Nowy Numer 8/2018 Archiwum

Ze szkoły Niepokalanej

Najczęściej zajmuje się ogrodem. Bywał też zakrystianem, szewcem, a czasem pszczelarzem. Zdarzało mu się robić najlepszy przecier pomidorowy. A także znajdować wodę na afrykańskiej misji i ratować Asyż przed zamachem bombowym.

Gdańska prowincja franciszkańska dziękowała za br. Ksawerego i jego 60 lat ofiarowanych Bogu.

Wąż z Afryki

Do furty klasztoru w Niepokalanowie 18-letni Marian Witek zapukał w 1952 r., we wspomnienie św. Walentego. – Wie, co znaczy służyć Panu Bogu, choć jako brat, bez święceń kapłańskich. Całym sercem oddaje się wspólnocie zakonnej. To brat, który nigdy się nie nudzi. Dobrze zorganizowany, dobrze ukształtowany przez szkołę Niepokalanej – mówi o współbracie o. Jan Maciejowski, gdański prowincjał. Najpierw w Niepokalanowie brat Ksawery posługiwał jako szewc i ogrodnik, potem w Łagiewnikach z ich wielkim ogrodem. A w 1972 r. wyjechał do Afryki. Pobyt w Zambii wspomina jako trzy owocne lata. – Byłem ogrodnikiem, znałem się na ziemi. Przełożony poprosił, żeby poszukać wody. Dał paru chłopców do pomocy i polecił kopać – opowiada brat Ksawery, jakby szukanie wody pitnej w afrykańskich warunkach było najłatwiejszą rzeczą na świecie. – Znaleźliśmy! Na metrze głębokości trafiliśmy na źródło czystej, zdrowej wody. Ponad 30 lat daje życie i nadal się nie wyczerpała – uśmiecha się franciszkanin.

Nie wszystko jednak układało się tak gładko. Skutki przebytej malarii jeszcze długo dawały się we znaki. Tam, z właściwym sobie humorem, tłumaczył odpowiedzialność za grzech pierworodny. – Kiedy nasi czarnoskórzy bracia wypominali, że to wszystko przez białych, którzy w raju narozrabiali, brat Ksawery dał im odpowiedź: „Adam i Ewa byli biali, ale wąż był z Afryki!”. Ile razy jestem w Afryce, przypominam to braciom, żeby już nie było żadnych wątpliwości, jak to z tym grzechem pierworodnym było – śmieje się o. Jan Maciejowski.

Bomba w konfesjonale

Po Zambii były dwa lata w Kanadzie i następne we włoskim klasztorze Santa Severa. Po krótkim pobycie w kraju wrócił do Włoch, do Asyżu. Tam w bazylice św. Franciszka przy Sacro Convento posługiwał jako zakrystian. I uratował ją przed zamachem. – Zauważył dwóch mężczyzn o ciemnej karnacji, którzy weszli do bazyliki z torbą, a wyszli bez niej. Przeszukał konfesjonały i znalazł… bombę – opowiada o. Janusz Jędryszek, gospodarz na Świętej Górze Polanowskiej, gdzie brat Ksawery teraz posługuje. Chociaż dźwiga na karku ósmy krzyżyk, w pustelni też nie brakuje mu zajęć. – Świetnie gotuje, sprząta, krząta się bez przerwy. Nigdy nie jest pierwszy, zawsze gdzieś w cieniu. Nie dowodzi, ale wspiera – przyznaje o. Janusz. Młodsza o sześć lat siostra Zofia nie znajduje słów, żeby opowiedzieć o swoim bracie. – Pamiętam, jak poszedł do klasztoru. To było jego marzenie. Zresztą od początku miał w sobie coś takiego. Widać było po nim, że ma w sobie tyle dobroci jak anioł – uśmiecha się. Ze wzruszeniem patrzy na świętującego jubileusz franciszkanina. Więcej mówi mały gest zakonnika, gdy delikatnie podnosi z ziemi i usadza na swoim klęczniku przebudzonego motyla.

Magnificat

Brat Ksawery wrócił na Górę Polanowską po ciężkiej chorobie płuc. Chwali sobie ciszę pustelni. – Dawałem sobie radę w afrykańskim buszu, to i w pustelni daję radę – śmieje się. – Dużo czerpię z literatury, z duchowości franciszkańskiej. Wiem, czego chcę, i nie muszę tego daleko szukać – mówi wiekowy jubilat i dodaje z humorem: – Chociaż teraz trochę nogi mi słabną. Ale jak powiedział Jan Paweł II jednemu z kapłanów, który skarżył się, że już go bolą nogi: „Ciesz się, bracie, że od nóg się twoja starość zaczęła”. To i ja się cieszę. A sześć dekad posługi podsumowuje krótko: – Gdy tak spojrzę na życie, to myślę, że jak każdy miałem swoje słabości, upadki i wzloty, ale chyba mogę powiedzieć za Najświętszą Maryją Panną: „uczynił mi Pan wielkie rzeczy”. To wszystko dzięki Jego łasce – uśmiecha się.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Reklama

Reklama

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy