• facebook
  • rss
  • W drodze do...

    ks. Wojciech Parfianowicz

    |

    Gość Koszalińsko-Kołobrzeski 33/2017

    dodane 17.08.2017 00:00

    Szlak plus czas plus łaska – to niezwykły wzór na pielgrzymkę. Wynik jest trudny do przewidzenia. W każdym razie... na trasie dzieją się rzeczy niezwykłe.

    Trasa pielgrzymki ma określoną liczbę kilometrów. Ma też swój geograficzny początek i koniec. Jednak najważniejsze nie jest to, ile uda się przejść, tzn. ile zrobi się kroków. Ważne, czy w czasie drogi zrobi się ten jeden istotny krok... do świętości.

    Ani wagabunda, ani Endomondo

    O różnicy między pielgrzymem a wagabundą mówił pątnikom na chwilę przed wyjściem ze Skrzatusza bp Krzysztof Włodarczyk. Przypomniał, że pielgrzym to wędrowiec, który ma określony cel. W dodatku ten cel nie może być jakikolwiek, co wcale nie jest takie oczywiste. Równie dobrze pielgrzymkę można potraktować jako sposób na polepszenie statystyk w aplikacji Endomondo w smartfonie. Tyle kilometrów w tak krótkim czasie... jest czym zaimponować na Facebooku. Czym więc różni się pielgrzymka od rajdu czy treningu wytrzymałościowego? – Jeśli idzie się bez intencji, to pielgrzymka staje się wycieczką – podsumowuje Joanna Helwig ze Świdwina. Ryszard ze Złocieńca idzie prosić o nawrócenie bliskich, Ania i Mateusz z Koszalina o możliwość poczęcia dziecka, wielu młodych ludzi o dobrego męża czy żonę. Inni bardziej dziękują, niż proszą. Tadeusz z Parsęcka – za 13 lat trzeźwości.

    Ryszard z Piły – za wnuka. Dla Andrzeja z Koszalina pielgrzymka jest formą pokuty za błędy młodości. Najważniejsze, że w tym szczególnym czasie można spotkać Pana Boga. W dodatku w sposób najmniej spodziewany. Ania Loska z Koszalina odkryła głębię wiary w prostych modlitwach. W drodze codziennie śpiewa się godzinki, odmawia Różaniec czy zwykły pacierz („Ojcze nasz”, „Zdrowaś Maryjo”, 10 przykazań Bożych). – Odkryłam, że te znane recytowane modlitwy wcale nie są nudne. Teraz modlę się nimi także poza pielgrzymką – mówi młoda koszalinianka. Pielgrzymkowe oderwanie się od świata pozwala też zobaczyć Boga w dotykanej bezpośrednio przyrodzie czy też usłyszeć Jego głos podczas konferencji lub w czasie Mszy św., którą na pielgrzymce, mimo zmęczenia, można przeżyć głębiej.

    Spotkali się w drodze

    Oprócz Pana Boga na trasie można także spotkać drugiego człowieka. Czasami tego jedynego, na całe życie. W tym roku 6 sierpnia w Ostrowie Kościelnym k. Słupcy małżonkowie, którzy upatrują początek swojej miłości na pielgrzymce, odnowili przyrzeczenia małżeńskie. Takich osób, okazuje się, jest sporo. – To dla nas bardzo wzruszający moment – przyznaje Ania Dowgielewicz z Koszalina, od 6 lat żona Kamila, z którym ma dwójkę dzieci. – Poznaliśmy się w 2004 roku. Ja miałam 16 lat, a Kamil – 18. On szedł po raz drugi, ja po raz pierwszy. W drodze do Chodzieży, prawie pod koniec trasy, po prostu uśmiechnął się do mnie – wspomina. – Od razu coś zaiskrzyło. Wcześniej w ogóle go nie zauważałam. Ale kiedy się uśmiechnął, w tym uśmiechu było wszystko. Nasze modlitwy zostały wysłuchane już po kilku dniach, ponieważ okazało się, że oboje szliśmy w intencji dobrego męża i dobrej żony – dodaje koszalinianka. Ania i Kamil przyznają, że pielgrzymka jest doskonałą okazją, aby kogoś poznać. – Kiedy człowiek jest zmęczony, nie jest w stanie udawać, jest bardziej autentyczny – mówi Ania. Do Ostrowa Kościelnego przyjechali także Dorota i Łukasz Pniewscy. – To nie był jakiś jeden moment. Nasze zainteresowanie sobą wzrastało stopniowo, z roku na rok – tłumaczy Dorota. – Wiem jednak, że Pan Bóg uczestniczył w tej relacji od początku. On chciał, żebyśmy byli razem. On nas do siebie zbliżył i przygotował, żebyśmy szli razem przez życie – wspomina. – Dobrze jest poznać kogoś na pielgrzymce. Wtedy wiadomo, że oboje jesteśmy ludźmi Kościoła. To dla mnie zawsze było bardzo ważne – wyznaje Łukasz Pniewski.

    33 lata na skrzyżowaniu

    Spotkania z drugim człowiekiem na pielgrzymce mają też inny charakter. Jeden z pielgrzymów przechodzi obok stolika, na którym stoją butelki z wodą. Wyciąga rękę w geście odmowy i idzie dalej. Po chwili jednak wraca, bierze butelkę i dziękuje. Może akurat nie chciało mu się pić, ale zrozumiał, że miłosierdzie polega też na umiejętności przyjmowania. A na pielgrzymce jest co przyjmować, bo naprawdę wielu ludzi pragnie dać. Prosto z serca. Sytuacja z butelką wody rozgrywa się w Milczu, niewielkiej miejscowości po drugiej stronie Noteci, idąc od Piły w kierunku Chodzieży. Na skrzyżowaniu obok przydrożnej kapliczki grupa kilkunastu osób ustawia stolik i z małego dostawczaka zaczyna wyjmować zgrzewki z butelkami wody mineralnej. Jest ich kilkaset. Mieszkańcy Milcza doskonale wiedzą, że za chwilę zjawią się u nich pielgrzymi z diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. Są w stanie z dużą dokładnością określić czas ich pojawienia się na horyzoncie. Na posterunku są bowiem od... 33 lat. Dorota Dalke nie opuściła ani jednego roku. To ona zainicjowała całą akcję, którą dzisiaj zajmują się kolejne pokolenia. Dla niej 2 sierpnia od 33 lat kojarzy się z pielgrzymką. – Kiedyś nie było napojów w butelkach. Robiliśmy więc herbatę. Proszę sobie wyobrazić, ile trzeba było jej zrobić dla prawie 3 tys. ludzi. Tyle wtedy szło. Wodę trzeba było pompować ze studni i przywozić. Teraz mamy butelki. No i pielgrzymów jest znacznie mniej, więc z tego powodu jest nam łatwiej. Wolelibyśmy jednak, żeby było trudniej... – mówi Dorota Dalke. Każdy z pielgrzymów przechodzący obok stolika w Milczu może wziąć sobie butelkę wody. Niby nic wielkiego, ale radość ze spotkania dających i biorących jest widoczna. Ks. Krzysztof Płuciennik, przewodnik „Jedynki”, opowiada inną historię, która pokazuje, jak bardzo ludzie otwierają się na pielgrzymów, których goszczą. – Rozmawialiśmy na noclegu o tym, że pod sutanną dobrze mieć spodnie z odpinanymi nogawkami. Mówiłem, że przydałyby mi się takie, myśląc, że może po drodze uda się je kupić. Gospodarz na chwilę wyszedł i po chwili wrócił, wręczając mi właśnie takie spodnie. Zdębiałem. Oddał mi własne. Dodał tylko: „Są wyprane!” – śmieje się duszpasterz.

    Od 7 miesięcy do 75 lat

    Na pielgrzymkę nigdy nie jest za wcześnie, ani za późno. Najmłodszy tegoroczny uczestnik, Franek Gaweł z Piły, ma zaledwie 7 miesięcy. To nie jest jego pierwsza pielgrzymka. Kilka dni „przeszedł” w zeszłym roku w brzuchu swojej mamy. Prawdziwym rekordzistą jest też Jan Moczarski. 75-latek idzie w tym roku po raz 33. W przypadku małego Franka określenie „pieszy” nie jest do końca ścisłe. Chłopiec jedzie w wózku pchanym przez rodziców albo niesiony jest na rękach przez mamę, której zdarzyło się nawet w drodze go karmić. O Franka, oprócz mamy, dbają jeszcze tata i dziadek. Gawłowie są w tegorocznej pielgrzymce prawdopodobnie jedynym przypadkiem trzypokoleniowej rodziny, która pielgrzymuje razem. Także Katarzyna Budnik, podobnie jak Gawłowie – z „Siódemki”, pcha przed sobą wózek. Ze środka uśmiecha się 2-letnia Sylwia. Dla niej to już druga pielgrzymka. W zeszłym roku poradziła sobie wyśmienicie. – Takie dziecko niewiele rozumie, ale jednak coś czuje. Zależy mi na tym, żeby od najmłodszych lat doświadczało obecności Boga, nie tylko w kościele. Jak najwcześniej uczyłam Sylwię znaku krzyża. Kiedy wchodzi do świątyni, od razu mówi: „Amen”. Wie też, że trzeba uklęknąć – cieszy się mama 2-latki, wyjaśniając cel pielgrzymowania z małym dzieckiem. Katarzyna Budnik podkreśla też znaczenie pielgrzymkowej wspólnoty dla rozwoju społecznego swojego dziecka: – Ona inaczej reaguje na ludzi. Jest otwarta, towarzyska. Na półmetku pielgrzymki – w Gnieźnie – z pątnikami spotkał się bp Edward Dajczak, zaś w Częstochowie przywitał ich bp Krzysztof Zadarko. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół