• facebook
  • rss
  • Skóra, perfumy, papirusy

    dodane 10.08.2017 00:00

    Kiedy bierze się te książki do ręki, można nie dostrzec, ile emocji – uniesień twórczych i kłótni o niuanse – kosztowało ich wykonanie...

    Wydawane przez małżeństwo Urszulę Kurtiak i Edwarda Leya uwodzą nie tylko światowe rynki. Są tacy, których puls przyspiesza, gdy biorą do ręki jeden z woluminów – drukowany na czerpanym papierze lub papirusie, oprawiony w skórę, szlachetne kamienie, jedwab. Pachnący kwiatami. Tak było w 2000 roku na wystawie w Tajpej na Tajwanie. – Podeszła do nas młoda chińska artystka i zaczęła oglądać dwa tomiki poezji wydane po polsku – wspomina Edward Ley. – Wąchała pachnące kartki, przytulała do policzka jedwabne okładki, otwierała ukryte wśród nich kopertki, wyciągała liściki, oglądała pod światło inkluzje ze złota. Robiła to przez 4 godziny, choć książki były po polsku. Wróciła także nazajutrz. Powiedziała: „Ja już tak dłużej żyć nie mogę. Od kiedy zobaczyłam wasze książki, muszę całkowicie zmienić zdanie na temat sztuki”. To było dla nas niezwykłe wyznanie.

    Wbrew tandecie

    Bibliofilskie woluminy zaprojektowane przez małżonków Kurtiak i Ley zagościły na biurkach rodzin królewskich, hierarchów kościelnych, polityków, dyplomatów i ludzi kultury z całego świata. Te książki mają w swoich zbiorach piosenkarka Katie Melua, Robert Gawliński z zespołu Wilki, a także nieżyjący już Andrzej Wajda czy Adam Hanuszkiewicz. O randze wydawnictwa świadczą prestiżowe nagrody oraz odznaczenia państwowe, m.in. Złoty Krzyż Zasługi i Medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis. Rozmawiamy dokładnie w 29. rocznicę założenia firmy. Mimo że lepiej znana jest w szerokim świecie niż w Koszalinie (niektórzy dopiero podczas Nocy Muzeów odkryli ukrytą za murami ul. Szczecińskiej siedzibę wydawnictwa), artyści introligatorstwa nie emigrują z Koszalina. Wszak to tu rozpoczynali przygodę z zawodem, gdy jedyną drukarnią w mieście były Koszalińskie Zakłady Graficzne. – Istniały także „zabytkowe” drukarnie, np. typograficzna w spółdzielni Intropol, gdzie tekst składało się metodą Gutenberga, z czcionek – wspomina Urszula Kurtiak. – Dziś taki sprzęt jest traktowany jako rarytas. Jako początkujący w zawodzie nie mogli ścigać się z nowoczesną technologią offsetową. Słabość polskiej poligrafii przeżywającej wówczas apogeum tandety wydawniczej postanowili przekuć w siłę. – Zdecydowaliśmy się na krok wstecz. Wykorzystaliśmy potencjał, który już odchodził do lamusa – podsumowuje Edward Ley.

    Na początku była… książka

    Jedyna taka w domowej kolekcji małżonków: oprawiony w jedwab zbiór poezji wschodniej. – Z biegiem lat tkanina przedarła się na grzbiecie – wspomina E. Ley. – Zanieśliśmy ją do introligatora, żeby ją podkleił, ponieważ nie znaliśmy się jeszcze na tym. Zaszła jednak pomyłka. Dostaliśmy do rąk… plastikową oprawę. Wyglądało to strasznie. W ramach przeprosin zmieniono plastik na czerwoną skórę. I wtedy zamarzyliśmy o takiej domowej bibliotece: pełnej skórzanych opraw, arystokratycznej. To wtedy zakiełkował pomysł na nasze wydawnictwo i to chyba jest ta nasza legenda. Dziś ich biblioteczka nie mieści już skórzanych opraw. W zamyśle czekają następne. Opodal na stole leżą olbrzymie arkusze papieru i małe barwne próbki. Duże okno rzuca odpowiednie światło, pani Urszula ocenia, który kolor, faktura, gramatura papieru są właściwe, by umieścić na niej tekst kolejnej książki. Jej ręka podczas rozmowy wciąż pracuje, pozostawiając ornamenty na kawałku kartonu. – Najbardziej fascynuje mnie moment dochodzenia do ostatecznego kształtu książki. Ona zawsze musi być „jakaś”, nigdy taka jak coś poprzedniego. Nie może być tak, że „Lalka” Prusa wygląda tak samo jak „Dziennik ustaw” – przestrzega artystka. – Badam, jak daleko mogę posunąć się w tym, by książka przestała być produktem masowym. Aż nagle przychodzi moment jak grom z jasnego nieba: wszystko się układa. Edward Ley uważa, że moment kreacji, kiedy powstaje dzieło sztuki, to ogromna przyjemność, podobna do ekstazy. – Ale jak każda przyjemność, trwa tylko chwilę. Potem zaczyna się proza: podpisywanie umów, księgowość, organizacja.

    Via człowiek

    Choć książka to przedmiot, kluczem do zrozumienia, jaka powinna być, by zachwycać nie tylko treścią, ale też formą, są ludzie. Bez nich nie można nauczyć się i pokochać tego zawodu. W tamtych latach w Polsce czasów komuny, która reglamentowała towary, m.in. skórę, oparte na niej introligatorstwo ręczne niemal zanikło. Toteż przepaść dzieliła początkujących wydawców artystycznej książki od zaplecza technicznego, które mogłoby wesprzeć ich wysiłki. Nie było internetu, filmików instruktażowych, a 2–3 dostępne wówczas książki o rzemiośle to było za mało. – Kiedy tylko dowiadywaliśmy się, że gdzieś jest jakaś wystawa introligatorska albo do sprzedania jakiś sprzęt, albo jakiś dobry fachowiec, wsiadaliśmy w malucha i jechaliśmy – mówi Urszula Kurtiak. – Była w nas taka żarliwość poznawania wszystkiego: książek, zawodu, ludzi! W ten sposób na drodze koszalińskich wydawców stanęło wielu konserwatorów książek, projektantów, grafików, introligatorów, włącznie z odchodzącymi w zapomnienie mistrzami dawnych technik. Spotkania zaowocowały wieloma przyjaźniami, a głównie rzadką dziś pamięcią o godnych wspomnienia poprzednikach. Dzięki temu, że państwo Kurtiak i Ley z biegiem czasu sami stali się mistrzami, podtrzymują tradycję zawodowej relacji: mistrz–uczeń. Było to możliwe dzięki stypendium fundacji Pro Helvetia, która doceniła osiągnięcia koszalińskiego wydawnictwa i zaproponowała pani Urszuli stypendium w szwajcarskim Centro del Bel Libro – światowej mekce artystycznego introligatorstwa. – Przywiozłam stamtąd mnóstwo umiejętności, które przekazywałam swoim pracownikom oraz uczniom naszej szkoły, która niebawem powstała – wyjaśnia artystka.

    Eksperymenty

    Wiele rzeczy trzeba było jednak wciąż odkrywać samemu. Nietrudno rozszyfrować oprawę najstarszych książek – pochodzących z V w. kodeksów – pism religijnych w oprawie koptyjskiej, bo w takiej formie książki istnieją do dzisiaj. Ale wcześniejsze zwoje? Jak je wykonać, skoro poradnik piękności Owidiusza „O kosmetyce twarzy pań”, który zapragnęli wydać koszalinianie, aż prosił się o zagoszczenie na zwijanym na drążkach papirusie, niczym ten ze starożytnej biblioteczki rzymskiego patrycjusza? Tego nikt nie uczył. Małżonkowie wydawcy zwiedzili muzea Europy i Afryki, a i tak musieli się domyślać, w jaki sposób rękopis z Qumran, zawierający rękopiśmienną wersję Starego Testamentu, był umieszczony na drewnianych drążkach. Po wiekach bowiem arkusze papirusu straciły elastyczność i w muzealnych gablotach leżą obok nich. Również niczym w atelier chemika w koszalińskiej pracowni nie obyło się bez eksperymentów, np. z perfumami do nawanniania kart poezji. – Perfumiarz wie, jak sporządzić zapach do buteleczki, ale nie wie, co zrobić, żeby książka pachniała długie lata – tłumaczy pani Urszula. – Żeby się dowiedzieć takich rzeczy, trzeba było gdzieś pojechać, znaleźć osobę, która mogła nam coś podpowiedzieć. Nauczyć się tego od konkretnego człowieka. O tym, że taki wysiłek się opłacił, świadczą spotkania z ludźmi, którzy nabyli taki tomik przed 20 laty i mówią: moja książka wciąż pachnie…

    Jan od Krzyża

    Małżonkowie Kurtiak i Ley zajmują się nie tylko oprawą książek, prowadzą także działalność wydawniczą, z tym że w ciągu 29 lat wydali zaledwie 50 tytułów. To edycje limitowane, zawierające ok. 500 numerowanych egzemplarzy. Bywają też edycje liczące 3 egzemplarze, jak „Koniec świata w Iwięcinie” autorstwa ks. Henryka Romanika, poety, obecnie proboszcza w Osiekach, ze zdjęciami Zdzisława Pacholskiego. Jeden z egzemplarzy trafił za pośrednictwem kard. nom. Ignacego Jeża do rąk Jana Pawła II. W Watykanie zresztą jest więcej książek naszych wydawców, bowiem ich ekskluzywne wydawnictwa stały się przez lata poszukiwanym prezentem godnym głowy państwa. – Pewnego dnia dostaliśmy telefon z zapytaniem, co takiego moglibyśmy wydać, by Jan Paweł II zechciał ten prezent trzymać na biurku – wspomina Edward Ley. – Zaczęliśmy więc studiować jego życiorys. Doczytaliśmy się, że w młodości miał dylemat, kim zostać. Stał przed alternatywą: ksiądz czy aktor? Dostał wówczas od swego proboszcza dzieła św. Jana od Krzyża. Tak zafascynował się tą lekturą, że nauczył się starohiszpańskiego, by czytać ją w oryginale, i doktoryzował się z tego. Małżonkowie wiedzą o wzruszeniu papieża, gdy wziął do rąk bibliofilski egzemplarz z Koszalina, jeden z 5 istniejących. Wszystkie wydane były tak jak pisma Ojców Kościoła – nie zszyte w formę kodeksu, lecz stanowiąc luźne kartki związane wstążką, umieszczone w kasetce wysadzanej bursztynami w srebrze.

    Kto to wymyślił?

    Zanim jednak powstaną podobnie udane dzieła sztuki, bywa, że trzeba wrzucić do kosza kilka całkiem niezłych wykonań. Bo chodzi o to, by forma książki rzeczywiście wyrażała jej treść. Pani Urszula uważa, że właśnie dlatego należy delikatnie traktować to miejsce w naszym umyśle, gdzie tworzy się coś nowego. – Wszyscy jesteśmy zdolni tworzyć nowe rzeczy, ale w wielu z nas te aktywności są uśpione, ponieważ do normalnego życia są niepotrzebne. Małżonkowie Kurtiak i Ley tworzą swoje dzieła wspólnie. – Dzieło sztuki to musi być coś jednorodnego. To znaczy, że jeżeli wyjmiemy jakiś element, zaburzy się cała struktura – wyjaśnia pan Edward. – Jeśli zaś się nie zaburzy, to znaczy, że to nie było dzieło sztuki. Dyskutują zatem o nim, inspirują się wzajemnie, a nawet kłócą. – Często jest tak, że po czasie nie wiemy, czyj to był pomysł i spieramy się o to – przyznaje pan Edward. – A to zawsze był mój, wiadomo – śmieje się jego żona. I odkłada na bok kartonik pełen ornamentów wyrysowanych w trakcie długiej rozmowy. Przed nią arkusze, które czekają na decyzję. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół