• facebook
  • rss
  • To tylko jeden batonik mniej

    Karolina Pawłowska Karolina Pawłowska

    dodane 06.12.2017 09:05

    Od pięciu lat konsekwentnie dzieci z Sianowa realizują swoje pierwszokomunijne postanowienie. Dzięki nim dziewczynka z Kongo dostała szansę na lepsze życie. O tym, jak wiele znaczy taka pomoc, opowiadał dzieciom i rodzicom koordynator programu Adopcja Serca.

    Kiedy Anna Pianka, katechetka z sianowskiej Szkoły Podstawowej nr 2, zaproponowała udział w Adopcji Serca, pomysł spodobał się i maluchom, i ich rodzicom. Po 5 latach nikt nie ma wątpliwości, że warto było zaangażować się w program pomocy afrykańskim dzieciom.

    - Joele, nasza podopieczna, ukończyła już szkołę podstawową, ale dzieci wspólnie zdecydowały, że dalej będziemy pomagać jej się uczyć. Przez ten czas zdążyliśmy się bardzo zaprzyjaźnić. Listy wprawdzie nie przychodzą często, ale bardzo na nie czekamy. Ostatnio Joele napisała, że opuściła się trochę w nauce i pewnie nie będziemy z niej zadowoleni, ale my wierzymy, że da sobie radę - mówi Anna Pianka.

    Zgłoszenie się do programu Adopcja Serca realizowanego przez Ruch „Maitri” był pierwszokomunijnym postanowieniem dzieci. Cała klasa zobowiązała się do comiesięcznych wpłat, które przeznaczone będą na wykształcenie jednego dziecka. Kilkanaście euro miesięcznie rozłożone na cała klasę to raptem o jeden mniej kupiony batonik. A owoce - nieprzeliczalne.

    - Dobrym owocem jest także to, że kolejna klasa sama poprosiła mnie, czy mogłaby wziąć udział w projekcie. I od marca zeszłego roku mamy „adoptowane” drugie dziecko. Jak dowiedzieliśmy się z listu, Cloud późno rozpoczął naukę. Ma 12 lat i jeszcze jest w szkole podstawowej - opowiada katechetka.

    W ramach podziękowania dzieci przygotowały małą inscenizację   W ramach podziękowania dzieci przygotowały małą inscenizację Karolina Pawłowska /Foto Gość - Staramy się z jednej strony pomagać dzieciom w Afryce, a z drugiej - budzić wrażliwość dzieci w kraju. Widzimy to kontekście wymiany: dając - otrzymujemy, jak mówił św. Franciszek. Myślę, że to też okazja do podjęcia dialogu między dziećmi polskimi i afrykańskimi, żyjącymi w bardzo odmiennych warunkach - przyznaje Tadeusz Makulski, koordynator programu Adopcji Serca Ruchu Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata „Maitri”, który odwiedził sianowską podstawówkę.

    Podczas zajęć z uczniami i spotkania z rodzicami opowiadał o tym, jak wygląda życie afrykańskich dzieci i jak wiele można zdziałać dzięki płynącym z Polski nawet niewielkim wpłatom. - Joele, którą opiekują się dzieci z Sianowa, pochodzi z jednego z najbiedniejszych i najbardziej doświadczonych zakątków Afryki. Wschodnie Kongo od kilkunastu lat jest ogarnięte wojną domową, teren co kilka lat przechodzi z rąk do rąk. Ludzie żyją w strachu - przed gwałtami, rabunkiem. Dzieci zamiast do szkoły trafiają do armii dziecięcych. To obszar wydobycia krwawych minerałów, dodatkowo klęski żywiołowe i problemy wynikające ze zmian klimatu nie sprzyjają rolnictwu - opowiada.

    - Pokazujemy dzieciom, jak drastycznie różnią się warunki życia w Afryce od tych, które one mają. Robimy też eksperymenty, które pomagają im uzmysłowić, jak ciężko dzieci tam muszą pracować, choćby nosząc wodę po wiele kilometrów - wyjaśnia koordynator.

    O tym, jak Ruch „Maitri” pomaga w siedmiu afrykańskich krajach 3,5 tys. dzieci, dowiadywali się też rodzicie sianowskich uczniów, którzy w dniu wolontariusza otrzymali specjalne podziękowania za udział w akcji i dopingowanie swoich pociech w pomaganiu.

    Zdaniem rodziców, Adopcja Serca to doskonały sposób na to, by pokazywać pociechom świat z innej perspektywy: to, że są miejsca, w których największym zmartwieniem nie jest szansa zdobycia nowej komórki, ale szansa podjęcia nauki w szkole.

    - Nie trzeba było mnie przekonywać, bo to świetny program. Poza tym że pomagamy komuś, kto tej pomocy potrzebuje, to jeszcze nasze dzieci uczą się wrażliwości i empatii, przekonują się, że brak tableta nie jest największym problemem, jaki może dotknąć człowieka - przyznaje Joanna Tesmer-Wątroba.

    Z zadowoleniem obserwowała, jaki wpływ program ma na jej syna. - Bartek bardzo emocjonalnie podchodził do tej akcji, zwłaszcza na początku. Opowiadał nam w domu o Joele, mówił, co pisała w listach. Myślę, że bardzo się to na nim pozytywnie odbiło - dodaje z uśmiechem.

    - Właśnie na to liczymy, że z dzieci biorących udział w programie wyrosną bardziej wrażliwi dorośli. Dzieci z Afryki, oprócz nauki, zyskują poczucie, że ktoś zupełnie bezinteresownie się nimi interesuje, ktoś ich wspiera. To przyczynia się do ich rozwoju. Ich wkładem do programu jest chodzenie do szkoły, osiąganie jak najlepszych wyników, uzyskanie świadectwa, stawienie się na spotkanie czy praca społeczna. Mają poczucie, że coś od siebie dają, a nie tylko biorą - dodaje Tadeusz Makulski.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół