• facebook
  • rss
  • Coś więcej

    ks. Wojciech Parfianowicz

    |

    Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 48/2016

    dodane 24.11.2016 00:00

    W czasie kiedy mówi się o kryzysie powołań, na Koszalin spadł powołaniowy deszcz. Zmokła też nieco redakcja „Gościa Niedzielnego”.

    Przedstawiając się, przez chwilę się zawahała. – Nazywam się... s. Maria Hanna Steranka – mówi nieco zmieszana Justyna. Sama jeszcze nie może przyzwyczaić się do swojego nowego wyglądu, kiedy przechodzi obok lustra. Trudno jej też oswoić się z brzmieniem nowego imienia. Ciekawe, kiedy zacznie na nie reagować? A w ogóle, jak do niej mówić? – Powiedziała nam, że jest teraz Justyną, Marią i Hanną. Możemy zwracać się do niej, jak chcemy – opowiada pani Krystyna, mama świeżo upieczonej nowicjuszki. W Świdrze pod Warszawą 12 listopada cztery młode dziewczyny przywdziały zakonną suknię. Prawie trzy z nich są z Koszalina. Jak to możliwe, że prawie? Paulina Lech i Krysia Lenz pochodzą z parafii pw. św. Wojciecha w Koszalinie. Justyna Steranka pochodzi z Kaszub, ale mieszkała ostatnio w Koszalinie i była naszą redakcyjną koleżanką. 

    Chciałam się najpierw zakochać

    Jeszcze niedawno przemierzała diecezję koszalińsko-kołobrzeską z dyktafonem i aparatem jako dziennikarka „Gościa Niedzielnego”. W końcu przyciągnęła ją wznosząca się nad Koszalinem Góra Chełmska, na której od ponad 25 lat pracują siostry z Szensztackiego Instytutu Sióstr Maryi. Jest po filologii angielskiej, miała wymarzoną pracę, a na horyzoncie jej życia widać już było biały welon. Welon w końcu założyła, tylko że granatowy. Jak to się stało? – Moje odkrywanie powołania nie było proste. Na I roku studiów przeczytałam pewną książkę, która zwaliła mnie z nóg. Chciałam rzucić wszystko i wstąpić do jakiegoś zgromadzenia. Czas jednak mijał, a mój entuzjazm wygasał. Pamiętam, że powiedziałam wtedy Panu Bogu: „Daj spokój, ja chcę się najpierw zakochać”. Minęło parę miesięcy i spotkałam chłopaka, z którym byłam 3 lata, w tym rok w narzeczeństwie. Coraz bardziej odkrywałam jednak, że to nie jest moja droga. Czułam, że to za mało, że chcę więcej. Rozstaliśmy się – wspomina nowicjuszka. – Marzyłam o pracy dziennikarskiej. Nie mogłam uwierzyć, kiedy dostałam pracę w „Gościu Niedzielnym”. Pan Bóg spełniał moje pragnienia. W końcu jednak wszystko przestawało być ważne: dotychczasowe życie, wymarzona praca, pieniądze, niezależność, pewien społeczny prestiż, ponieważ wiedziałam, że wzywał mnie Pan Bóg – dzieli się Justyna Steranka, czyli s. Hanna.

    Z Kościołem nie było mi po drodze

    Tak Paulina Lech, dzisiaj s. Eryka, opisuje swój stosunek do wiary przed ukończeniem 15. roku życia. – Wtedy siostry zaprosiły mnie na spotkanie dla dziewcząt. Tak zaczęła się moja historia z nimi – wspomina. Jednak nie od razu pojawiła się myśl o powołaniu zakonnym. – Byłam normalną dziewczyną – śmieje się „nienormalna” siostra. – Studia licencjackie (pedagogika na UMK w Toruniu) były dla mnie intensywnym czasem... życia towarzyskiego. Następnie przeniosłam się do Koszalina i kontynuowałam naukę pod kątem negocjacji i mediacji społecznych. Dostałam pracę jako kurator. W końcu pojawiła się także możliwość pracy na uczelni – opowiada. Jak wielu powołanych do życia konsekrowanego czy do kapłaństwa s. Eryka nie potrafi dokładnie opisać, jak to jest, kiedy słyszy się coraz głośniejsze wołanie: „Pójdź za mną”. – Po prostu czułam, że coś jest nie tak. Realizowałam się zawodowo, spełniałam swoje marzenia, tylko że to wszystko nie dawało mi szczęścia. Szukałam czegoś innego.

    Nie mogłam dłużej czekać

    Niektórzy, patrząc na Krysię Lenz, wykrzykują ze zdziwieniem: „Boże, jaka ona młoda”. Faktycznie, s. Samuela jest z całej grupy obłóczonych nowicjuszek najmłodsza. Ma dopiero 20 lat. – Od zawsze chciałam iść na medycynę – mówi. Pewnie dostałaby się bez problemu. Nieprzypadkowo na zakończenie ostatniej klasy w liceum, jako jedna z dwójki uczniów, otrzymała specjalną nagrodę Prezydenta Koszalina. Dlaczego więc nie spróbowała? – Od wielu osób słyszałam to pytanie. Ale ja zwyczajnie nie umiałam wytłumaczyć, dlaczego nie chciałam... Nie mogłam czekać ani chwili dłużej. To był ten najlepszy moment. Nie wiem, co by się stało, gdybym jednak poszła na studia. Może i tak wstąpiłabym do zgromadzenia, tylko później? Ale ja jestem tutaj już teraz. Nie żałuję, że przyszłam tu zaraz po maturze, że studia jeszcze przede mną. Dobra, jakiego doświadczyłam od Boga, nie zamieniłabym na nic. Świat w takich momentach oznajmia: „Ale strata!”. Co na to rodzice s. Samueli? Zupełnie na przekór. – Czuję dzisiaj, że coś nam się w życiu udało. Przecież o to właśnie nam chodziło, żeby naszym dzieciom zaszczepić w sercach Boga. My jesteśmy tylko skromnymi narzędziami w rękach Matki Bożej. Mogliśmy tylko zgodzić się na Jej plan – stwierdza Zdzisław Lenz, tata Krysi. Oczywiście nie obyło się bez pytań. Może nie doszło do wewnętrznego buntu, ale Grażyna Lenz, mama nowicjuszki, przyznaje: – Łatwo nie było, szczególnie jeśli chodzi o rozstanie. Popłynęły też łzy, zarówno wtedy, kiedy rodzice przywieźli córkę do Świdra, aby ją tam już zostawić, jak i w dniu obłóczyn. – Ludzie pytali nas przed dzisiejszą uroczystością, czy jesteśmy gotowi. „Tak” – mówiliśmy. Mamy chusteczki – uśmiecha się tata Krysi. – Ale to nie są łzy rozpaczy, tylko wzruszenia i szczęścia – dodaje.

    I co teraz?

    Tak naprawdę wszystko jeszcze może się zdarzyć. Obłóczyny, choć radykalnie zmieniają zewnętrzny wygląd człowieka, o niczym nie przesądzają. Nie są czymś, co można by przyrównać do zakonnej konsekracji. Przed dziewczynami jeszcze wiele lat solidnej formacji, która w Szensztackim Instytucie Sióstr Maryi rozpoczyna się kandydaturą i postulatem. Ten etap kończy się właśnie obłóczynami, które odbyły się 12 listopada. Siostry rozpoczynają teraz dwuletni nowicjat. Dopiero po nim złożą przyrzeczenia – najpierw na jeden rok, następnie na dwa, a potem jeszcze na trzy lata, aby w końcu złożyć je na całe życie. – Nie jestem tutaj dlatego, że nie mam innego wyboru. Czuję się wolna. Jeżeli odkryję, że Pan Bóg chce czegoś innego, to poszukam tego. Jego wola jest dla mnie w życiu najważniejsza. Na dzisiaj czuję się szczęśliwa i czuję, że tu jest moje miejsce. Jednak czas w nowicjacie zweryfikuje, czy to rzeczywiście jest moja droga – mówi s. Hanna Steranka.

    Siostry Szensztackie, czyli jakie?

    Szensztacki Instytutu Sióstr Maryi jest częścią wielowymiarowego dzieła założonego przez o. Józefa Kentenicha w Schönstatt k. Koblencji w Niemczech (stąd nazwa). – Jest nowoczesną formą życia konsekrowanego, jaką są instytuty świeckie – tłumaczy s. Estera Balcer. Komuś, kto nie zna się na teologii czy prawie kanonicznym, może się wydawać, że w tym zdaniu jest sprzeczność. Fakt, w zawiłościach form życia konsekrowanego trudno jest rozeznać się przeciętnemu człowiekowi, dla którego siostra to siostra i tyle. W dodatku choć siostry szensztackie swój strój nazywają „suknią”, to jednak przypomina on zakonny habit. Żyją też w duchu rad ewangelicznych: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, składając specjalne przyrzeczenia. Wewnątrz instytutu istnieją różne formy posługi. – Nasze siostry mogą prowadzić życie kontemplacyjne, apostolskie, misyjne czy też pustelnicze – przypomina s. Estera. Głównym zadaniem instytutu jest służba małżeństwu, rodzinie i współczesnej kobiecie. Siostry pracują także z młodzieżą i z dziećmi. W Polsce jest ponad 120 sióstr w kilku domach; na świecie – ok. 2 tys. Właściwy dla całego ruchu szensztackiego jest kult Matki Bożej Trzykroć Przedziwnej. Na świecie istnieje ponad 200 charakterystycznych sanktuariów, z których jedno, w dodatku jedyne pobłogosławione przez papieża (św. Jana Pawła II), znajduje się na Górze Chełmskiej w Koszalinie. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół