Nowy numer 21/2018 Archiwum

Matka Sprawiedliwa

– Czy przyjmie siostra błogosławieństwo Boże? – zadane przez telefon pytanie to tajne hasło. Odpowiedź jest tylko jedna. Siostra Tekla spokojnie mówi krótkie: „tak”. I robi miejsce dla kolejnego żydowskiego dziecka.

Za to „tak”, ponad 70. lat później otrzyma medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. A pilanie poznają nietuzinkową franciszkankę, która urodziła się w ich mieście.

Nieznana

– Ciekawe, że w Pile zniszczonej wojną w 95 procentach, akurat ten budynek ocalał – cieszy się Artur Łazowy, społecznik, pasjonat historii miasta, z zapałem szukając śladów s. Tekli. W tej kamienicy przy 11 Listopada 38 (dawniej Breite Straße) przyszła na świat 7 lipca 1907 r. Anna Budnowska, szóste, przedostatnie, dziecko polskiego urzędnika i hrabianki Bieleckiej. Po latach – przełożona generalna Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi i jedna z wyróżnionych najwyższym cywilnym odznaczeniem przyznawanym przez państwo izraelskie obcokrajowcom. – Piła cierpi na brak bohaterów. Mamy jednego ks. Stanisława Staszica, a potem nic. Tym bardziej potrzebujemy takich postaci – mówi i opowiada o matce Tekli gdzie się da. Bo o franciszkance w rodzinnym mieście niewiele osób dotychczas słyszało. Nazwisko zakonnicy na liście poszukiwanych przez ambasadę izraelską rozpoznał Roman Chwaliszewski, regionalista, który kilka lat temu opisał jej postać na łamach „Głosu św. Antoniego”. Przez wspólnego znajomego dotarł do mieszkających w Pile Budnowskich.

– Kolega z pracy zapytał, czy znamy s. Annę Teklę Budnowską. Przecież to moja ciocia! Okazało się, że ambasada szuka krewnych, żeby wręczyć jej takie wielkie wyróżnienie – opowiada Jan Budnowski, bratanek zakonnicy. Cała rodzina przyjęła tę wiadomość z niemałą dumą i wzruszeniem. – Wiedzieliśmy trochę o tym, co robiła podczas wojny, ale może nie do końca rozumieliśmy znaczenie. Sama niewiele o tym mówiła. Była z tych ludzi, którzy więcej robią niż gadają – mówi pan Jan i uśmiecha się do wspomnień.

Mocne korzenie

– Ojciec opowiadał, że ciocia Anna była trochę łobuzem. Bawiła się z chłopakami, po płotach i drzewach z nimi łaziła. Nikomu by do głowy nie przyszło, że mogłaby zostać zakonnicą – dzieli się rodzinnymi historiami. Pan Jan to syn najmłodszego z braci Anny. Może zwierzyła się starszym siostrom, Agnieszce czy Klarze? Józek jest za mały na takie tematy. Ma dopiero 9 lat, Ania – 14. Poinformowany o planach ojciec podchodzi do sprawy roztropnie. – Dzieci do klasztoru nie przyjmują – ucina i każe czekać. Klasztorną furtę w Warszawie Anna przekroczy dopiero za cztery lata. – Z pewnością ukształtował ją dom rodzinny. Wartości, którymi na co dzień oddychała – zamyśla się pan Jan. Wartości w imię których jego dziadek, a ojciec Anny, Józef Budnowski ryzykował życiem. Walczył o polskość miasteczka, które po I rozbiorze znalazło się po pruskiej stronie przebiegającej nieopodal granicy. Z przyjaciółmi i rodziną założył Towarzystwo Śpiewu Kościelnego „Halka”, które istnieje do dzisiaj, w listopadzie 1918 r. został wybrany do Rady Robotniczej i Żołnierskiej, a następnie do Polskiej Rady Ludowej. Aresztowany za działalność patriotyczną, zaraz gdy tylko wychodzi na wolność, razem z córką Klarą organizuje pomoc powstańcom wielkopolskim osadzonym w pilskim więzieniu. W końcu musi z rodziną przenieść się do Chodzieży. W takiej atmosferze dorastają młodzi Budnowscy. Każde z nich angażuje się w działalność patriotyczną, społeczną, oświatową. Syn Bolesław zapłaci za to życiem w 1942 r., inni członkowie rodziny – deportacją.

Kto przyjmuje dziecko…

Wybuch II wojny światowej zastaje s. Teklę w zakładzie naukowo-wychowawczym w Łomnie (obecnie Ukraina). Jako przełożona domu ma pod opieką setkę dziewcząt. Czy wpisując w regułę wezwanie: „Kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje” założyciel zgromadzenia przewidział mające zawisnąć nad setkami tysięcy żydowskich dzieci śmiertelne niebezpieczeństwo? Siostry traktują rzecz dosłownie. – Matka Tekla jest jedną z 1200 franciszkanek, które na terenie Polski prowadziły 127 domów zakonnych, w tym 44 sierocińce. Uratowały ponad 750 osób pochodzenia żydowskiego, w większości dzieci. Otwierały nie tylko drzwi klasztorów, ale także swoje serca. Kiedy trzeba było także i klauzura a nawet strój zakonny dawał ocalenie – przyznaje s. Teresa Antonietta Frącek. Od lat bada i dokumentuje działalność współsióstr, które ratowały żydowskie dzieci. – Opatrzność w specjalny sposób czuwała nad zgromadzeniem: żadna siostra nie zginęła za ukrywanie Żydów i mimo strasznego zniszczenia domów w 1944 r., poza jednym wypadkiem, nie zginęło żadne dziecko – dodaje franciszkanka. Żydowskie dzieci ma też pod opieką s. Tekla. Kiedy w 1943 r. zmuszona jest ewakuować placówkę, jadą z nią do Warszawy. Zakład „Łomna” znajduje nowe miejsce na ulicy Wolności 14 i daje schronienie 26 żydowskich dzieci. Matka Tekla wyprowadzi je wszystkie z ogarniętej powstaniem Warszawy.

Odwaga i serce

Akcją ratowania żydowskich dzieci kierowała przełożona prowincjonalna matka Matylda Getter, zwana powszechnie „Matusią”. Zakonnice dawały dzieciom schronienie, przerzucały z domu do domu, ukrywały pod bandażami „niedobry wygląd”, wyrabiały nowe metryki. A kiedy trzeba było, stawały w ich obronie. – Nie ty mu dałeś życie, nie ty je zabierzesz – s. Tekla płynnie po niemiecku mówi do hitlerowca mierzącego w głowę kalekiemu chłopcu. Kiedy indziej Niemiec przyglądający się podejrzliwie dzieciom pyta: – Czemu one takie każde inne? – A pan chciałby, żeby wszystkie były do pana podobne? – ripostuje bez wahania. – Matka Tekla miała charakter i odwagę. Ale i wielkie serce dla tych dzieci – przyznaje s. Antonietta. Potwierdzają to listy i świadectwa ocalonych. – My, dawne wychowanki, zawdzięczamy Matce więcej, niż mogłybyśmy to wyrazić. Nigdy nie zapomnę tego, co Matka dla mnie uczyniła. Nie zapomnę ogromnej dobroci, zrozumienia i poświęcenia w tak ciężkich warunkach – wyznaje Janina Dawidowicz, dzisiaj mieszkająca w Londynie. Inna wychowanka pisze: „Droga i kochana Matko. Minęło wiele lat od czasu, gdy otworzyła Matka swoje gorące serce, aby przygarnąć do niego skazane na śmierć dzieci. Często zastanawiam się, czym zasłużyłam u Boga na ten dar życia. (…) Dzisiaj, mając już za sobą większą część życia, ze wzruszeniem myślę o Siostrach i zdaję sobie sprawę, jak bardzo ten okres mego życia zaważył na mnie. Wspominam »Łomnę« z rozrzewnieniem i miłością. Siostry wpoiły we mnie podstawy moralne i siłę we wszystkich przeciwnościach życiowych”.

Ciocia Anna

Archiwa warszawskie spłonęły, lwowskie – zniszczyły wysiedlenie i tułaczka. Siostry milczą. Na przeprowadzaną przez władze kościelne ankietę w sprawie ratowania Żydów nie odpowiedziała ani matka Getter, ani inne siostry. Zamykają przeszłość jak drzwi za sobą. – Czasy pewnie nie sprzyjały rozmowom na takie tematy. Ale i gdyby dzisiaj ciocia z nami była, to pewnie powiedziałaby: „dajcie mi święty spokój, nie ma o czym mówić: tak było trzeba” – zamyśla się pan Jan, patrząc na tchnąca spokojem z czarno-białego zdjęcia zakonnicę. – Niewiele mamy zdjęć cioci. Nikt o tym jakoś nie pomyślał – dopowiada jego żona. Pani Łucja pieczołowicie przechowuje rodzinne dokumenty, także te, z których lepiej poznają ciocię Annę. Choć była bardzo związana z rodziną, na spotkania z najbliższymi nie miała zbyt wiele czasu. Już w październiku 1948 r. na pokładzie statku „Kapitan Walter” płynie do Rio de Janeiro. Przez trzy kadencje będzie przełożoną prowincji brazylijskiej. To 9 lat, które zaowocują 18 nowymi placówkami i ponad setką nowych sióstr. Do Polski wróci niemal po ćwierćwieczu, żeby stanąć na czele zgromadzenia jako matka generalna. Będzie pełnić ten urząd do 1984 r. – Odwiedzała rodzinę kiedy tylko mogła. To były krótkie wizyty, bo miała wiele obowiązków. A my na początku nie bardzo wiedzieliśmy, jak się zachować. Habit wytwarza jednak nieco dystansu, a to jeszcze matka generalna… Szybko nas uspokoiła: „Jestem ciocią, nie osobistością”. Kartki też podpisywała „ciocia Anna”. A dla brata do końca była Andzią. Nie chciała żadnej pompy, żadnego szumu. Ani tworzenia pozorów. I pośmiać się potrafiła – uśmiecha się pani Łucja i zaraz dodaje: – Chociaż miała w sobie coś takiego. Człowiek od razu wiedział, że ma do czynienia z kimś nietuzinkowym, duchowo wielkim. Matka Tekla zmarła po wyczerpującej chorobie 17 marca 1994 r.

Takiego człowieka chciał Bóg

Uroczystość nadania tytułów Sprawiedliwego wśród Narodów Świata odbyła się 22 stycznia w Gnieźnie. Oprócz rodziny s. Tekli, medale odebrali także członkowie rodziny Wojciecha i Czesławy Pachurów z Międzyrzecza Podlaskiego oraz Mariana Stanisława Połowicza, dyrektora szkoły rolniczej z Mokrzyszowa koło Tarnobrzegu. – Kiedy Bóg dokonywał dzieła stworzenia, miał taką intencję: stworzyć właśnie takiego człowieka, jakim są sprawiedliwi. Ważne dla nas jest zatem spotkać ich, a także ich dzieci, wnuki, żeby dowiedzieć się, co znaczy być dobrym człowiekiem – mówi Michael Schudrich, naczelny rabin Polski i dodaje: – Jeżeli oni mogli być tak dobrzy w tak strasznych czasach, na pewno my, którzy żyjemy w znacznie lepszych czasach, mamy możliwości i obowiązek być jak oni.• O uroczystości w Gnieźnie więcej na:

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma