• facebook
  • rss
  • Dziadek „Alfred” wraca na morze

    dodane 27.10.2016 00:00

    Miał być działkową altanką, będzie turystyczną atrakcją. Gdyby nie grupa szaleńców, poszedłby w zapomnienie. Kuter wypływa.

    tekst i zdjęcia Mateusz Sienkiewicz koszalin.gosc.pl Port w Ustce. Drewniana łajba stoi podparta solidnymi belkami. Zza burty wyłania się postawny mężczyzna w ciepłej czapce na głowie. To Robert Smagoń, na co dzień mieszkający w drewnianej chatce w otulinie Słowińskiego Parku Narodowego. Kocha przyrodę, konie, ale i wodę. – Z morzem jestem związany od dziecka. Zbudowałem kilkanaście różnych łódek i żeglowałem na nich tu i tam... – mówi Robert. Ale bardziej od opowieści o swoim życiu woli snucie historii o swoich projektach. Jeden z nich stoi za jego plecami.

    Dziś takich już nie ma

    Kilkunastometrowy kuter wyróżnia się na tle pozostałych lokatorów usteckiego portu. Przy nabrzeżach kołyszą się stalowe łodzie rybackie. Pomiędzy nimi trudno doszukiwać się drewnianych jednostek. – To oldtimer, niewiele takich zostało na naszym wybrzeżu – mówi Robert Smagoń, głaszcząc „Alfreda” po drewnianej burcie. – Z dokumentów wynika, że powstał on w 1946 r., w niemieckiej stoczni Niendorf pod Lubeką. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że zaraz po wojnie Niemcy mieli w głowie budowanie takich łodzi. Jeszcze to sprawdzę, ale czuję, że ten kuter ma dłuższą i ciekawszą historię, niż wyprawy na połów dorszy – mówi jeden z właścicieli „Alfreda” i wskazuje na drewnianą belkę, do której przymocowana jest śruba. Pochodzi z dębu, który zasadzono jeszcze w XIX w. – Zanim urosło tak grube drzewo, minęło kilkadziesiąt lat – mówi z dumą w głosie.

    Z ogródka na głęboką wodę

    Drewniany kuter do Ustki trafił ze Szczecina. W trakcie zlotu ludzi morza Robert Smagoń dowiedział się, że można tanio kupić maszynownię kutra. Kiedy pojechał na miejsce, okazało się, że trzeba ją wyciągnąć z łodzi. – Właściciel powiedział, że pozbywa się mechaniki, bo chce z kutra zrobić altankę na swojej działce. Obejrzałem, sprawdziłem stan i stwierdziłem, że zabieram całość – mówi. Choć „Alfred” nie wyglądał najlepiej, Robert postanowił przetransportować go drogą wodną. – Dokonaliśmy szybkiego serwisowania, wymieniliśmy oleje. Co ciekawe, nie wiedzieliśmy do końca, czy działa silnik. Widzieliśmy, że śruba się kręci, a maszynownia startuje. Dopiero prawdziwy chrzest czekał nas na morzu. Na pokładzie było kilka strażackich pomp na wypadek jakiegoś przecieku. Okazało się, że nie są one potrzebne. Co więcej, ten staruszek pomógł dopłynąć do portu innej jednostce, która zaliczyła na morzu awarię – uśmiecha się inicjator całego zamieszania. Po trzech dniach rejsu oldtimer zawitał do Ustki.

    Duch w maszynie

    Mglista, wilgotna pogoda i wiatr od morza nie zachęcają do spacerów, pora więc schować się na łajbie. Na „Alfreda” wchodzi się kilkumetrową drabiną. Z trzaskiem otwierają się drewniane drzwi do sterówki. W powietrzu unosi się charakterystyczny zapach – mieszanina aromatów drewna i paliwa. Zamykając oczy można się poczuć jak podczas rejsu. – To jest to, co kocham. Kiedy wróciłem do domu po naszym pierwszym rejsie moja córka powiedziała: „Byłeś na łódce!”. A druga dodała: „I to drewnianej!” – śmieje się Robert Smagoń. – Te oldtimery mają duszę. One z nami rozmawiają. Wydają z siebie zapach dębiny, z której w całości zbudowano kuter. Ja to nazywam zapachem przygody – mówi wilk morski oprowadzając po jednostce. Co kilka metrów swoją twardą dłonią uderza to w burtę, to w zabudowę kurta. – W trakcie rejsu słychać skrzypienie drewnianych części łodzi. One stękają na fali. Na żadnym innym kutrze tego nie ma – rozmarza się Robert, który oczyma wyobraźni widzi już „Alfreda” kołyszącego się na głębokich wodach Bałtyku.

    Tu na razie jest ściernisko...

    Kolejne drzwi otwierają się z charakterystycznym skrzypieniem. Pod pokładem, gdzie jeszcze kilka dni temu znajdowała się kajuta dla kilkuosobowej załogi, z osimioma łóżkami, teraz trwa generalny remont. Dzięki zaangażowaniu Justyny, jednej z uczestniczek projektu, udało się wypruć wszystko do gołego kadłuba. Podobny los czeka pokładową łazienkę, w której poprzedni właściciele ułożyli nawet gustowne płytki ceramiczne. – Niezłe połączenie: kafelki i drewniany kuter – żartuje Robert, któremu praca pali się w rękach.

    Nowe życie

    Czternastometrowy staruszek trafił do usteckiego portu, bo to dla niego uzdrowisko. Czeka go teraz porządna rekonwalescencja. Rąk do pracy nie brakuje, ale potrzebne są też pieniądze. – Wyliczyliśmy, że możemy ofiarować tysiąc godzin pracy remontowej. Ale trzeba jeszcze materiałów – tłumaczy szef przedsięwzięcia, który na portalu PolakPotrafi.pl postanowił zorganizować akcję crowfoundingową. Zebrane środki pozwolą na zakup dębiny szkutniczej i drewna mahoniowego. Potrzebna jest też sklejka wodoodporna, mocowania, kleje i farby. W sumie to ponad 23 tysiące złotych. – Czy damy radę? Gdybym miał wątpliwości, nawet bym nie próbował – mówi Robert Smagoń.

    Dajemy serce i ręce

    Dziarska grupa wilków morskich nie ustępuje w ożywianiu „Alfreda”. Jedni zabrali się za kręcenie filmów promocyjnych, inni przygotowują specjalne kolorowanki z drewnianym kutrem w roli głównej. Trafią one do wszystkich wspierających projekt. A inni zabrali się za najtrudniejszą pracę, czyli remont. – Ja szkutnictwa uczyłem się od małego. Ciągnęło mnie do tego. Ale prawdziwych specjalistów brakuje. To zaledwie garstka osób – mówi Robert Smagoń wymachując piłą przy burcie kutra. Stare zawody wymierają. Znikają także specjaliści od budowy i remontów małych statków. – Dlatego prowadzimy rozmowy z Centrum Integracji Społecznej w Ustce, żeby stworzyć kilkuosobowy warsztat. Zapewnilibyśmy przeszkolenie, a praktykę zorganizowalibyśmy na pokładzie „Alfreda” – snuje swoją kolejną wizję.

    „Alfred” reaktywacja

    Mimo siedemdziesiątki na karku, przed „Alfredem” druga młodość. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, już wiosną przyszłego roku drewniany oldtimer znów wypłynie na głęboką wodę. – Chcemy, żeby to była dostojna łajba, która będzie woziła turystów po Motławie. Drewniany „Alfred” będzie dumnie falował pomiędzy starymi kamienicami Gdańska – dodaje inicjator akcji „Nowe życie »Alfreda«”. Robert opiera się o burtę. Przed nim zwisa kotwica, a obok widać drewnianą, rzeźbioną tablicę z nazwą kutra. Macha ręką na pożegnanie. Później topi swój wzrok w wodach kanału portowego. W naciągniętej na czoło grubej czapce wygląda niczym kapitan, który wyszedł właśnie ze sterówki, by sprawdzić, czy coś nie zaplątało się w sieć. W sieci w historię z „Alfredem” wplątało się już ponad 20 osób.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół