• facebook
  • rss
  • Pielgrzymka w głąb miłości

    Karolina Pawłowska


    |

    Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 06/2016

    dodane 04.02.2016 00:00

    Peregrynacja symboli ŚDM. Po pierwsze: zdumienie. Że taki prosty, zwyczajny. Po drugie: wzruszenie, odbierające głos. I najważniejsze: Miłość. To z nią przychodzą się spotkać. 


    Kolejka chętnych do tego, by choć na chwilę dotknąć krzyża zdaje się nie mieć końca. – Krzyż jest jeden: ten Chrystusowy, który stanął na Golgocie. Ten, do którego za chwilę podejdziemy jest jego symbolem, ale niezwykłym. Omodlonym przez miliony ludzi na wszystkich kontynentach. Dzisiaj wy dołączacie do tej pielgrzymki – mówi wiernym 
bp Edward Dajczak. 


    Krzyż szuka ludzi


    Karolina Kowalczyk na tę chwilę czekała blisko dwa lata. Razem z Mateuszem Kaczmarkiem byli w polskiej delegacji, która w Watykanie odbierała krzyż Światowych Dni Młodzieży i ikonę Matki Bożej Salus Populi Romani od młodych Brazylijczyków. – Wielkim przeżyciem było przejmowanie znaków tam, ale jeszcze mocniej czuję to witając krzyż i ikonę na naszej ziemi – mówi, gdy czekamy na wprowadzenie symboli do szczecineckiego kościoła Mariackiego, pierwszej stacji peregrynacji przez diecezję koszalińsko-kołobrzeską.

    Ten entuzjazm udziela się nie tylko młodym, którzy zostali obdarowani najpierw krzyżem, potem ikoną przez św. Jana Pawła II, inicjatora papieskich spotkań z młodzieżą z całego świata. 
Podczas dwutygodniowej wędrówki krzyż i ikona codziennie będą odwiedzać kolejne miejscowości. Wszędzie czekać będą na nie ludzie. – Ten krzyż był także w miejscach walki i wojen czy wielkich tragedii, takich jak zamach na World Trade Center. W miejscach, które kojarzą się z dramatem, ale także potrzebą jeszcze większej miłości, jeszcze mocniejszego ukojenia. To on sam szuka ludzi – mówi ks. Andrzej Zaniewski, koordynujący w diecezji przygotowania do ŚDM.


    Miliony rąk


    Kilkanaście par młodych rąk chwyta krzyż. Dźwigają go na ramiona, z przejęciem niosą przed ołtarz. – Ciężki jest – przyznaje Kuba Matwiejuk z Białogardu. Nie tylko kontuzjowana ręka nie ułatwiała zadania. – Najpierw miałem nieść pochodnię, ale ksiądz powiedział, że lepiej, żeby niosły je dziewczyny. I się cieszę, chociaż trochę ręka mi przeszkadzała. Bo wcale nie myślałem o tym, ile ten krzyż waży, tylko o tym, jak jest niezwykły. Na początku to nawet mi się ręce trzęsły z wrażenia! A potem jeszcze była chwila grozy już w samym prezbiterium, czy uda nam się go postawić – dzieli się wrażeniami. 
Kulminacyjnym momentem wieczoru jest adoracja krzyża. Są miejsca, gdzie sznur czekających na swoją kolej by choć na chwile się przy nim zatrzymać zdaje się nie mieć końca. Nikt się nie spieszy. Wielu z podchodzących ma łzy w oczach, przytula się do porysowanych desek szepcze słowa modlitw bądź próśb. To nie są tanie wzruszenia. – Miliony ludzi odzyskiwały przy tym krzyżu to, co najpiękniejsze. Miliony odkrywały w nim tajemnicę miłości Boga. Chcę was zaprosić, byście dołączyli do tej pielgrzymki w głąb miłości największej. Pozwólcie obdarować się miłością – zachęca biskup. Powycierany milionami rąk, z zadrapaniami wędrówki przez cały świat krzyż budzi zdumienie. – Inaczej go sobie wyobrażałam. Myślałam, że jest mniejszy – nie ukrywa Justyna Markiewicz z Białogardu. – Mniejszy, ale za to może bardziej zdobny? – zastanawia się jej koleżanka Karolina Brudzińska. – A tu taki prosty, zbity z dwóch kawałków drewna. Jak to możliwe, że nawrócił tylu ludzi, pobudził wiarę? Świadomość, że przed nami modliły się przy nim miliony moich rówieśników, miliony rąk go dotykały! Aż przeszły mi ciarki po plecach, wzruszenie ścisnęło gardło – dopowiada Justyna. 


    Odpowiedzialni 
za Kościół


    – Za tym krzyżem stoi rzesza młodych ludzi, którzy nie boją się przyznać do Pana Boga. To dodaje otuchy, bo na co dzień niestety niewielu moich rówieśników chodzi do kościoła. Lansuje się modę na bycie niewierzącym. Bo wiara jest nudna, nienowoczesna, nie warto tracić na to czasu. Próbuje się nas przekonać, że wiara nie ma sensu. A ja przychodzę na takie czuwania i widzę, że ma sens – mówi Kacper Wiśniewski z Białogardu. Joanna Helwig jest „połówką” dwójki parafialnej. Pomaga swoim rówieśnikom ze świdwińskiej parafii św. Michała Archanioła przygotować się do Światowych Dni Młodzieży. – Bardzo czekałam na tę peregrynację. Byłam na rekolekcjach, które dobrze mnie przygotowały duchowo na to spotkanie. Wiedziałam po co tutaj przyszłam i jak spojrzeć w głąb tajemnicy znaków. Podejście do krzyża, dotknięcie jego drewna to było zwieńczenie ostatnich dni. Emocje wzięły górę – opowiada, gdy wychodzimy ze świdwińskiego kościoła Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Asia odlicza dni do wakacji. – Jesteśmy Kościołem. To w naszych rękach spoczywa jego przyszłość. Nie zmienimy starszego pokolenia, ale mamy wpływ na naszych rówieśników. Jedziemy do Krakowa, żeby pokazać światu, że jesteśmy silni wiarą, odpowiedzialni za Kościół, ale także pokazać to samym sobie – mówi nastolatka. – W dzisiejszym świecie często mamy wrażenie, że jesteśmy mniejszością, że jest nas garstka, giniemy. Dla młodych bardziej atrakcyjne są współczesne bożki niż Pan Bóg. Wiem, że jak poczuję wiarę dwóch milionów młodych, którzy przyjadą do Krakowa, to to doda mi odwagi. We wspólnocie łatwiej – zauważa. Karolina Kanciak do Krakowa nie pojedzie. – Ale to nie znaczy, że nie będę przeżywać Światowych Dni Młodzieży. Choć zostaję w domu, będę w nich uczestniczyć – zapewnia. – Nie chodzi tylko o te kilka dni w lipcu. To świetna okazja, żeby zastanowić się, czy Bóg jest ważny w moim życiu, czy zostawiam Mu miejsce do działania. Szczególnie dzisiaj i szczególnie młodym potrzeba takiej refleksji, bo tak łatwo się pogubić. Nawet kiedy chodzi się do kościoła, to bywa, że często jest to wynik presji rodziców, albo tylko taki obowiązek, żeby „dostać” bierzmowanie. Tak nie da się z Bogiem zaprzyjaźnić, tak nie da się zbudować nic trwałego – mówi. – Peregrynacja to wielka reklama Światowych Dni Młodzieży. Będziemy przypominać o wielkim lipcowym spotkaniu młodzieży z ojcem świętym Franciszkiem. Ale to też szczególny czas ewangelizacji. Symbole są narzędziami, dzięki którym możemy docierać z Dobrą Nowiną do młodych. Peregrynacja nie jest celem, a drogą – mówi ks. Andrzej Zaniewski. 


    Za kratami


    Przed krzyżem i ikoną otwierają się też więzienne bramy. – Ten krzyż w lipcu stanie między milionami młodych ludzi w Krakowie. Razem z nim będą tam też wasze modlitwy, to, co nosicie w sercach – mówi więźniom ks. Zaniewski. Razem z dwójką wolontariuszy, Karoliną i Mateuszem przywiózł symbole do czarneńskiego Zakładu Karnego. W więziennej kaplicy kończące Koronkę do Bożego Miłosierdzia „Jezu, ufam Tobie” brzmi przejmująco. Jak chwytanie ostatniej deski ratunku. – Przesłanie krzyża jest bliskie każdemu człowiekowi, ale w więzieniu ta rzeczywistość daje o sobie znać w sposób szczególny. Czasami jest to krzyż, z którym walczą, na który nie chcą się zgodzić, a czasami krzyż, który pięknie niosą. To, że symbole Światowych Dni Młodzieży zawitały tutaj, było pewnie okazją, żeby skazani na nowo uświadomili sobie, że krzyż nie musi być przekleństwem, ale jest błogosławieństwem – mówi ks. Marcin Górski. Kapelan nie ma wątpliwości, że obecność symboli ŚDM w więzieniu to trafiony pomysł. – Pan Bóg przekracza mury więzienia. Dla Niego nie ma granic. Ważniejsze jest to, co dokonuje się w sercu człowieka, niż fizyczna obecność w jakimś miejscu. Oni nie pojadą do Krakowa na spotkanie z papieżem, ale myślę, że równie ważne będzie dla nich to, że kiedy Światowe Dni Młodzieży będą już trwały i choćby tylko w telewizyjnych relacjach zobaczą krzyż i ikonę, będą mogli powiedzieć: ja też je widziałem, ja też ich do tykałem, ja też się przy nich modliłem – wyjaśnia. – Jak powiedziałem, że symbole Światowych Dni Młodzieży będą w więzieniu, to ktoś zapytał: „Ale po co? Przecież tu młodzieży nie ma”. To wydarzenie, do którego się przygotowujemy jest nie tylko świętem młodych, ale świętem całego Kościoła. A ci ludzie, choć odbywają karę więzienia, też są jego częścią i też będą świętować, chociaż duchowo. Będę ich prosił, żeby wspierali to wydarzenie swoją modlitwą, stąd, zza więziennego muru, prosząc Boga o to, by w sercach młodych dokonywały się wielkie rzeczy – dodaje ks. Marcin. Dla młodych wolonatariuszy to też niemałe przeżycie. – Więzienie to najczęściej puste słowo, za którym niewiele się dla nas kryje, może trochę obawy, kiedy odwiedza się je po raz pierwszy. W chwili adoracji krzyża dotarło do mnie bardzo mocno, że za tym słowem kryją się ludzie. Poranieni przez grzech, pogubieni, ale tak samo potrzebujący Miłosierdzia – mówi Karolina Kowalczyk. 


    Owocowanie 


    – Środek tygodnia, rano trzeba iść do szkoły a kościoły pełne. Ale nawet to, że ci młodzi są na czuwaniu, to mało, ważniejsze: jak oni są. Dla mnie to też cudowny czas rekolekcji przy tym świętym znaku – mówi bp Edward Dajczak na złocienieckiej plebanii u ojców zmartwychwstańców. To jeszcze nawet nie półmetek peregrynacji, ale doświadczeń w biskupim sercu już zostało wiele. – Klęczę i modląc się patrzę na krzyż, ale patrzę też na ludzi, którzy do niego podchodzą. Mam kilka takich obrazów, które mocno mi utkwiły w głowie, związanych nie tylko z młodymi. Pierwszy to zapłakana mama – może ze szczęścia, a może z bólu – i obok niej mała, może ośmioletnia dziewczyneczka. Mama przytuliła się do krzyża, a dziewczynka do mamy. I tak trwały bez ruchu. Druga scena: tata klęczy, trzyma za rękę synka i mówi do niego, żeby drugą rączkę położył na krzyżu. Dzisiaj też patrzyłem na takie piękne obrazy. Świadomość tej wspólnoty wiary, którą wytwarza ten krzyż, świadomość milionów ludzi z całego świata, którzy go dotykali, modlili się przy nim, sprawia, że ta zewnętrzność krzyża schodzi na dalszy plan. Przekracza się granicę materialności i wchodzi we wspólnotę wiary, w zupełnie nowy wymiar. To doświadczenie miłości, która porywa – wyjaśnia. A tego doświadczenia młodym bardzo potrzeba. – Mamy tendencję do indywidualizowania naszej wiary. Załatwiamy swoje sprawy z Panem Bogiem sami. To doświadczenie jest tylko „moje” – to, co „nasze” przebija się z większym trudem. A zwłaszcza w młodych jest olbrzymia potrzeba wspólnoty, nawet więcej – tęsknota za wspólnotą. Tym bardziej, że to w naszym rejonie rodziny są najsłabsze. Stąd to także wielki głód tego, czego nie otrzymują w domu. Ta peregrynacja to piękny czas i nawet po tych kilku dniach nie mam wątpliwości, że będzie owocować – dodaje. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół