostrą przestrzegała ich bez trudu, bo miała dobry przykład w rodzicach. – Przede wszystkim rodzice szanowali siebie nawzajem. Nie pamiętamy z siostrą ani jednej ich kłótni. Czy oni się w ogóle kłócili? – zastanawia się. Jako przykłady tego szacunku podaje to, że tata czyścił rodzinie buty, podawał płaszcz mamie, układał jej urodzinowe wiersze. A mama jako pani domu o wszystko dbała. Daniel, mimo trudów z przyswajaniem niedzisiejszego savoir- -vivre’u, szanuje go. I cieszy się, że na scenie może wczuć się w dawny polski dom. Owszem, woli dzisiejszy, prostszy styl, ale przyznaje: pewna kombinacja obydwu modeli mogłaby wnieść coś cennego do współczesnej rodziny.

    Okiełznać maszynę

    W życiu artystycznym Krystiana Theila też nagle zrobiło się jakoś poważnie. Do tej pory grał w kabarecie. W „Miłości matki” się nie powygłupia. Przeciwnie, musi wyglądać na umierającego. To o jego zdrowie zabiega tytułowa matka. – Poprzez udział w projekcie zrozumiałem, że ludzie w tamtych czasach mieli o wiele poważniejsze problemy niż my dzisiaj – mówi zdumiony, że podstawową potrzebą mogło być ubranie czy leki. Ale wierzy, że gdyby i teraz zawitała w ojczyste progi wojenna zawierucha, młodzi – fakt, na razie niezahartowani – wskrzesiliby w sobie niezbędną odwagę. – Sądzę, że szybko byśmy się przystosowali do nowych warunków – mówi zamyślony. Aktorzy muszą też zadbać o scenografię. – Na początku mieli przystosować do występu jedno z pomieszczeń muzealnych. Jednak lepszy okazał się pokój w starym stylu, czyli mieszkanie siostry pani Felicji – Danuty Kardasz. Nadal wygląda jak z lat 40.: tapeta z epoki, obrazy i pamiątki związane z tatą, czyli autorem jednoaktówki – wyjaśnia koordynatorka „Rękopisu z przeszłości” Elżbieta Wójcikowska. Smaczku scenografii dodają oryginalny rękopis i maszynopis oraz dawna maszyna do szycia. – Musimy tylko nauczyć jedną z uczennic na niej szyć. Co nie będzie takie proste – śmieje się koordynatorka, niepewna, czy sama podołałaby staromodnej maszynie.

    Archiwum czy Google?

    Udział w projekcie daje uczestnikom poczucie podróży w przeszłość. Ale paradoksalnie okazuje się, że im więcej czasu mija, tym łatwiej jest przeprowadzić niektóre sprawy. – Naszą pracę musieliśmy zacząć od odnalezienia osób, które były związane z przedstawieniem – wyjaśnia E. Wójcikowska. – Zanim jednak ruszyliśmy do archiwów, po prostu… wpisaliśmy nazwiska w wyszukiwarkę internetową. I niektóre były! Jedną z pań odnaleźliśmy jako słuchaczkę na uniwersytecie III wieku. Moglibyśmy długo szperać w archiwach i nic. Pomocą były także media, wizyty w Kole Pierwszych Słupszczan, rozmowy z przesiedleńcami, których biblioteka odnalazła przy okazji wcześniejszego projektu „Palimpsest”. Na przykład dzięki wspomnieniu Wandy Szpilewskiej, córki reżyserki „Miłości matki”, można było z dużym prawdopodobieństwem ustalić, że pojawiający się w sztuce obóz koncentracyjny w Dachau znalazł się tam nie bez powodu – nawiązuje do pobytu w tym miejscu jej dziadka i wskazuje na współpracę reżyserki z autorem jeszcze na etapie pracy pisarskiej. Możliwość wytropienia po latach takich związków daje detektywom satysfakcję. To wszystko pokazuje, czym jest dzisiaj biblioteka. – Kiedyś przychodziło się do niej tylko pożyczyć książkę. Obecnie biblioteki publiczne pełnią funkcję ośrodków społecznych – wyjaśnia dyrektor Danuta Sroka. Prócz tego, że dzięki temu i wcześniejszym projektom Miejskiej Biblioteki Publicznej zarchiwizowano wspomnienia słupskich osadników, projekt angażuje kolejne roczniki młodzieży. I nie tylko jako wykonawców określonych zadań, ale też tych, którzy potem sami docierają do swoich rówieśników, by opowiedzieć im dzieje miasta. Detektywi i aktorzy trafili do 10 słupskich szkół, by nie tylko zaprezentować im nagrane w formie reportażu wywiady oraz przedstawienie, ale też opowiedzieć o pracy detektywa, archiwisty, projektanta, montażysty, aktora. I porozmawiać. – Te spotkania przybliżają uczniom historie słupszczan, do których udało nam się dotrzeć – mówi E. Wójcikowska. – Ale także namawiamy młodych, by zainteresowali się dziejami własnej rodziny. Przecież każda ma podobną historię, tyle że może nie każdemu chce się po nią sięgnąć. Mamy nadzieję, że poprzez ten projekt młodzież zainteresuje się swoimi korzeniami.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół