• facebook
  • rss
  • Ułani, czyli polscy kowboje?

    ks. Wojciech Parfianowicz

    |

    Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 49/2016

    dodane 01.12.2016 00:00

    Konie są. Broń jest. Whiskey… no, może bardziej koniak – jest. A jednak: – Ani ta kultura, ani ta epoka, ani ten kontynent – mówi Tadeusz Johaniuk, ułan ze Szczecinka.

    Na co dzień częściej trzyma w ręku skalpel niż pistolet. Jednak jego pacjenci dobrze wiedzą, że doktor Aleksander Leszczyński, chirurg naczyniowy, po godzinach jest ułanem. Jest ułanem, a nie tylko za niego się przebiera. Podobnie jak Tadeusz Johaniuk, właściciel gospodarstwa agroturystycznego i ośrodka jeździeckiego, a także nadzwyczajny szafarz Komunii Świętej. Obaj należą do prawie 30-osobowej grupy pasjonatów zrzeszonych w Szwadronie Kawalerii Ziemi Szczecineckiej w ramach 12. Pułku Ułanów Podolskich, który swoją główną siedzibę ma w Szczecinie. Do grupy szczecineckiej należą także osoby z Czaplinka, Bobolic, Bornego Sulinowa, Barwic i Jastrowia. Jak podkreślają, nie są grupą rekonstrukcyjną, mimo że w rekonstrukcjach historycznych uczestniczą i samych rekonstruktorów darzą wielką estymą. – Jesteśmy w jakimś sensie wciągnięci do wojska. Podpisaliśmy umowę, odbyło się uroczyste wręczenie barw pułku. Łatwo nie było, ponieważ wojsko niechętnie udziela takich pozwoleń. Musieliśmy się wykazać – przyznaje Aleksander Leszczyński, który z dumą prezentuje na naramienniku swoją jedną gwiazdkę, co w przedwojennym wojsku oznaczało podporucznika. Podporucznikiem rezerwy szczecinecki chirurg rzeczywiście jest.

    Z szabelką na czołgi?

    Szabla, którą prezentuje Tadeusz Johaniuk, robi wrażenie. Ma piękną rękojeść i skórzany temblak, który służy do tego, aby broń nie wypadła z ręki. Jest dość ciężka i pewnie niełatwo się nią włada. Z pewnością trudno by nią było zaatakować czołg. – Ułani nie byli idiotami, tylko normalnie myślącymi ludźmi. Szabla używana była marginalnie, stąd nie noszono jej przy boku, ale umieszczano przy siodle – pokazuje ułan. Aleksander Leszczyński opowiada z pasją o broni, której najczęściej używali żołnierze na koniach. Prezentuje swojego mausera 38, oryginalnego, z 1939 roku. Jak podkreśla, przed II wojną światową i w kampanii wrześniowej ułani posługiwali się m.in. karabinkiem przeciwpancernym UR. To była owa mityczna szabla, z tą różnicą, że ta, faktycznie, z łatwością przebijała czołgowe pancerze. Tadeusz Johaniuk obala kolejny mit o polskiej kawalerii, spreparowany przez hitlerowców, Sowietów, a potem powielany przez rodzimych komunistycznych „patriotów”. – Kawalerzyści walczyli pieszo. Szarże były niezwykłą rzadkością. Dlatego kolumna marszowa kawalerii była trójkowa. Jeździec środkowy był tzw. koniowodnym, czyli na sygnał trąbki do ataku chwytał i odprowadzał konie pozostałych dwóch, którzy szli walczyć – wyjaśnia. – Koń nie był bronią, ale środkiem transportu – dodaje Aleksander Leszczyński. Mit o polskich kawalerzystach pędzących bez opamiętania z szablami w rękach naprzeciw niemieckich czołgów narodził się m.in. po bitwie pod Krojantami (1 września 1939). Faktycznie, ułani przeprowadzili wtedy szarżę, w jednym z nielicznych przypadków, kiedy była ona dozwolona, tzn. na ok. 800 niemieckich żołnierzy piechoty, którzy rozłożyli się na odpoczynek. Na atakujących ułanów nieoczekiwanie wyjechały z ukrycia niemieckie transportery opancerzone. Ukazywanie Polaków jako szaleńców nieumiejących walczyć było Niemcom potrzebne w celach propagandowych. Mit powielano także w Polsce powojennej, ponieważ ułani kojarzyli się z II RP, czyli z czasami, wtedy słusznie minionymi.

    Skoki na bungee?

    – Bardzo zwracamy uwagę na detale – zapewnia Aleksander Leszczyński. Mundury obu panów są idealnie skrojone przez sprawdzonego krawca z Poznania. Wszystko wygląda tak, jak kilkadziesiąt lat temu. Szczecineccy ułani dbają też o wyposażenie. Mają wszystko: od siodła z owsiakiem po puszkę na maskę gazową i raportówkę. Hafty oficerskie na kołnierzach i amarantowe otoki na rogatywkach nie pozostawiają złudzeń – tu swoją służbę traktuje się poważnie. Chirurg naczyniowy przyznaje: – Dzięki temu odrywam się od pracy. Wyjaśnia jednak, o jakiego typu oderwanie się na pewno mu nie chodzi. – Mam taką pracę, że w czasie wolnym nie muszę skakać na bungee. Mam tyle emocji przy stole operacyjnym, że nie muszę ich szukać gdzie indziej. O innego rodzaju emocje chodzi bowiem w tego typu pasji. – Jestem zakochany w Polsce. Chcę eksponować wszystko, co jest związane z naszą tradycją. Jestem z niej dumny, w przeciwieństwie do niektórych „autorytetów”, które nam wmawiają, że jest ona wstydliwa i brzydka – wyjaśnia Tadeusz Johaniuk. Gdy szczecineccy ułani biorą udział w państwowych uroczystościach, a także w rekonstrukcjach historycznych, jak choćby co roku w Krojantach, nie traktują swojego udziału jak czystej zabawy. Mundur oficera zobowiązuje.

    Koniem do McDonalda

    Nie da się być ułanem, nie kochając lub bojąc się koni. Kiedy ułan umierał, za jego trumną szedł nieosiodłany koń. Obaj pasjonaci ze Szczecinka są związani z tymi zwierzętami od dziecka. Tadeusz Johaniuk ukończył także specjalne szkolenie Federacji Kawalerii Ochotniczej, podczas którego uczył się prawdziwej konnej musztry. Konie dla ułanów są jednak nie tylko „od parady”. Dosiadają ich także zwyczajnie, dla rekreacji. – Świat z wysokości 2 metrów jest zupełnie inny – przyznaje Tadeusz Johaniuk, który uwielbia przejażdżki polami i lasami. Czasami potrafią w siodle spędzać długie godziny, na przykład jak mówi Aleksander Leszczyński, dojazd na rekonstrukcję bitwy pod Krojantami odbywa się czasem „rajdem”. – Jedziemy konno te 90 kilometrów. Śpimy na polowych łóżkach, pod kocami, w śpiworach. Przeistaczam się wtedy w ułana. Nie biorę żadnych cywilnych ciuchów. Jedziemy w mundurach polowych. Ludzie nas po drodze pozdrawiają. Chirurg przypomina też pewną zabawną sytuację z udziałem swojego syna, który brał udział w uroczystości związanej z rotmistrzem Pileckim. – Też wtedy jechali konno na miejsce. Zatrzymali się na stacji, weszli do McDonalda w pełnym rynsztunku, wzbudzając niezłą sensację.

    Kresy to nie prerie Arizony

    Rzeczywiście oddziały kawalerii szczególnie sprawdzały się na Kresach, które przed II wojną światową nie mogły się poszczycić rozbudowaną siecią dróg. Jednak polskim wschodnim bezdrożom daleko do amerykańskiego Dzikiego Zachodu – nie tylko w sensie kilometrów. – Przez naszą działalność chcemy promować polskość. Dzieci często bawią się w kowbojów, ale przecież oni byli, z całym szacunkiem, zwykłymi poganiaczami krów. To byli pracowici, ale prości ludzie, a zrobiono z nich niemal rycerzy na koniach. Natomiast nasi kawalerzyści, którzy naprawdę mieli etos rycerski, zostali prawie zupełnie zapomniani albo wyśmiani, choćby za pomocą mitu „z szablą na tanki” – mówi Tadeusz Johaniuk. W swojej książce „Oficerowie i dżentelmeni” historyk Piotr Jaźwiński opisuje życie prywatne i służbowe kawalerzystów II RP. Były to jednostki elitarne, złożone z ludzi bez reszty oddanych służbie. Niektórzy z nich hołdowali zasadzie „3 K”, według której ważne w ich życiu były: konie, koniak i kobiety. Fakt, lubili wypić, nieraz spore ilości, dobrej jakości alkoholu, ale z ich udziałem nie notowano pijackich burd ani nie spotykano ich zataczających się z upojenia. Nie do pomyślenia było skalanie w ten sposób honoru oficera i pułku. Co do kobiet, traktowali je zawsze szarmancko, choć niejedną potrafili uwieść. Może akurat to nie zawsze było prawdziwie rycerskie, podobnie jak nie zawsze amerykańscy kowboje to upijający się w saloonach rewolwerowcy. Szeryf Will Kane z kultowego westernu „W samo południe” mógłby się przecież obrazić. Jedno jest pewne, kowboj to nie to samo co ułan. – Ani ta kultura, ani ta epoka, ani ten kontynent – mówi Tadeusz Johaniuk, który od lat stara się zaczerpnąć i przekazać innym to, co w tradycji ułańskiej najlepsze, czyli: oddanie ojczyźnie, męstwo, szacunek do służby (pracy), kulturę osobistą, pasję jeździecką.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół