• facebook
  • rss
  • Kubek herbaty dla nielegalnych

    Karolina Pawłowska

    dodane 12.03.2016 14:46

    Pojechały na szlak bałkański właściwie z ciekawości. Żeby skonfrontować medialne doniesienia z rzeczywistością. Wróciły jeszcze dwa razy, żeby pomagać uchodźcom w ich drodze do bezpieczeństwa.

    Monika Prończuk i Teresa Teleżyńska to dwie młode warszawianki. Wykształcone na europejskich uczelniach, obyte w świecie. Czas między jedną pracą a szukaniem drugiej postanowiły wykorzystać, żeby przekonać się na własne oczy, kim są uchodźcy próbujący dostać się szlakiem bałkańskim do Europy. O tym, co przeżyły, opowiadały w słupskich szkołach. Spotkały się także z mieszkańcami miasta. Odpowiadały na pytania, które rodzi kryzys uchodźczy, m.in. o poczucie bezpieczeństwa, o kontakt z islamem, o to, kim są uciekinierzy.

    Większość z tych, których spotkały, to ludzie wykształceni, tzw. klasa średnia. - Podróż do Europy jest kosztowna. Biedni nie mogą sobie na nią pozwolić. Zostali w Syrii albo w obozach w krajach sąsiadujących - w Libanie i Turcji - mówi M. Prończuk. - Połowa to byli Syryjczycy. Jedna czwarta z Afganistanu, trochę z Iraku, reszta różnie, trochę z Erytrei, z Somalii, z Sudanu Południowego - dodaje.

    Jadąc pierwszy raz, nie myślały o organizowaniu dużych akcji ani o zorganizowanej formie pomocy.

    Przeprowadzili szybką zbiórkę wśród znajomych i rodziny, poinformowali o zamierzeniu na Facebooku, zapakowali po dach samochód i ruszyli w drogę. Wylądowali na granicy serbsko-chorwackiej jako niezależni wolontariusze. Za drugim i trzecim razem jechali już na kilka samochodów. Tym razem na granicę serbsko-macedońską.

    - Warunki w kolejkach do punktów rejestracyjnych są naprawdę dramatyczne. Ludzie czekają w nich po kilkanaście godzin. Bez możliwości wyjścia i kupienia czegoś do jedzenia czy picia, bo nie da rady wrócić na poprzednie miejsce. W miasteczku liczącym 10 tys. mieszkańców przez jedną dobę przewijało się od 7 do 10 tys. przybyszów. Mieli do dyspozycji 10 przenośnych toalet - opowiada Monika. - Warunki higieniczne były tragiczne, właściwie brak jakiejkolwiek pomocy medycznej. Ta jest tylko w oficjalnych obozach, których na tej drodze są... dwa. Organizacje pomocowe też są - w obozie, do którego stoi ta kolejka - dodaje.

    Kupowali jedzenie, pieluchy, chusteczki do mycia rąk, przynosili gorącą wodę do rozcieńczania mleka w proszku dla niemowląt. Służyli za punkty informacyjne dla zdezorientowanej rzeszy uchodźców.

    To, co dziewczyny zobaczyły, pozwoliło im zweryfikować przynajmniej kilka mitów, choć - jak zastrzegają - nie chcą wydawać sądów na temat całego zjawiska. Mogą jedynie podzielić się swoimi subiektywnymi doświadczeniami.

    - Lekarze, prawnicy, inżynierowie, studenci - takich ludzi spotykałyśmy w dużej mierze. Gdybym była prawnikiem w Syrii, raczej nie podejmowałabym tej drogi, żeby dostawać w Polsce 500 zł i zamieszkać w ośrodku dla uchodźców. Kardiochirurga syryjskiego nie skusił socjal w Niemczech. Dla człowieka, który coś osiągnął w życiu, to degradacja. On ratuje życie swoje i swojej rodziny. Wyjechał, bo na jego dom spadły bomby, bo pewnego dnia potknął się o ciało sąsiada - mówi M. Prończuk.

    - Albo chłopak, który jak największy skarb w teczce wodoodpornej przechowuje wyniki swoich badań. Wojna przerwała mu robienie doktoratu z inżynierii. On marzy o studiach, o byciu pożytecznym - dodaje T. Teleżyńska.

    Innym mitem jest to, że uchodźcy to sami młodzi mężczyźni, którym nie chce się walczyć i pracować, więc jadą do Europy po zasiłek. - Statystyki ze szlaku bałkańskiego pokazują, że młodzi mężczyźni to mniej więcej połowa uchodźców. Dlaczego? Bo ta podróż do Europy to nie jest wycieczka. Rodziny z dziećmi rzadziej się na nią decydują, mają mniejsze szanse ją przetrwać. Ale kobiety i dzieci, mimo to, stanowią drugą połowę tej grupy. Uchodźcy są też w różnym wieku. Spotkałyśmy studenta grafiki, który pchał wózek inwalidzki ze swoją 80-letnią babcią. Miała 10 synów, większość z nich już jest w Europie - opowiada Teresa.

    Najwięcej emocji budzi, oczywiście, strach przed islamem. O to też pytali uczestnicy spotkań w Słupsku. - Problemem jest fundamentalne państwo islamskie. Ci muzułmanie, których spotkaliśmy, uciekali właśnie przed islamem w ich wydaniu. Sami mówią, że ten islam, który chce im narzucić państwo islamskie, to zupełnie coś innego niż to, w co oni wierzą - mówi Monika.

    - To państwo islamskie do nich strzela, zrzuca na nich bomby i mówi: "Nie jesteście wystarczająco dobrymi muzułmanami. Albo będziecie tacy, jak my, albo was zabijemy" - dodaje Teresa. Opowiada o wspólnej modlitwie. - Raz przyszedł do naszego biura Syryjczyk, pytając, czy może umyć ręce i pomodlić się u nas. Razem z jednym z wolontariuszy zaczęli się modlić. Uklęknęłam razem z nimi, złożyłam ręce i też się modliłam. Nie miało znaczenia, że oni są wyznawcami islamu, a ja katoliczką. Dla mnie to był bardzo mocny, wzruszający moment - mówi dziewczyna.

    Nie boi się, że Polskę wraz z falą uchodźców zaleje islam. - Planuje się przyjąć ok. 7 tys. uchodźców. To kropla w 40-milionowym kraju. Daliśmy schronienie 80 tys. Czeczenów, muzułmanów. Podejrzewam, że większość z nas, mimo to, nawet nie zatknęła się z wyznawcami islamu na co dzień - dodaje.

    Większa jest obawa przed terrorystami. "Dobrowolki" nie wykluczają, że wśród uchodźców nie ma fundamentalistów. Groźba, że wśród tak wielkiej grupy ludzi znajdą się szaleńcy zawsze istnieje. - Ale wysłannicy państwa islamskiego nie muszą przedzierać się do Europy szlakiem bałkańskim z uchodźcami i znosić wielotygodniowej wędrówki. Państwo islamskie jest na tyle bogate, że bez problemu załatwia wizy, opłaca bilety samolotowe. Terroryści do Europy trafiali, zanim zaczął się kryzys uchodźczy. Ci, którzy dokonali zamachów we Francji, albo się w Europie urodzili, albo przyjechali wcześniej, nie szlakiem bałkańskim - odpowiada Monika.

    Pytamy, czy kiedykolwiek poczuły się zagrożone. - Tak, był moment, kiedy poczułam się zagrożona. Ale nie ze strony uchodźców, tylko lokalnej ludności. W tym miasteczku, w którym byłyśmy, panuje straszna bieda, bezrobocie sięga 70 proc. Dla lokalnej serbskiej ludności uchodźcy stali się źródłem zarobku. Większość mężczyzn dorabia jako taksówkarze, oczywiście próbując naciągnąć zdezorientowanych przybyszów, mówiąc im, że nie ma autobusów. Z tym trochę walczyliśmy naszymi tablicami informacyjnymi. Ale też poorganizowały się grupy, które oferowały uchodźcom możliwość ominięcia kolejki i punktu rejestracji. Taka lokalna mafia. Brali ogromne pieniądze i wywozili ich w pole, tam zostawiając. Przy tych ludziach czułam się zagrożona, bo wiedziałam, że mogą być uzbrojeni - wyjaśnia.

    Na razie nie planują powrotu na szlak bałkański, bo obie dostały pracę. Jeżdżą jednak ich znajomi. "Dobrowolki" działają za to na rzecz uchodźców w Polsce, podpowiadają innym, jak można pomóc, urlopy wykorzystują, żeby jeździć po kraju i - jak w Słupsku - opowiadać o tym, co same zobaczyły.

    - Żeby pomagać, nie trzeba być bohaterem. Za pierwszym razem odbierałyśmy telefony i maile od ludzi, którzy mówili nam, jacy jesteśmy niesamowici. Nie ma nic niesamowitego w tym, że rozdaje się komuś ciepłą herbatę. Nie trzeba też niesamowitych pieniędzy ani specjalnie dużo czasu. Myślę, że pokazaliśmy, że to coś bardzo prostego - mówią dziewczyny.

    O tym, co przeżyły i zobaczyły podczas trzech wypraw, można też poczytać na profilu "Dobrowolek": www.facebook.com/Dobrowolki.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół