• facebook
  • rss
  • Reforma to nie reformacja

    dodane 26.01.2017 00:00

    O meandrach ekumenizmu w rozmowie z ks. Wojciechem Parfianowiczem mówi ks. prof. Janusz Bujak, diecezjalny referent ds. jedności chrześcijan.

    Ks. Wojciech Parfianowicz: Podczas tegorocznego Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan nie sposób było uciec od kontekstu 500-lecia reformacji. Jak my, katolicy, mamy podejść do tego jubileuszu? Czy mamy z naszymi braćmi świętować?

    Ks. prof. Janusz Bujak: Świętować raczej nie będziemy, ponieważ jest to rocznica zadania Kościołowi głębokiej rany. Zresztą grupa teologów katolickich i luterańskich w Niemczech zastanawiała się, jak nazwać tę rocznicę, której przecież zignorować nie można. Wybrano formułę wspomnienia i pokuty. Luteranie i inni protestanci też wiedzą, że nie o rozłam chodziło Marcinowi Lutrowi. Początkowo był on wiernym synem Kościoła. Dopiero później nastąpiła w nim pewna ewolucja, a w sprawę włączyły się też siły polityczne.

    Papież Franciszek z okazji jubileuszu reformacji odwiedził w październiku Szwecję. W katedrze luterańskiej w Lund podpisano wspólną deklarację luteran i katolików. Czytamy w niej: „Opłakujemy przed Chrystusem to, że luteranie i katolicy zranili widzialną jedność Kościoła”. A zatem rozłam to też nasza wina?

    Warto zadać sobie pytanie, czy ze strony katolickiej zrobiono wszystko, aby uratować jedność Kościoła. Dzisiaj, po wiekach, wiemy więcej. Potrafimy na historię spojrzeć jakby z lotu ptaka i dostrzec błędy. Ale tamci ludzie żyli w swoim kontekście. Trzeba więc powiedzieć, że, owszem, ze strony Kościoła można było zrobić więcej. Niestety, tam, gdzie jest kontrowersja, w ferworze walki można kogoś skrzywdzić.

    Czy coś z tego, co proponował Marcin Luter, było dobre dla Kościoła i mogło stać się pożądaną reformą?

    Sytuacja Kościoła przed reformacją była trudna. Rzeczywiście, papieże renesansowi za bardzo zaangażowali się w sprawy sztuki i polityki, a za mało w sprawy Kościoła i jego reformy. Wołali o nią ludzie świeccy, władcy, wielu duchownych, którzy widzieli, że w Kościele nie działo się dobrze. Nurty żądające reformy w Kościele były więc obecne i można powiedzieć, że były słuszne. Mądremu każda krytyka coś daje. Trzeba zatem przyznać, że to, co stało się 500 lat temu, doprowadziło do szybszej reformy Kościoła na Soborze Trydenckim i po nim. Reformacja w pewnym sensie przymusiła papieży i biskupów do zajęcia się na serio tym, o czym mówiono już na długo przed Lutrem. Reformacja była więc swego rodzaju ozdrowieńczym wstrząsem. Obudzono się i zrozumiano, że z wieloma sprawami tak dalej być nie może. Mam na myśli choćby kwestię przebywania biskupów w swoich diecezjach czy kościelnych beneficjów.

    Niestety, w Kościele dokonał się rozłam, którego skutki odczuwamy do dzisiaj. Czy jedność chrześcijan jest w ogóle jeszcze możliwa?

    W dialogu ekumenicznym wyczerpaliśmy już chyba wszystkie nasze możliwości, omówiliśmy wszystkie najważniejsze kwestie. Poza tym od podziałów minęło już wiele lat i ludzie, którzy urodzili się w danym Kościele, nie dostrzegają często dramatu rozłamu. Wręcz przeciwnie, odczuwają dumę z tego, że przez tyle wieków przetrwali jako wspólnota. Patrząc więc czysto po ludzku, o jedność będzie trudno. Jednak u Boga nie ma nic niemożliwego. Tym bardziej więc powinniśmy się o jedność modlić.

    Wyrazem prawdziwej jedności byłaby wspólna Eucharystia. Ale to właśnie podejście do niej jest jedną z ważniejszych przeszkód. Prawosławni, podobnie jak my, uznają realną obecność Jezusa Chrystusa w postaciach eucharystycznych, a protestanci – nie.

    Protestanci nie mają też sakramentalnego kapłaństwa. A zatem droga do pojednania z nimi jest bardzo trudna. W przypadku Kościoła prawosławnego wygląda to inaczej. Jest większa nadzieja. Jednak mimo że być może pozostaniemy tam, gdzie jesteśmy, warto się spotykać. Pan Bóg czyni cuda. Powinniśmy pragnąć jedności jak Jezus, który modlił się o nią w Wieczerniku.

    Zostają nam wspólna modlitwa i działanie, np. na polu dobroczynności. Poza tym po prostu żyjemy obok siebie. Może nie ma u nas zbyt wielu przedstawicieli innych wyznań, ale jednak niektórzy katolicy spotykają ich na co dzień. Jak w zwykłym, codziennym życiu praktykować ekumenizm?

    Życzliwością i miłością. Jeżeli będziemy nawzajem się zwalczać i podkreślać tylko to, co nas różni, do niczego nie dojdziemy. Najbardziej przekonuje miłość. Chrystus wzywa nas nawet do miłości nieprzyjaciół, więc jak moglibyśmy nie kochać naszych braci i sióstr, którzy też wierzą w Chrystusa? Niech miłość i życzliwość będą naszymi „znakami firmowymi”.

    Nasza koszalińska katedra jest swoistym znakiem, który wzywa nas do modlitwy o jedność. Mamy w niej witraż z Lutrem i Melanchtonem. To dość osobliwa sytuacja. Co nam mówi Luter z koszalińskiego witraża?

    Jest dla nas wyzwaniem, jak dla Kościoła w XVI wieku, do ciągłej wewnętrznej reformy, gorliwości i przemiany. • wojciech.parfianowicz@gosc.pl

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół