• facebook
  • rss
  • Pamięć przetłumaczona

    Karolina Pawłowska

    |

    Gość Koszalińsko-Kołob. 28/2017

    dodane 13.07.2017 00:00

    Wydana przez grupę pasjonatów z Piły książka przywołuje świat zmieciony z powierzchni ziemi.

    tekst i zdjęcia karolina.pawlowska@gosc.pl Najstarsze nastoletnie Eva i Susi w niemal identycznych sukieneczkach w kratkę, z białymi kołnierzykami, Rudi z poważną miną dziesięciolatka i malutka Marion, pieszczotliwie nazywana przez rodzinę Putty. Podpis pod fotografią przypomina, że dzieci państwa Guttmannów sfotografowano w 1939 r., a więc tuż przed ucieczką ze Schneidemühl. Ich ojciec Hermann był kierownikiem znanego domu towarowego mieszczącego się przy Posenerstrasse oraz weteranem Wielkiej Wojny. Ale zasługi dla kraju już nic nie znaczyły, bo jego kraj uznał, że Żydzi nie są już obywatelami. Nie są nawet ludźmi. Po listopadowym pogromie w 1938 r. Hermann na sześć tygodni trafił do Sachsenhausen. Nie było na co czekać. Dwie najstarsze córki wysłał Kindertransportem do Francji, co uratowało im życie. Z żoną, najmłodszą córką i synem uciekli do Berlina. Rudi zmarł na polio we wrześniu 1941 r. Miesiąc później jego rodzice i czteroletnia Marion zostali aresztowani i w liczącym ponad tysiąc mężczyzn, kobiet i dzieci transporcie wysłani do łódzkiego getta. Nikt nie przeżył. Jedna rodzina, jedna historia. Jak inne z przedwojennej Piły. Nie pozostało po nich tutaj nic. Nawet pamięć miasta, w którym żyli przez ponad cztery wieki. Grupa ludzi stara się ją przywrócić.

    Moralny obowiązek

    – 7 września 2011 r. przyjechali tu byli mieszkańcy Piły żydowskiego pochodzenia. 60 lat czekali, żeby wrócić. Ze łzami w oczach opowiadali, że po prostu bali się przyjechać. Złe wspomnienia były bardzo silne. Ale przyjechali: z Izraela, z Amsterdamu, z Niemiec. Pół setki osób. W prezencie od nich otrzymałem książkę, która wyszła w Waszyngtonie. Została napisana przez jednego z potomków mieszkańców Piły. Od razu wiedziałem, że trzeba ją wydać także po polsku – opowiada Artur Łazowy, prezes pilskiego Stowarzyszenia Effata. To jego zasługą jest uruchomienie maszyny, która doprowadziła do ukazania się polskiego przekładu „History of the Jewish Community of Schneidemühl – 1641 to the Holocaust”, napisanej przez Petera Cullmana, potomka rodziny mieszkającej w Pile przez 406 lat. Potrzeba było jednak dobrych pięciu lat, żeby pomysł udało się zrealizować – bez dotacji, bez wsparcia instytucjonalnego, wyłącznie siłami pasjonatów, czujących, że mają jakiś obowiązek. – To taki moralny obowiązek. Ludzie na co dzień nie uświadamiają sobie, że był ktoś, kto zbudował dom, w którym mieszka, ktoś nadawał kształt temu miastu, tworzył je. Do czasu przeczytania tej książki nie miałem świadomości, jak ważne było to środowisko. Historia Żydów w Pile to wypełnienie luki w edukacji. Nie ma w szkołach przedmiotu historia lokalna, regionalna. Dzieciaki uczą się o Egipcie, Mezopotamii, a nic nie wiedzą o swoich małych ojczyznach i ich historii – mówi Artur Łazowy.

    Pamiętaj!

    – Ta wspólnota – można podejrzewać, że wymazana z niemieckiej pamięci – teraz jest przywracana pamięci polskiej. Piękne to wydarzenie. Nowi mieszkańcy Piły czują się mieszkańcami miasta o długiej historii i biorą odpowiedzialność za los miasta istniejącego od sześciuset lat. Najczęściej powtarzanym w Biblii nakazem jest: pamiętaj. Piła miała szczęście, że znalazł się ktoś, kto wykonał olbrzymią pracę badawczą, bez względu na to, jak ją dzisiaj oceniamy – zaważa prof. Paweł Śpiewak, który opatrzył publikację wstępem. Jako pierwszy otrzymał ją Michael Schudrich, naczelny rabin Polski. – Takie gesty mają bardzo wielkie znaczenie. Pokazują, że Polacy – rodacy i sąsiedzi – nie chcą zapomnieć o historii Żydów. To daje wielką nadzieję. Mogę tylko bardzo za to dziękować – przyznawał podczas wizyty w Pile. – Dlaczego to ważne, żeby pamiętać? Żydzi tu byli i już ich nie ma. Ale jeżeli człowiek nie zna przeszłości, trudno mu budować przyszłość. Żydzi mieszkali tutaj razem, budowali razem z innymi mieszkańcami to miasto. Kiedy pracujemy razem, możemy zdziałać więcej niż osobno – tłumaczył młodzieży, z którą się spotkał. – Moi uczniowie chcą wiedzieć, chcą poznawać przeszłość przestrzeni, w której żyją. Ich obecność pokazuje, że historia tego miasta nie jest martwą, ale żywą sprawą, którą trzeba odkrywać. To hołd złożony kulturze, która tutaj przez lata kwitła i funkcjonowała w symbiozie z innymi do czasu, aż została brutalnie zmieciona przez totalitaryzm – mówi Katarzyna Włodkowska, polonistka z Zespołu Szkół im. S. Staszica w Pile, która razem z pilskimi licealistami przygotowała krótki program artystyczny podczas wizyty rabina Schudricha. Podkreśla, że takie spotkania są niezwykle ważne. – Słowo „Żyd” semantycznie nie jest neutralne jak „Francuz” czy „Anglik”. Od razu niesie jakieś, nawet niewyrażone wprost, zabarwienie pejoratywne – zauważa. Dlatego planuje przystąpienie do międzynarodowego projektu, którego celem jest ocalanie wielokulturowej tożsamości miasta. Chciałaby stworzyć wirtualny spacer po dawnej Pile, aplikację, która pokaże dawne miasto, cykl lekcji dotyczących kultury żydowskiej, a także nawiązać współpracę ze szkołą w Izraelu.

    Producent Chaplina

    Rabin Schudrich udał się także do jedynego miejsca w dzisiejszej Pile, w którym można odnaleźć ślady przedwojennych żydowskich mieszkańców Schneidemühl. To pomnik znajdujący się na miejscu dawnego kirkutu, a dzisiaj na terenie Szkoły Policji. – W tym miejscu nie będę przemawiał, będę się modlił. Proszę was, żebyście też teraz pomyśleli o zmarłych – prosił, zanim odmówił Psalm 23. Żydowski cmentarz został zrównany z ziemią w 1943 r. „Sponsorem” stworzenia w tym miejscu ogrodu miejskiego była oczywiście dogorywająca pilska gmina żydowska, której kazano zapłacić za splantowanie miejsca spoczynku przodków. O tym, gdzie jest żydowski cmentarz, dzisiejsi mieszkańcy Piły dowiedzieli się niedawno, gdy rozpoczęto budowę hali sportowej. Przed dwoma laty upamiętniono to miejsce pomnikiem. Nie pozostał też żaden ślad po synagodze – cudzie architektury. Liczący wówczas blisko wiek budynek, w którym gromadziło się na modlitwę ponad pięć pokoleń pilskich Żydów, spłonął podczas nocy, która przeszła do historii pod nazwą kryształowej, od dźwięku tłuczonych szyb, sklepowych witryn i nadziei żydowskich mieszkańców Rzeszy. Dzisiaj synagogę można zobaczyć tylko na kilku starych pocztówkach. Przywołuje świat zmieciony z powierzchni ziemi, zapisany niekiedy jedynie w krótkich notatkach, jak z list deportacyjnych. Imiona i nazwiska układające się w poruszającą opowieść o unicestwianiu żydowskiej społeczności wielkopolskiego miasteczka przez ich niemieckich „sąsiadów” i brunatny totalitaryzm. Ginęli w Rydze, Treblince, w Auschwitz, Teresinie. – Siła tej książki polega na tym, że jest o ludziach, którzy przestają być anonimowi. Ktoś mieszkał tuż obok mnie, był fotografem, inny mój sąsiad robił meble. To przestaje być historią Żydów w Pile, a staje się historią miasta. Miasta, które raz było polskie, raz niemieckie, a w dużej mierze także żydowskie – mówi Artur Łazowy. – Pamiętam z lekcji historii w szkole podstawowej: data, wydarzenie, data, wydarzenie. Zupełnie niestrawne. Jakże inaczej można myśleć o historii, kiedy odnajduje się ją na znajomych ulicach, w domach, szukając śladów po dawno zapomnianych ludziach. Dowiaduję się, kto był jego ojcem, matką, dziadkiem, gdzie się uczył. Jeden pan pytał mnie przed chwilą: a wiesz, kto to był Lesser? Oczywiście nie mam pojęcia. A to był producent filmów Charliego Chaplina. Urodził się w Pile. Ja tego nie wiedziałem, nie sądzę, żeby ktokolwiek w Pile o tym wiedział. Może właśnie tak trzeba opowiadać o historii, żeby ją ocalić? – zastanawia się. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół