• facebook
  • rss
  • Z grubej rury

    dodane 10.12.2015 00:15

    Adwent. Przez całą noc jechali na rowerach, szli, a nawet biegli do koszalińskiej katedry, żeby w sercu diecezji rozpocząć nowy rok liturgiczny – po męsku.

    Stoimy przed katedrą, szczelnie zawijając się przed wiatrem. Zimno, mokro, chociaż nie najgorzej jak na koniec listopada i raczej barbarzyńską godzinę. Jest wpół do czwartej rano.

    Alternatywa

    Pierwszy zjawia się Krzysztof Głowiński. Do Koszalina z Góry Polanowskiej… przybiegł. Na rowerze towarzyszył mu kolega. Żona asekurowała z samochodu. – Trochę ponad 40 km – lekko posapuje, chociaż uśmiech ma od ucha do ucha. – To dużo czasu na modlitwę. Przychodzi taki moment, że jest się sam na sam z Panem Bogiem. I w radości z biegu, i w zmęczeniu. Miałem dwa kryzysy. Na 27 km wydawało mi się, że w ogóle się nie poruszam, przebieram nogami, ale stoję w miejscu. A drugi – przed samym Koszalinem – opowiada Krzysztof. Większość życia przed problemami uciekał.

    – Teraz wiem, że to jest potrzebne, żeby móc je pokonać. To jak z bieganiem: możesz się poddać albo biec jeszcze kawałek. I z drogą do Pana Boga też tak jest. Są na niej kryzysy, są momenty, że mety nie widać, kolka, zadyszka, potknięcia. Ale jeśli się wytrwa, to nie ma nic cenniejszego – dzieli się życiową filozofią, popijając gorącą herbatę w plebanijnej salce zamienionej na ten wieczór w centrum operacyjne męskiego wejścia w Adwent. Pomysł na to, żeby podkreślić czymś ekstremalnym rozpoczęcie nowego roku liturgicznego, zrodził się w głowach panów, którzy w każdy ostatni czwartek miesiąca spotykają się na Górze Polanowskiej. – Zastanawiałem się, czy to aby nie jakaś nasza fanaberia, czy nie kreujemy czegoś sztucznego na siłę, ale to, jak spontanicznie odpowiedzieli panowie, organizując się w grupy, które wyruszały z różnych miejsc pokazało nam, że faceci potrzebują wyzwań – mówi Marcin Piotrowski, inicjator akcji. – Potem miałem jeszcze chwilę zwątpienia na dwa tygodnie przed akcją. Poszliśmy na piwo i zobaczyłem plakat zapraszający na 28 listopada na wieczór andrzejkowy: wróżka, przepowiadanie przyszłości, tarot… Temu trzeba dać alternatywę – dodaje.

    Wyzwanie i świadectwo

    Słowo „wyzwanie” tej nocy odmieniane jest przez wszystkie przypadki. – Mężczyźni potrzebują wyzwań. Muszą postawić sobie jakieś zadanie do zrealizowania, żeby doświadczyć, że wiara to też wyzwanie – mówi Marcin. – Dla jednych wyzwaniem będzie nocna jazda na rowerze, dla innych maszerowanie w deszczu, a jeszcze dla innych po prostu przyjście na 5 rano na Mszę św. Ważne, żeby je podjąć i ruszyć w drogę – dodaje. Krzysztof – biegacz – przez 16 lat takie noce jak ta spędzał głównie przy alkoholu. – Gdyby mi ktoś 5 lat temu powiedział, że będę biegł 40 km na Mszę św., tobym mu nie uwierzył – przyznaje ze śmiechem. Nie czuje jednak, że dokonał jakiegoś wielkiego wyczynu. – Chociaż dla mnie to wyzwanie potężne. Ale tu ważne jest świadectwo. Może ktoś popatrzy na mnie i pomyśli sobie: „No, skoro taki facet, po czterdziestce, z nadwagą, jest w stanie pobiec, to ja też dam radę, jeśli on to robi dla Pana Boga, to ja też zrobię to dla Niego” – mówi. I podsuwa jeszcze jedno świadectwo: – Usłyszałem kiedyś, jak św. Jan Paweł II mówił, że to, kim jest, zawdzięcza ojcu, że widział jego głęboką wiarę, widział, jak codziennie klęka do modlitwy. Dzisiaj dzieci rzadko kiedy tak widzą swoich ojców. Nie trzeba podejmować się ekstremalnych wysiłków, żeby zmienić swoje życie. Może wystarczy uklęknąć wieczorem ze swoim dzieckiem do pacierza? Jeśli chociaż jeden facet wziąłby sobie to do serca, to warto było całą noc biec – zamyśla się.

    Nocne facetów rozmowy

    Grzesiek Wołczek ze Sławska pierwszy raz w życiu przeszedł na piechotę 20 km. – To było totalnie spontaniczne. Usłyszałem o akcji w radiu i pomyślałem, że ja też chcę wejść po męsku w Adwent – mówi jeszcze pełen emocji po pokonaniu trasy z Iwięcina do Koszalina. – A że to zaraźliwe bardzo, to my też chcieliśmy – dodaje jego kolega, Maciek Sekulski. Panowie szli też z podkoszalińskiego Jamna, Świeszyna i ze Szczeglina. – Generalnie jeszcze nie wiemy, po co idziemy, ale czujemy, że bardzo nam tego potrzeba, że czegoś nam brakuje, coś chcemy wziąć we własne ręce. Gdzieś w podświadomości, z tyłu głowy pulsuje myśl, że tak trzeba, że to za chwilę przyniesie owoce – mówi Robert Pronobis, który poprowadził iwieńcińską grupę – 16 chłopa. – Nie chciałbym iść w fanfaronadę, w wielkie słowa. Niektórzy mówią, że to takie męskie wyzwanie. Nie, po ludzku, zwyczajnie, weźmy się i coś zróbmy, ruszmy się! Zobaczymy, co z tego wyniknie. Mały krok, ocenienie własnych sił i poprzeczka trochę wyżej – wyjaśnia. – W zeszłym roku szliśmy w kilka osób tą samą trasą. Nawet nie wiedzieliśmy, że idziemy na początek Adwentu. Wszyscy byliśmy po tym wypadzie zmęczeni, ale bardzo zadowoleni – dodaje. Na dystans, który mieli do pokonania, wzrusza ramionami, choć przyznaje, że siedzenie za kierownicą samochodu albo przed telewizorem rozleniwia. Część drogi upłynęła na cichej modlitwie, na przemyśleniach i kontemplacji, a część na męskich rozmowach. O czym po męsku rozmawiają faceci w środku nocy? – O życiu, o rodzinie, o przedszkolu. Tak, tak, o przedszkolu i szkole. To też są męski sprawy, a nie tylko domena żony. Prawdziwym macho nie jest twardziel z telewizora, tylko dobry mąż i ojciec – uśmiecha się Robert.

    Więcej niż wygodnie

    Od ucha do ucha uśmiecha się też Bartek Szewczyk. Ostatni kolarze dosłownie wjechali rowerami do katedry tuż przed rozpoczęciem Mszy św. – Na rowerze wiatr jest zawsze w oczy i zawsze jest pod górkę – śmieje się, choć nie żałuje ani jednej chwili z 70 km przejechanych ze Słupska. – Wiara to coś więcej niż odhaczona Msza św. i spowiedź dwa razy do roku. Wiara to wyzwanie – dodaje dwudziestosześciolatek. Razem z nim jechał jeszcze jeden kolarz, dwóch kolejnych dołączyło w Sławnie. Podobny dystans mieli do pokonania także kolarze z Miastka. – Świetnie było! Cały bark mnie boli! – cieszy się Józef Witka-Jeżewski, który nie dość, że na rower wsiadł prosto z pracy, to jeszcze zaliczył mało przyjemny upadek. – Teraz mógłbym z powrotem też jechać, prosto do pracy – śmieje się z hartem ducha, którego mógłby pozazdrościć temu sześćdziesięciolatkowi niejeden dużo młodszy zawodnik. – Sam nie wiem, kiedy droga minęła. To taki wyjątkowy moment łaski, kiedy czas w ogóle się nie liczy. Pamiętam, jak na kanonizację Jana Pawła II staliśmy wieczorem w długiej kolejce, żeby dostać się na plac św. Piotra. Jak sardynki w puszce, jak coś spadło, to nawet nie było się jak schylić, żeby to podnieść. Nawet nie zorientowałem się, kiedy był ranek – opowiada. – Często idzie się na łatwiznę. Tak samo z wiarą. Robi się tylko to, co do obowiązków należy: niedzielna Msza św., spowiedź dwa razy do roku i już się jest „w porządku” wobec Pana Boga. Tylko tyle, żeby wygodnie było, nic od siebie. Wywrotka na oblodzonej drodze nie ominęła też miasteckiego proboszcza. – Szorowałem po asfalcie dobre 50 metrów, ale przecież nic wielkiego się nie stało. Postawiłem na Jezusa i wiedziałem, że mi pomoże. Do plecaka „zabrałem” też ze sobą dwóch błogosławionych męczenników z Peru. Oni pchali na podjazdach – opowiada ks. Jerzy Bąk, gdy już udaje się go namówić, żeby choć kilkoma słowami podzielił się wrażeniami. – Wielu ludzi w tym czasie się bawiło, my po prostu chcieliśmy czuwać – dodaje.

    Pielgrzym nie włóczęga

    Łącznie wyzwanie podjęło pół setki panów. Do ekstremalnych w Koszalinie dołączyli ci, którzy zmierzyli się z wyzwaniem uczestnictwa wyjątkowo wczesnej Mszy św. Mimo obaw panom udało się zapełnić katedralne ławki niemal zupełnie. – Wieczorem byłem na Mszy św. wspólnotowej i modliłem się, żeby nie było wstydu. Jeszcze do 4 rano się obawiałem. I co? I znów wyszło na to, że nie zaufałem Panu Bogu – Marcin Piotrowski kręci głową nad swoimi ludzkimi słabościami. Na zmęczonych, ale szczęśliwych pielgrzymów czekał bp Edward Dajczak, który przewodniczył Eucharystii sprawowanej w ich intencji. – Piszecie dzisiaj ważną historię. Takiej adwentowej Mszy św. w tej katedrze jeszcze nie było. Adwent jest taką szansą na nową historię: coś można zacząć, i to zacząć zupełnie inaczej niż, bywa, przez lata – witał strudzonych. – Początek jest ważny, bo on wyznacza drogę. Ważne, żeby to była ta najwłaściwsza droga. Żeby dojść do celu, trzeba być pielgrzymem, nie można być włóczęgą. To, co jest naszym wyzwaniem, także dla tej męskiej wspólnoty, to na nowo z włóczęgi stać się pielgrzymem. Włóczęga ma to do siebie, że wszystko mu jedno, którą drogą idzie. Nie wie ani dokąd, ani po co idzie, choćby przeszedł szmat drogi. Pielgrzym ma jasny cel – podkreślał. Dla wielu z tych, którzy podjęli wyzwanie i modlili się wspólnie podczas drogi i w koszalińskiej katedrze, to pierwszy tak rozpoczęty rok liturgiczny. – Po takim wejściu z grubej rury to musi być wyjątkowy Adwent – Grzesiek nie ma wątpliwości. – A jak Adwent będzie dobrym duchowym przygotowaniem, to i święta Bożego Narodzenia będą inne niż zawsze – dodaje. – Nigdy takiego nie przeżyłem – ks. Jerzy potwierdza odczucia wszystkich panów. – Bywa, że nawet w życiu księdza Adwent to po prostu kolejny rok liturgiczny, zmienia się czytania i już. Ten, mam nadzieję, będzie wyjątkowy, a czy tak się stanie, to dopiero po owocach będzie można poznać – dodaje z uśmiechem. – Każdy potrzebuje czegoś, co przerasta nużącą codzienność, wyłamuje się z niej. Jestem zdumiony i zachwycony ich determinacją. Ta noc i ten niezwykły poranek to był ich pomysł. To zostawi w nich ślad, a to, co dobrego przeżyli, zabiorą do domów i przeżyją to z nimi ich żony, ich dzieci, ich koledzy. Ten płomień pójdzie w diecezję – nie ma wątpliwości bp Edward Dajczak i dodaje już nie tylko do panów: – Nasz świat komercji ma to do siebie, że z Adwentu zrobił targowisko. Da się przez nie przejść, jeśli ma się jasno określony cel i nie spuszcza się go z oczu – zachęca.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół