• facebook
  • rss
  • Pakiet ratunkowy

    dodane 03.12.2015 00:15

    Słupscy mężczyźni chcą rozwijać swoje najlepsze cechy. W pojedynkę to dość karkołomne, ale nie w grupie Mężczyzn św. Józefa.

    Pustynia. Opodal ciebie leżą szczątki samolotu. Co powinieneś zrobić najpierw, co jest najważniejsze do przeżycia? – zastanawia się kilkunastu panów. Wśród nich Roman Jońca, grekokatolik z Dębnicy Kaszubskiej, któremu nie szkoda czasu, by w późny środowy wieczór jechać do Słupska. Chce tu być i słuchać, co myślą o przygodzie na pustyni inni. Są tu sami mężczyźni, w końcu to grupa Mężczyzn św. Józefa. – Wymyślałem różne rozwiązania, ale okazało się, że jest inne, lepsze – przyznaje. Jakie? – Zachować spokój. Nie iść w żadnym kierunku. Czekać na ekipę ratunkową. Z pakietem ratunkowym w ręce mogę przeżyć kilka dni bez większego ryzyka. Idąc na oślep, mógłbym popełnić śmiertelny błąd. Ćwiczenie się przydało. Roman Jońca zauważa, że zasada zachowania spokoju zaczęła mu się przydawać w pracy i nie tylko. – Teraz udaje mi się patrzeć na problem z boku i lepiej go rozwiązywać. Ze spokojem.

    Stu trzydziestu

    Słupszczanin Mirosław Latkowski już dawno nosił się z pomysłem, by gromadzić mężczyzn przy Bogu. Wcześniej organizował warsztaty dla ojców z dziećmi pt. „Tato.net”, ale pragnienie powołania grupy wyłącznie dla mężczyzn nie dawało mu spokoju. Wreszcie w internecie trafił na stronę krakowskiej wspólnoty Mężczyźni św. Józefa. Dziś jest przekonany, że było to działanie Ducha Świętego. Inicjatywa tak mu się spodobała, że spakował torbę i wczesną wiosną ruszył do czcicieli św. Józefa na rekolekcje. Przeżył je w gronie 130 mężczyzn. Tego szukał. – Nie da się zapomnieć tamtego śpiewu na Mszy św. Same męskie głosy, wielkie przeżycie – wspomina. „Tak, idź dalej, szukaj” utwierdzał go wewnętrzny głos. Więc szedł. Najpierw zdobył dla sprawy współpracownika, Jana Kolasę. Niebawem powtórzyli męskie rekolekcje z dwoma kolejnymi zapaleńcami. Do pomysłu, by zawiązać grupę Mężczyzn św. Józefa w Słupsku było już niedaleko. – Brakowało spotkań, na których moglibyśmy omawiać męskie problemy wyłącznie z mężczyznami. Tak po męsku – mówi J. Kolasa. Chociaż obaj należą do Domowego Kościoła, rodzinnej gałęzi Ruchu Światło–Życie, zdawali sobie sprawę, że ich pomysł wykracza poza formację gromadzącą pełne i sakramentalne małżeństwa. – Jedynym warunkiem uczestnictwa w naszych męskich spotkaniach jest to, by mężczyzna wierzył w Boga lub przynajmniej chciał Go szukać – wyjaśnia J. Kolasa. Gromadzą się w każdą trzecią środę miesiąca o godz. 20 w domu parafialnym przy kościele pw. Świętej Rodziny na ulicy Grottgera 9 w Słupsku. Zaczynają od konferencji, potem podczas warsztatu podejmują dyskusję na zadany temat, korzystają z prezentacji multimedialnych. Od niedawna zaczęli pracować w kilkuosobowych grupach prowadzonych przez animatora. – To ułatwia dzielenie się sprawami, które nas bolą, choć zarazem podkreślamy, że nie jesteśmy grupą terapeutyczną – zastrzega J. Kolasa, wciąż zdumiony tym, jak otwarci stają się mężczyźni, gdy znajdują się we własnym gronie. Mocny męski świat wciąga – dla słupskich Mężczyzn św. Józefa to nie tylko środowe wieczory, ale także wypady w teren, gdy rozgrywają pozorowane walki, grając w paintball, gdy zaznajamiają swoje pociechy z tajnikami lasu podczas warsztatów „Tata i dziecko”.

    Bez szczegółów

    Spotkania męskie, czyli bez kobiet. Dlaczego mężczyznom tak to odpowiada? – Potrzebuję czasem opowiedzieć coś o sobie, a przy kobiecie musiałbym to zrobić jakoś tak… delikatniej. Ubrać w odpowiednie słowa. W męskim gronie mogę mówić twardo, tak jak to odczuwam – tłumaczy R. Jońca. Żony Mężczyzn św. Józefa są bardzo ciekawe, co ich mężowie robią w środy po dwudziestej. Panów wyraźnie bawi to dopytywanie o szczegóły. Coś tam odpowiadają, ale ogólnie. O szczegółach sza. Te są tylko dla kolegów. Natrudzili się, by zbudować atmosferę zaufania, toteż strzegą jej po męsku. Na ukłon w stronę żon też przyjdzie pora – za jakiś czas otrzymają zaproszenie na kolację przyrządzoną przez mężów. Ale na całodzienne kucharzenie już nie. Bo przecież wiadomo – kuchnia to nie męska dziedzina. Proboszcz parafii Świętej Rodziny ks. Wiesław Pluto-Prądzyński przekonuje, że mężczyźni są mężczyznom potrzebni. Dla niego to chleb powszedni, w końcu na co dzień żyje w męskiej wspólnocie salezjanów. – Dla nas, zakonników, to wręcz esencja życia i powołania – zaświadcza, nie odżegnując się bynajmniej od bogactwa, które niesie kobiecość. – To ważne, by mężczyzna odkrył swoje pierwotne powołanie i ucieszył się nim. Zobaczył, jak jest przebogate i ile wysiłku musi jeszcze włożyć, by wydać co najmniej 70-procentowy plon. Proboszcza nie dziwi, że Opatrzność Boża przyprowadziła męską grupę właśnie do jego parafii. – Parafię Świętej Rodziny powinno cechować wszystko, co służy rodzinie – mówi z przekonaniem. I zajmuje miejsce w pierwszym rzędzie krzeseł.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół