• facebook
  • rss
  • Napędzani pasją

    dodane 13.10.2016 00:00

    Organizatorka Dni Kultury Chrześcijańskiej, społeczniczka oddana trudnej młodzieży i szkoła katolicka – to tegoroczni laureaci nagrody im. kard. nom. Ignacego Jeża.

    Są kontynuatorami duchowej spuścizny pierwszego ordynariusza diecezji.

    Zbyt zajęta, żeby się starzeć

    Panią Alę w Wałczu znają wszyscy, uśmiechają się do dziarskiej rowerzystki, będącej najpewniej w drodze między instytucjami, urzędami i sponsorami, w poszukiwaniu przyjaciół dla kolejnego przedsięwzięcia. Nikt nie mówi „nie”.

    – Pewnie dlatego, że nie potrafią mi odmówić – przyznaje ze śmiechem emerytowana polonistka. Nic dziwnego, w niewielkiej posturze mieści się wielki hart ducha i temperament. Alicja Kuczkowska to wałczanka duchem i ciałem: tu się urodziła, spędziła młodość, tu przepracowała kawał życia z dziećmi i młodzieżą – zawsze działając „ponadprogramowo”. – Kiedy przeszłam na emeryturę, pomyślałam, że nie mogę spocząć na laurach. Bo przecież wciąż mam tyle pomysłów! – śmieje się. Realizuje je w Stowarzyszeniu Rodzin Katolickich, do którego należy od blisko 20 lat. Sztandarowym dziełem stowarzyszenia są Dni Kultury Chrześcijańskiej, które do tegorocznej przerwy organizowane były przez kolejne 18 lat. To także parafialne festyny, kiermasze pod kościołem, dzięki którym zdobywa się fundusze, krótkie pielgrzymki i wyjazdy do teatru i opery, wieczory pieśni patriotycznej, a nawet bal. A raz do roku pani Ala zamienia się w pomocnika św. Mikołaja, patrona swojej parafii. Wyczarowuje dla dzieci, tych parafialnych i tych leżących w wałeckim szpitalu, ponad 350 świątecznych paczek. – Ciągle jestem dłużnikiem Pana Boga. Tak wiele darów od Niego otrzymuję, że sama nie mogę się nadziwić. I nigdy nie spłacę długu wdzięczności wobec ludzi, którzy od tylu lat wpierają, pomagają, dodają otuchy, inspirują – podsumowuje skromnie tę litanię akcji. Najbardziej cieszy się, że pasję społecznikowską udało jej się zaszczepić w najstarszych wnuczkach oraz w studentach college’u nauczycielskiego. To daje nadzieję na przyszłość. – Pamiętam, jak na samym początku stowarzyszenia bp Jeż nam pobłogosławił podczas uroczystej Mszy św. Później spotkaliśmy się na plebanii, było nas bardzo dużo. Biskup zażądał: „A ta w kapeluszu, która tak wyraźnie i głośno mówiła modlitwę powszechną? Niech mi się pokaże, bo z niej to będą ludzie”. Czy mi się udało sprostać tej przepowiedni biskupa? Czy to wystarczy? Wierzę, że uśmiecha się z nieba do mojej pracy, ale chyba nie byłby zadowolony, gdybym spoczęła na laurach. A z pewnością będzie się bardzo cieszyć, gdy uda mi się wychować następcę, który pociągnie to dalej, po swojemu – mówi pani Alicja.

    Do młodzieży, nie do zakonu!

    – Pan Bóg od samego początku hartował mnie do swojej służby – mówi Zofia Landowska z uśmiechem, z którym opowiada także o porzuceniu przez matkę, biedzie i zaniedbaniu, nieudanym małżeństwie pełnym przemocy, utracie trojga dzieci. I cudach, które Bóg dokonywał w jej życiu. Niewielkie mieszkanie pani Zosi zapchane jest miejscami do siedzenia. To tu podopieczni czaplineckiej kurator sądowej nieraz spotykali się na długie godziny. Nie bała się nawet tych najtrudniejszych przypadków. Metalowcom znalazła miejsce na plebanii. – Ustaliliśmy, że muzyka metalowa to dla mnie tortura, na którą zgadzam się przez godzinę. Potem ja ich torturuję przez kwadrans mówieniem o Bogu – wspomina ze śmiechem. Kwadrans dla Pana Boga niepostrzeżenie zaczął się wydłużać, a z grona członków Klubu Metalowego wyrosły trzy siostry zakonne i czterech księży. Sama myślała o zakonie, ale zainterweniował św. Jan Bosko. – Dał mi jasno do zrozumienia: nie do zakonu, ale do młodzieży – kiwa głową. Potrzeba było miejsca na dom. Pałac w Trzcińcu wymodlili. – Odeszłam ze szkoły tak, jak stałam, bez oszczędności, w pełnym zaufaniu Panu Bogu. Nie było tam nic, ani okien, ani drzwi. Codziennie wyruszałam w trasę po materiały budowlane i coś do jedzenia. Najpierw salezjanie stukali się w głowę, po dwóch latach przejęli ośrodek – opowiada z uśmiechem emerytowana bibliotekarka. Kiedy Młodzieżowy Ośrodek Wychowawczy stanął stabilnie na nogach, mogła zająć się następnym projektem. W Rzepczynie, znów w zrujnowanym obiekcie, stworzyła Policealne Studium Rzemiosł Artystycznych i kolejny ośrodek przekazany salezjanom. – Udawało się zdobyć dobrych ludzi, którzy wkładali swoją pracę, angażowali się, pomagali. Kiedy szykowałam podziękowania, z 3 tysięcy, zostało mi… 17 – śmieje się. Z żalem myśli o tym, że nie udało się stworzyć ośrodka dla dziewcząt w Bierzwnicy, ale nie przestaje marzyć o domu dla tych, którzy opuszczają ośrodki wychowawcze. Trzeci rok czeka na pozwolenie na remont budynku starej szkoły w Kluczewie, martwi się wieloletnim sporem sądowym z wykonawcą prac przy poprzednich projektach, ale nie traci ducha. – Nieraz spotykam się ze swoimi dawnymi podopiecznymi. Pokazują z dumą rodziny, mówią o wyprostowanym życiu, nierzadko o powrocie do Pana Boga. Właśnie dla nich warto to wszystko robić – mówi.

    Kardynał – zadanie domowe

    Koszaliński „katolik” to numer jeden nie tylko jako pozycja w rejestrze szkół wyznaniowych. To także lider rankingów wojewódzkich i ogólnopolskich. Jego siłą nie są jednak słupki, ale ludzie, którzy go tworzą: od pań sprzątających po dyrekcję. – No i uczniowie oraz ich rodzice – dodaje Barbara Gęgotek, wicedyrektor szkoły. W realizacji marzenia ks. prałata Kazimierza Bednarskiego, proboszcza koszalińskiej parafii pw. Ducha Świętego, uczestniczy niemal od samego początku. – Byłam uczennicą pani Bożeny Stramik, pierwszej dyrektor szkoły, później zaś pracowałam w Oddziale Doskonalenia Nauczycieli, więc nie wahała się do mnie zadzwonić i zapytać, czym są zajęcia dydaktyczno-wyrównawcze. Przyszłam pomóc, bardziej charytatywnie niż zawodowo. Po czterech miesiącach zostałam w szkole na dobre – wspomina ze śmiechem. Pomysłem była szkoła mocno stojąca wartościami religijnymi i patriotycznymi. – Największym nieszczęściem szkolnictwa były wielkie molochy, w których uczeń był zupełnie anonimowy. Porzucono wychowanie, wyrugowano pojęcia takie jak pokora, służebność czy wartości. Dlatego tak ważny był trójkąt: dom–szkoła–kościół. To wszystko musi się uzupełniać. Jeśli Bóg jest wartością w kościele i w domu, to musi być wartością także w szkole – mówi ks. Kazimierz Bednarski. Po 26 latach stania na czele stworzonej przez siebie placówki mówi, że to było natchnienie Ducha Świętego. Zdobyte wcześniej doświadczenie pedagogiczne pozwalało mu bez strachu podążyć za tym głosem, mimo że w 1990 r. pomysł był pionierski. – Ksiądz jest charyzmatykiem. On widzi daleko, ma wytyczone cele dydaktyczne, wychowawcze i materialne, a nas ma od tego, byśmy je w szczegółach realizowali – mówi Barbara Gęgotek. Szkoła ma być środowiskiem wychowawczym, nie miejscem realizowania założeń i wypełniania dokumentów. – „Ad maiora natus sum” – ksiądz dyrektor nieustannie wkłada do głów uczniów, rozbudzając w nich przekonanie, że są powołani do wielkich rzeczy. Dzisiaj koszaliński „katolik” to podstawówka i gimnazjum. Od trzech lat ze względów finansowych zawieszono działalność liceum. Łącznie do szkoły uczęszcza 280 dzieci. Dyrektorzy nagrodzonej Katolickiej Szkoły Podstawowej im. św. Jana Pawła II przyznają, że jej istnienie to zasługa zaufania bp. Ignacego Jeża do proboszczowskiej wizji. – Zastanawiam się, ile razy kardynał pojawia się w naszych modlitwach. Gdyby nie on, nie wiem, czy ksiądz dyrektor otrzymałby błogosławieństwo na realizację swojego marzenia. Dlatego traktujemy go jak zadanie domowe: rodzicom przypominać, a najmłodszym pokoleniom opowiadać. Przyglądać się temu, co robił, co mówił, i naśladować, starać się tym żyć. Bo my dopiero musimy zapracować na tę nagrodę – dodaje Barbara Gęgotek.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół