• facebook
  • rss
  • Palmy nad Słupią

    dodane 13.04.2017 00:00

    – To tylko wydaje się takie proste. Szyja boli, palce bolą, ale jak już się opanuje operowanie sznurkiem, to bardzo odstresowuje – zapewnia pani Ewa.

    To stała bywalczyni warsztatów w pracowni ceramicznej Słupskiego Ośrodka Kultury. – To świetne miejsce, w którym nie tylko nauczyłam się szyć, ale poznałam cudownych ludzi, którzy chcą czegoś więcej, niż ćwiczyć kciuk na pilocie od telewizora – przyznaje. Na warsztaty palmiarskie przyprowadziła ze sobą kuzynkę i koleżankę. Największa sztuka to odpowiednie operowanie patyczkiem, na który nawinięta jest nitka. Żeby dobrze ją napiąć, a zarazem wygodnie manewrować, trzeba ją opleść sobie wokół szyi, a patyczek umiejscowić pod pachą. Wtedy mocowanie kolejno dokładanych traw i ziół przychodzi z łatwością. Przynajmniej w teorii lub gdy patrzy się na Agatę Granicką. Pod jej palcami niepozorne tymotki, wiechliny, krwawniki i wrotycze zamieniają się w arcydzieła.

    Tradycja zanika

    – Świadomość, że stoi za mną sześciopokoleniowa tradycja, to odpowiedzialność. Bywa, że nieco mi ciąży. Ale potem przypominam sobie, że ja po prostu lubię robić palmy – mówi ze śmiechem pani Agata. Jej rodzinne podwileńskie Nowosiołki dawniej były wsią palmiarską. – W każdym z 19 domów robiło się palmy.

    Palmiarek było ze 30. Dzisiaj są trzy: ja, moja mama i sąsiadka – kiwa głową. O następczynie trudno. – Mam dwie córki, osiemnastoletnie bliźniaczki. Obie potrafią robić palmy, ale czy będą chciały przejąć rodzinną tradycję? Nie wiem. Jedna może tak, druga powiedziała, że nawet gdyby miała z głodu umrzeć, to palmami zajmować się nie będzie. Ale ja w ich wieku też się przed palmami broniłam, bo to żmudne zajęcie – przyznaje ze śpiewnym kresowym akcentem. Wicie palm to ostatni, najprzyjemniejszy etap pracy palmiarki. Wiosną trzeba siać zioła i trawy, w lecie są zbiory, na jesieni suszenie i malowanie. W listopadzie zaczyna się nowy sezon wicia palm. – Ale od wielu lat robię palmy przez cały rok. Stały się one nie tylko atrybutem Niedzieli Palmowej, ale też symbolem Wileńszczyzny, więc często zamawiane są u mnie jako tradycyjne litewskie prezenty – opowiada pani Agata. Uczestniczki warsztatów, choć usatysfakcjonowane pierwszą własnoręcznie zrobioną palmą, z podziwem patrzą na dzieła palmiarki. – A na pewno nic nie jest przyklejane? – pytają, oglądając typową, kolorową wileńską palmę wałeczkową. – Ależ skąd! Ja muszę ściśle trzymać się tradycji, bo inaczej cofnięto by mi certyfikat! – zapewnia pani Agata.

    Myślami na Kresy

    Ośmioletnia Wiktoria trochę się nudzi, ale kiedy widzi efekt końcowy, jest zachwycona. – Mamy wileńskie korzenie. Kuzynostwo nadal tam mieszka. Warsztaty to też okazja, żeby o tym poopowiadać – przyznaje Magdalena Krajewska, mama dziewczynki. Anna Sawicka także myślami biegnie na Kresy. – Przyszłam na warsztaty ze względu na… dziadków. Pochodzili właśnie z Wilna, o którym trochę mi opowiadali, ale byłam za mała, żeby wszystko zrozumieć. Mam nadzieję, że są ze mnie dumni, że udało mi się zrobić palmę – uśmiecha się, patrząc na własnoręcznie uwitą ozdobę. – To będzie trochę inna Niedziela Palmowa niż zazwyczaj. Nie tylko ze względu na to, że pójdę do kościoła z palmą, którą sama zrobiłam, ale także dlatego, że bardziej niż zwykle będę myśleć o dziadkach – dodaje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół