• facebook
  • rss
  • Ulicznicy

    Karolina Pawłowska

    |

    Koszalińsko-Kołobrz. 43/2016

    dodane 20.10.2016 00:00

    – Zatrzymaj się i posłuchaj, jak Jezus zmienił nasze życie. On żyje i cię kocha! – rozlega się na jednej ze słupskich ulic. Jedni przechodzą na drugą stronę, inni odwracają głowę. Ale zawsze ktoś przystanie. I posłucha.

    Kilka osób w czerwonych koszulkach sprawnie rozstawia namiot, podłącza gitary i… ekspres do kawy. Skrawek trawnika przy kościele Mariackim na kilka godzin zamienia się w niezwykłą – także jak na tę porę roku – kawiarenkę pod chmurką. – Ewangelia rozgrzeje cię bardziej niż gorąca kawa! – członkowie Koinonii Jan Chrzciciel przekonują uciekających przed jesiennym chłodem przechodniów i napełniają plastikowe kubeczki gorącym napojem.

    Zaintrygowane zamieszaniem dwie słupszczanki podchodzą bliżej, za kawę dziękują, ale obiecują jeszcze zajrzeć pod kościół. Bo za chwilę ewangelizatorzy zaczną grać i śpiewać, odgrywać scenki i dzielić się świadectwami. – Wszystko po to, żeby ogłosić żywego Jezusa. Prosta forma, ale mamy nadzieję, że skuteczna. Mimo chłodu udaje nam się kilka osób zatrzymać, a z sygnałów, które otrzymujemy, wiemy, że ludzie cieszą się naszą obecnością – mówi Monika Wojciechowska, odpowiedzialna za Dom Życia Konsekrowanego w Błotnicy. Uliczna akcja to inicjatywa słupskiej wspólnoty, z Błotnicy przyjeżdża wsparcie. – Bo my już tak mamy, że najlepiej czujemy się na ulicy. Tacy z nas ulicznicy – Jurek Zięcik uśmiecha się od ucha do ucha. Koordynator wspólnoty w Słupsku nie daje członkom wspólnoty siedzieć bezczynnie w ciepłej salce. – To nie ja! To Duch Święty, który mnie tak ponagla – śmieje się. – No i papież Franciszek, który powiedział, że miejsce Kościoła jest na ulicy. Jak to na ulicy?! No tak to, teraz to rozumiem. Tu toczy się życie. Tu są ludzie, których możemy przyprowadzić do Boga. Iść do nich i pytać, czy spotkali żywego Jezusa. Pytać nawet tych, którzy co niedziela są w kościele. Bo siedzenie w kościelnej ławce to za mało, to dopiero początek. Kiedy spotka się żywego Pana, nie da się już usiedzieć w miejscu – wyjaśnia Jurek. Chyba że z bezdomnymi braćmi na stopniach pobliskiego pomnika. – Siadamy i rozmawiamy. Czasami o tym, że dobra kawa, czasami o życiu. Wiele jest osób, które na pozór mają poukładane życie, a wewnętrznie są pogubieni, zniewoleni, potrzebują rozmowy. Nasza akcja nie kończy się tutaj. Zapraszamy do parafii, zapraszamy do naszej wspólnoty. Nikogo nie pędzimy do kościoła, nie zaganiamy do konfesjonału. Powolutku, dobrym słowem, życzliwością, dzieleniem się słowem Bożym wprowadzamy na nowo do wspólnoty Kościoła – opowiada ewangelizator, który sam doświadczył, jak Jezus leczy. Jego wyrwał ze zniewolenia alkoholem. To ostatnia przed zimą akcja plenerowa wspólnoty. Mimo niezbyt zachęcającej aury kilka osób jednak przystaje na chwilę. Jedna ewangelizatorka modli się nad mamą z wózkiem, inna rozmawia ze starszą panią w kapeluszu. Małgosia z ulotkami rusza ku przechodniom. Młody mężczyzna z uśmiechem wyciąga z torby własną ulotkę. Ale zostaje na dłużej, wdając się w rozmowę. – Szedł na spotkanie do Świadków Jehowy. Nie wiem, czy tam dotrze, ale miał mnóstwo pytań. Był zdumiony tym, co mówimy. Nigdy wcześniej nie słyszał, że Jezus już tu jest i go kocha – opowiada potem. – To nie są tłumy, ale zdarzają się i tacy ludzie, którzy zazwyczaj przy kościele nawet się nie zatrzymują. Dlatego wychodzimy na zewnątrz, a nie zamykamy się w kościelnych murach. A kawa i pączek też mogą być narzędziami ewangelizacji – mówi z uśmiechem Monika Wojciechowska.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół