• facebook
  • rss
  • Porzucić mapę

    dodane 15.09.2016 00:00

    4 września na drogi diecezji wyjechała Karawana Bożego Miłosierdzia.

    katarzyna.matejek@gosc.pl Projekt przygotowywany od miesięcy doczekał się realizacji. 11 ewangelizatorów w czerwonych koszulkach z logo akcji wsiadło na wóz lub na rowery i opuściło podwórze koszalińskiego Domu Miłosierdzia Bożego. Skierowali się na Miastko, bo taki kierunek wylosowali na modlitwie poprzedniego dnia. Wyprawę rozpoczęli uczestnictwem we Mszy św. w kaplicy Domu Miłosierdzia. Po niej dyrektor placówki ks. Radosław Siwiński pobłogosławił ewangelizatorów. – Posłani przez naszego pasterza bp. Edwarda Dajczaka, wszędzie, gdzie pójdą, będą dawać świadectwo, że Bóg jest pierwszy i najważniejszy – ogłosił, pokropiwszy karawanę wodą święconą.

    Bez meczu

    Dzień pierwszy. Leje. Przeraża to raczej żegnających karawanę na podwórzu Domu Miłosierdzia, niż samą ekipę. Ci są podekscytowani, że to już. Jak to będzie? Czy się uda? Przecież nikt w Polsce jeszcze tego nie robił. – Deszcz? Bez przesady – bagatelizuje przeciwności Krzysiek Kwaśnicki. Buty schną mu jeszcze przez parę dni, ale co z tego? Ma przecież laczki. Gorzej, że z meczem nie wyszło, a Krzysiek jest fanem piłki nożnej. Kiedy tak pierwszego popołudnia pedałował 23 kilometry w deszczu, niosła go nadzieja, że wieczorem obejrzy mecz w telewizji. Trafili jednak do domu w Ratajkach. A tam gospodyni życzliwa, lecz domostwo bez prądu, bieżącej wody. – Fakt, byliśmy zaskoczeni warunkami. Ale dotarło do nas, że tego właśnie było nam potrzeba: żebyśmy najpierw zintegrowali się jako grupa. Nie liczą na to, że będą iść i chrzcić pogan. Przecież wędrują po ścieżkach diecezji, pomiędzy chrześcijanami. Chcą głosić miłosierdzie. Choćby tylko w ten sposób, że ktoś zauważy wizerunek Jezusa Miłosiernego na wozie lub przeczyta napis „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy obciążeni i utrudzeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. – Może ten cytat kogoś poruszy i on zastanowi się nad swoją wiarą – mówi Marcin z Koszalina, razem z Asią odpowiedzialny za karawanę. Nawet gdyby tylko przejechali przez miejscowości, nie zatrzymywali się, nic nie mówili, to to już będzie świadectwo dla ludzi. Taki jest plan minimum. I tak właśnie zaczyna się drugi dzień – minimalnie. Nadal leje. Gdy po drodze zatrzymują się, żeby pośpiewać pod jednym z domów, ludzie uciekają. Cóż, wio, koniku! Na rozdrożu wstrzymują konie, szukają na mapie drogi. Co prawda zatrzymuje się przy nich jakaś kobieta i mówi: „Ja was znam, jedźcie na Sierakowo, będę tam za 2 godziny”, ale w Sierakowie pusto. Co dalej? Zostać, jechać? – Stajemy pod krzyżem i modlimy się. W sercu proszę: „Boże, jeśli posyłasz nas w konkretne miejsce, daj nam realny znak” – opowiada Asia, zastrzegając, że liczyła wówczas na coś więcej niż natchnienie. Wskazówka od razu przychodzi, a właściwie podjeżdża autobusem. – Wysiadają z niego dwie dziewczyny. Wołamy je, zapraszamy do modlitwy, opowiadamy o sobie. Kiedy nakładamy im cudowne medaliki Matki Bożej, one same z siebie, bez pytań z naszej strony, mówią: jedźcie do Sulechówka, tam was przyjmą.

    Człowiek z lasu

    Po drodze, w Witosławiu, niewiele domostw. Paru mieszkańców pomaga napoić konie. Gdy w podzięce karawaniarze śpiewają im „Bóg zapłać wam, alleluja”, pozostali mieszkańcy wychodzą z domów na drogę. Otrzymują medaliki, są wzruszeni. Ktoś przynosi jedzenie, inny wskazuje dom kobiety chorej na stwardnienie rozsiane. To informacja ważna dla Krzyśka. Bo Krzysiek to neofita. Nawrócił się zaledwie pół roku temu. Pan Bóg, za pośrednictwem Domu Miłosierdzia, wyciągnął go z nałogów i zakłamania. – Tu Ewangelia dzieje się na moich oczach. Dotąd znałem to jedynie z opowieści: ktoś został uzdrowiony, komuś Bóg powiedział, co ma robić dalej. A tamtego pierwszego wieczora u pani Steni przeczytaliśmy w Piśmie Świętym o tym, żeby iść do chorych. I co? W następnej wiosce trafiamy do kobiety chorej na stwardnienie rozsiane – opowiada Krzysiek. Czy została uzdrowiona? Raczej nie. Ale modlili się gorąco, tak po prostu, z nią. Jej wzruszenie uświadomiło im moc spotkania z konkretnym człowiekiem. – To podbudowuje moją młodą jeszcze wiarę. Jestem wdzięczny Bogu, że tak mnie prowadzi. Gdyby nie On, dalej bym pił, ćpał. I żył w samotności, bez życia duchowego. Uf, wreszcie w Sulechówku. Ale ludzi nie ma, co robić? Modlą się: „Panie Boże, prowadź nas!” Zaraz podchodzą do nich dzieci. – Konie to dobra przynęta. Dwie dziewczynki zaczęły z nami tańczyć i śpiewać. Zawołaliśmy młodzież, która stała opodal. O dziwo, podeszli. Prosimy, by poprowadzili nas przez wieś – opowiada Asia. Zjawia się kościelny i choć okazało się, że proboszcz jest na urlopie, mężczyzna zgadza się otworzyć świątynię. Karawaniarze idą więc i przez megafon ogłaszają: „przyjdźcie wieczorem do kościoła, na modlitwę!” Do orszaku dołączają mieszkańcy. Jedni biegną po jedzenie, inni organizują nocleg dla ewangelizatorów w świetlicy, a koniom w stajni. Wieczorem kościół się zapełnia, dużo dorosłych, dużo młodzieży. Krzysiek mówi świadectwo nawrócenia, wszyscy śpiewają i wychwalają Boga, przyjmują do serc Jezusa jako Pana i Zbawiciela. Po Apelu Jasnogórskim miejscowa młodzież rozpala ognisko, potem odprowadza karawaniarzy na nocleg. A tu prąd, ciepła woda. Niebawem padnięty Krzyś już chrapie… Rano śniadanie, modlitwa i drogę. W słońcu opuszczają Sulechówko. Gdzieś na rozstaju dróg wyciągają mapę. I znów rozterka, gdzie jechać. – Zanim ją obejrzeliśmy, zaczęliśmy się modlić. Nagle ni stąd ni zowąd, dosłownie ze środka lasu wychodzi mężczyzna i mówi: nie, nie, tam w dół nie jedźcie. Tam dalej za duża górka, koniki nie poradzą – opowiada wciąż zdumiony sytuacją Marcin. – Co ciekawe, ta trasa była inna, niż zaplanował sobie nasz woźnica. Ale tak ma być: mamy jechać nie tam, gdzie nam pasuje, ale gdzie prowadzi nas Bóg, przez ludzi. I tak robimy. Gdyby ktoś chciał nas szukać, to naprawdę nie wiadomo, gdzie będziemy. Często nawet zasięgu telefonii brak.

    Jehowi?

    Do Osowa wpadają z impetem. Kilka kobiet akurat wykonuje ćwiczenia gimnastyczne na przyrządach zamontowanych niedaleko kościoła. Są trochę nieufne. – Jesteście jehowi? – podpytuje opiekunka kościoła Maria Różańska. Natychmiast dzwoni do proboszcza i słyszy w odpowiedzi: – Przyjmijcie ich śmiało, biskup Dajczak wyraził na to zgodę. – Jestem tu od 40 lat sołtysem, ale pierwszy raz jest u nas taka pielgrzymka – mówi Henryk Palewski. – Wiadomość o ich przybyciu szybko rozniosła się po wsi, ludzie się zorganizowali. Coś się dzieje, to u nas rzadkość. Fajne te zabawy dla dzieci – a dzieci w naszej wsi jest bardzo dużo. Ludzie schodzą się, wołają innych, częstują gości. Choć to wtorek i już 19.30, w kościele jest ich tylu, co na niedzielnej Mszy św. Znów nabożeństwo. A potem porządna kąpiel w domach gospodarzy. Gościnność, potrzeba wypoczynku dla ludzi i koni, a także możliwość uczestnictwa nazajutrz we Mszy św. sprawiają, że pielgrzymi zostają w Osowie jeszcze jeden dzień. Są spragnieni Eucharystii, bo przez pierwsze dni wędrują bez duszpasterza. W Osowie, filii parafii Kępice, Msze św. odprawiane są tylko w niedziele, jednak ks. Wojciech Marcinkiewicz chętnie zgadza się przyjechać dodatkowo. Wie, że Karawana Bożego Miłosierdzia wędruje po drogach diecezji, choć jest zaskoczony, że trafiła właśnie do jego parafii. – Każda forma, która zbliża ludzi do Boga, jest dobra – ocenia nietypowy projekt ewangelizacyjny. W homilii mówi o ubóstwie i wynikającym z niego błogosławieństwie, wręcz szczęściu. – Kochani, być ubogim, to znaczy być u Boga. To jest najważniejsze. Jeszcze przed południem, by nie marnować wolnego czasu, karawaniarze ruszają w odwiedziny. Wykorzystują pomysł z Ewangelizacji Wioskowej i idą odwiedzić mieszkańców Osowa oraz dwóch okolicznych wiosek. Chcą porozmawiać, opowiedzieć o Bogu, dać Mu okazję, by coś przez nich zdziałał. Niosą bowiem Jego przesłanie, Jego miłosierdzie. Wieczorem na ognisku zaczepia ich chłopak. – Gdy wczoraj spacerowałem po polu z psami, usłyszałem wasz śpiew. Coś mi mówiło, że mam do was iść. Nie jestem blisko Kościoła, jestem wierzący, ale taki, no wiecie… Dzisiaj wiem, że to moja droga. Najchętniej wziąłbym urlop i pojechał z wami. Nie zdziwcie się, jeśli jutro ktoś będzie za wami drałował rowerem! Jestem owocem waszej ewangelizacji!

    Maszyneria

    Olivier de Maistre, budowniczy karawany, konfrontuje pionierski projekt z rzeczywistością. – Nie wszystko jest dobrze zaprojektowane. Na przykład drabinka do wozu jest zbyt delikatna, niektóre mechanizmy mogłyby działać lepiej – wylicza. – No i przydałaby się lodówka, bo dostajemy od ludzi dużo jedzenia. Olivier tak projektował karawanę, by można było nią jeździć cały rok, także zimą. Niekoniecznie w tak dużym gronie, najlepiej w 3–4 osoby. Wóz ma 10-centymetrową izolację cieplną, akumulator samochodowy, oświetlenie, instalację wodną, prysznic. Dla koni ciągnięcie wozu to nie problem – pociągowe, zimnokrwiste wytrzymują i wysiłek, i niższe temperatury. Zresztą co do koni – zostały przebadane weterynaryjnie, a ciężar karawany dostosowany jest do ich możliwości. 5 osób z ekipy towarzyszy karawanie na rowerach. Czasem, gdy zbliża się większa górka, wtedy „wiara z wozu, koniom lżej”. Bywa, że drewniany wóz trzeba popchać. Karawana z końmi to zupełnie inny sposób podróżowania. Nie można galopować, trzeba się dostosować do zwierząt, często zatrzymywać na popas, a nawet uzależniać nocleg od ich kondycji. Pierwsze dni Olivier koncentrował się na funkcjonowaniu konstrukcji. Przysłuchiwał się wydawanym dźwiękom, czasem chwytał za narzędzia i podkręcał śrubki, regulował. – Teraz już obserwuję owoce naszej ewangelizacji, to, co się dzieje w ludziach. Mam nadzieję, że dotrwamy, dojedziemy do celu – mówi. Celem jest sanktuarium Matki Bożej Bolesnej. 17 września karawana zajedzie na diecezjalne obchody w Skrzatuszu. Ewangelizatorzy złożą świadectwo, ile dobra Pan Bóg przez nich uczynił. Tu i tam, na tych mniej uczęszczanych ścieżkach diecezji.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół