• facebook
  • rss
  • Całuję ją w szyję codziennie

    dodane 18.02.2016 00:15

    Miłość. Spójrz na mnie! – mówi Grzegorz, prezentując, że może chodzić i naprawić golarkę. Ula wie, że to cud. Ale nie taki jak jedno „pstryk”, lecz rozłożony na kilka miesięcy. Jej mąż miał być roślinką, a wrócił do życia. I zakochał się w niej na nowo.

    Wpadła mi w oko – Grze- gorz wspomina chwilę, gdy Ula przed bez mała trzema dekadami odwiedziła jego młodszą siostrę. Poczęstował ją cukierkami, potem spotkał w autobusie i… – Już mnie nie odstąpiłeś! Chwaliłeś się, że jesteś elektrykiem, naprawiłeś mi kontakt… Miałeś świetne głośniki i przyniosłeś je nam na andrzejki – dopowiada Ula. Na randkowych kolacjach ujmował ją kanapkami z szynką; za komuny dla dziewczyny ze skromnej wielodzietnej rodziny był to rarytas. – Złapałeś mnie za rękę i… koniec. Byłeś tak rozmowny, tak zainteresowany mną… Starałeś się. Potem jak to w życiu: ślub, narodziny córki, syna, trwająca lata budowa domu na jednej ze słupskich uliczek. Grzegorz pracuje jako ceniony elektryk, Ula jako przedszkolanka. Są rodzinne wakacje i dom pełen krewnych. Z biegiem lat jednak coraz mniej spotkań, wspólnych pasji, wyjść towarzyskich. Po 27 latach małżeństwa czegoś brakuje…

    Oaza za trabanta

    Ula z każdym rokiem widzi to coraz wyraźniej, ale nie chce narzekać. Za nią różne chwile, także te przykre. – Co robić, żeby nie być gnuśnym? Żeby dzieci były ze mnie dumne? – myśli, a czasem i płacze przed Bogiem. Jest świadoma, że choć Grzegorz już nie spełnia jej oczekiwań, jest dobrym człowiekiem. Są ze sobą szczerzy, dbają o wzajemną więź, zawsze blisko siebie, ale… czegoś brak. Co zrobić, by rodzina się scaliła? O co walczyć? – pyta Boga. Mocny kręgosłup duchowy, dzięki któremu czuła się młodą i kochającą, to pozostałość po formacji oazowej z czasów studiów. Tę dziedzinę życia trudno jej dzielić z mężem. Grzegorz w sprawie oazy poszedł tylko na jedno ustępstwo – w zamian za zgodę Uli na kupno ich pierwszego trabanta wybrał się na spotkanie Ruchu. I na tym się skończyło. Minęły też czasy, kiedy modlili się razem, na kolanach. – Ja, szczerze mówiąc, przestałem się w ogóle modlić – mówi o tamtych dniach Grzegorz. Jesień 2014 roku. Grzegorz obchodzi pięćdziesiątkę. Ula szykuje wielką imprezę i ma dziwne przeczucie. – Czułam, że coś w naszym małżeństwie jest nie tak, że trzeba coś zmienić – wspomina. Dba, by mimo rozczarowania żyć radośnie – idzie na kurs angielskiego, spotyka się z przyjaciółmi. – To daje oddech i wdzięczność, uświadamia, że żyję tu i teraz. Kilka miesięcy później dopada ją szloch i niezrozumiały lęk. Właśnie wraca ze spotkania ze znajomymi, a Grzegorz nie odbiera telefonu. W domu zastaje go z objawami zatrucia pokarmowego. Wzywa pogotowie. Lądują w szpitalu. Jest tragicznie. W tym momencie Grzegorz przerywa relację, którą toczył na zmianę z Ulą. Dalej nic nie pamięta. Od momentu zapaści pod koniec lutego miał, jak mówi, „czarną skrzynkę”. O bohaterstwie żony walczącej o jego życie dowiedział się po kilku miesiącach, gdy na dobre obudziła się jego świadomość. Dowiadywał się o tym od niej, od rodziny, kolegów z pracy. Nie może uwierzyć, czego dokonała jego żona. Zakochał się w niej na nowo. Niektórych szczegółów dowiaduje się nadal, także w czasie tej rozmowy. Są momenty wzruszenia, łez. Grzegorz w trakcie opowieści Uli nie może się pohamować – wstaje, podchodzi do niej i całuje w szyję.

    Kafary w kościele

    Szpitalne perypetie kontynuuje Ula. Pamięta wszystko aż za dobrze: horror w telewizorze na pogotowiu, gdy wędrowała po korytarzu dla uspokojenia nerwów, diagnozę lekarzy: „pęknięty tętniak mózgu, krew jest wszędzie”, własne uczucie bólu i odrętwienia, które opisuje: „chce się nic nie czuć i być nigdzie”. Bo sprawa była beznadziejna, lekarze nie chcieli podjąć się zbyt ryzykownej operacji. Goniły ją decyzje: kogo powiadomić, co załatwić? Jedną z pierwszych była ta o namaszczeniu chorych. – I walka w rozmowach z Bogiem: co trzeba zrobić, żeby Grzesiek został zbawiony? Nie żeby został ze mną. Bo skąd mogłam wiedzieć, jaki jest plan Boga? A jeśli było coś ważniejszego? – relacjonuje. Modliła się za lekarzy, pielęgniarki. – Jeśli tylko spotykałam którąś na korytarzu, od razu w myślach się modliłam – wspomina. A głowę męża pełną „tej wstrętnej krwi” traktowała niczym ołtarz. Głaskała ją, modliła się przy niej. Ich syn Adam zamawia Mszę św. w intencji uzdrowienia taty. – Gdy zobaczyłam w kościele tych ogromnych chłopów z twojej pracy… i moje koleżanki, które nie chodzą do kościoła… – Teraz to Ula nie może opanować wzruszenia. Ale w tamtych chwilach czuła się jak urodzony wojownik. Rozsyłała SMS-y do znajomych, a ci zaczynali tworzyć grupy modlitwy za Grzegorza. – Jestem przekonana, że od tego momentu zaczęło dziać się coś dobrego. Ich córka Magda wynajduje modlitwę do św. Rity. Z bratem drukują 500 sztuk. W niedzielę za zgodą proboszcza po dwóch Mszach św. w kilka osób stają pod drzwiami kościoła i rozdają ulotki, prosząc o wstawiennictwo u świętej. A w domu, przy stole toczą się niezwykłe rekolekcje. Jest płacz, nerwy, krzyk, wyrzuty. I modlitwy, jak nigdy. Są starania najbliższych, by usunąć przeszkody i pójść do Komunii św. Nieoczekiwanie lekarze zmieniają zdanie. Stan Grzegorza lekko się poprawia i w szóstej dobie go operują. Mózg okazuje się w znacznej części uszkodzony, pacjent nie podejmuje oddechu. – Jeśli przeżyje, pozostanie „roślinką” – wyrokują lekarze. Wówczas Ula naciera Grzegorza podarowanym przez sąsiadkę olejkiem św. Rity. Po kilku dniach lekarz podejmuje niespodziewaną decyzję: odłącza respirator. Grzegorz zaczyna oddychać. Ale potem znów nie jest dobrze – a to zapalenie płuc, a to zatorowość płuc, a to sepsa.

    Gól się!

    Ula walczy o Grzegorza, ale nie radzi sobie ze sobą. Nie wystarczają jej okłady na oczy i masaże zatroskanej koleżanki. Dopada ją ciężka grypa, potem depresja. Rekolekcje prowadzone przez o. Adama Szustaka umacniają ją w przekonaniu, że zgliszcza, którymi się czuje, są po to, by Bóg mógł budować coś dobrego. – Obudzę cię, choćby nie wiem co – szepcze wówczas do nieprzytomnego męża. Rano idzie do szpitala, w południe zastępują ją najbliżsi, wieczorem znów ona go rehabilituje. Unosi jego ręce i nogi, zmusza ciało, by krążyła w nim krew. Ledwie wytrzymuje to fizycznie, opada z sił, toteż zapisuje się na basen, by ich nabrać. Szkoli teściów, zwłaszcza jego, jak zgrabiałymi rękami budowlańca ma głaskać nogi syna. Stymuluje zrujnowany mózg. – Wiesz, co robiłam, Grzesiek? Dawałam ci golarkę i mówiłam: „Gól się!”. A ty, nieporadnie, próbowałeś się golić – opowiada wzruszona. Gdy wycieńczonego przywozi do domu, rozpoczyna się już 24-godzinna walka o zdrowienie. Ula, rodzina i znajomi bez ustanku bombardują go bodźcami. Grzegorz zaczyna reagować, choć nieświadomie. Po miesiącu je i staje na nogi. Momenty przebłysków świadomości są coraz dłuższe. – Dałam mu mazak i kazałam pisać na tablicy. I zaczął bazgrać! Zapisał swoją datę urodzenia! – wspomina Ula. – Myślałam wtedy: Pan Bóg coś tam jednak zostawił w tej głowie! No to dalej, do roboty! – Pisała z nim, ćwiczyła, rozmawiała, włączała piosenki, audycje. Detale, ale zajmowały jej tyle czasu… Walczyła, a zarazem zabezpieczała się planowaniem, gdyby poszło nie tak. Dostosowała łazienkę do potrzeb osoby niepełnosprawnej, szykowała się na dziwne zachowania. – Pod koniec sierpnia wróciła świadomość. Grzegorz wreszcie włącza się do rozmowy, bo odtąd już pamięta. Wspomina troskę, którą otoczył go ojciec, gdy Ula wróciła do pracy. – Chodziliśmy na działkę. Pewnego dnia obniżył mi siodełko w rowerze, żebym spróbował tam pojechać – wspomina. Ula nie wierzyła, że to się uda, więc blokowała drogę. „Puść, bo mi zasłaniasz!”, upomniał ją Grzegorz. Jak zareagowała na tę reprymendę? Była przeszczęśliwa. – A ja wtedy zacząłem śmigać, tam i z powrotem. Po miesiącu podnieśliśmy siodełko, już nie szurałem stopami o ziemię. Zacząłem się szybko rozwijać. Teraz jeżdżę także samochodem. Znów daję rady córce w technicznych sprawach. Wymalowałem przedpokój. Naprawiam golarkę do ubrań – wylicza. Każe na siebie spojrzeć: czy to możliwe, że stoi tu przed nami, taki normalny? Jeszcze nie wrócił do pracy zawodowej, ale kto wie? – Sam się myję, ubieram, sprzątam dom, pomagam żonie i codziennie się pytam, czy mam obrać ziemniaki! – mówi z radością. Nie przyplątuje się do niego żadna infekcja, gorzej z Ulą, jej ciało teraz odreagowuje i wreszcie pozwala sobie na osłabienie.

    Grzesiek w prezencie

    – Po wyjściu z „czarnej skrzynki” zmieniłem swoje podejście do żony. Nie wiem, jak ona zdołała to wszystko przejść ani jak to się stało, że ja tu teraz siedzę i jestem taki normalny. Znam to tylko z opowieści – mówi. – Nie cierpiałem tak jak Ula: to masowanie mnie, zginanie nóg, bieganie do szpitala… Aż drżę, gdy o tym słucham. Zacząłem mówić jej, że ją kocham. Jestem w stosunku do niej innym człowiekiem niż wcześniej. Jest w moich oczach cudowną, wspaniałą osobą. Ona początkowo trochę się z tego śmiała, trochę była zażenowana, o, tak jak teraz. A ja ją całuję w szyję (codziennie mnie całuje… – potwierdza Ula), mówię, że ją kocham (codziennie mnie przytula…). Jest to coś, czego nie było przed tym wypadkiem. Żyliśmy jak stare małżeństwo z 27-letnim stażem. A teraz ja się w niej od nowa zakochałem. Ślubu z nią drugi raz nie wezmę, ale bardzo ją kocham i codziennie jej o tym mówię. Mówię to też przy ludziach, tak jak teraz. – To są właśnie te zgliszcza. Ta ogromna Boża tajemnica, żeby to odbudować. Bo jak po ludzku to zrozumieć? To, że Grzesiek jest zupełnie innym człowiekiem? Że dostałam go w prezencie? – podsumowuje Ula. I zwraca się do męża: – Jesteś facetem, którego miałam w narzeczeństwie. Jesteś ten taki najlepszy, taki, co gadałeś, popieściłeś, ładnie na mnie zwróciłeś uwagę. Jesteś ten staranny i wrażliwy. Umiesz kochać, nie tylko mnie, umiesz kochać innych, słuchać. Jesteś… po prostu taki fajny, że wszyscy się z ciebie cieszą!

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół