Nowy numer 21/2018 Archiwum

Wcielić się w… Niemca?

Albo w polskiego osadnika, który po wojnie przybywa na Pomorze bydlęcym wagonem. Jak? W Słupsku wystarczą do tego wyobraźnia i kukiełki.

Kukiełki własnoręcznie wykonane. Dzieci przybywające w ferie do Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku wykonują je podczas warsztatów „Słupscy osadnicy to my!”. Zanim jednak odegrają scenki z życia opuszczających miasto Niemców i przybywających do ich kamienic Polaków, poznają kulturę pomorskich grup etnograficznych.

70 lat temu

W ostatni dzień stycznia zawitali w tym celu do muzeum przebywający na półkolonii uczniowie SP nr 10. – W szkole mamy zajęcia poświęcone tym tematom i wiem, że historia regionu interesuje uczniów – powiedział ich opiekun Piotr Krysiak, nauczyciel geografii i przyrody. – Dlatego korzystamy z możliwości, żeby pokazać im w praktyce, jak wyglądało życie w dawnym Słupsku. Już po pierwszych rozmowach okazało się, że maluchy więcej wiedzą o dawnym Słupsku („jest zbudowany na bagnach!”, „mieszkała tu księżniczka Anna de Croÿ,!”), niż tym współczesnym.

Choć orientują się, że ich rodzina nie od zawsze tu mieszkała, lecz przybyła, raczej nie wspominają o Wilnie czy Lwowie. Napomykają o pobliskich miejscowościach: Ustce, Osowie, a nawet Trójmieście. Katarzyna Maciejewska, kierownik działu edukacji i promocji MPŚ, wyjaśnia cel zajęć, które przyciągają do muzeum grupy szkolne, z ośrodków kultury czy też dzieci przyprowadzone przez rodziców. – Mamy wiele projektów, które przedstawiają historię osadników. Zależy nam, by tę wiedzę rozpowszechniać, bo to jest coś o nas – przekonuje, dodając, że ten przekaz dotyczy nie tylko dziejów Polaków, ale wszystkich, którzy wpłynęli na losy Pomorza, nawet jeśli wspomnienia o nich są bolesne. – Nie ma potrzeby uciekać od historii. Trzeba pamiętać, że wojna to nie tylko patriotyczny zryw, ale i tragiczne przeżycia. Jak podkreśla historyczka, z tym przekazem trzeba się spieszyć – umierają jego świadkowie, a z domów znikają przedmioty codziennego użytku, które same w sobie opowiadały o ludziach posługujących się nimi nie tylko 70, ale i 100 czy 200 lat temu. – Dawniej w taki sposób historia przenikała do naszego życia, to było naturalne. Teraz tej pamięci już nie ma. W należącym do muzealnego kompleksu zamkowym Młynie dzieci obejrzały eksponaty, które pomogły im wyobrazić sobie mieszkańców Słupska sprzed wojny: nie tylko Niemców, ale też Kaszubów, Pyrzyczan, Jamneńczyków. Można było dowiedzieć się, ile czasu zajmowało im wydzierganie wyjściowych skarpet albo skąd brało się masło.

Wróg czy człowiek?

O pozornie nudnych eksponatach trzeba ciekawie opowiedzieć. Jak wiele mówi ekspozycja na zamku, dotycząca słupskich osadników, pokazał dzieciom spis ewidencyjny majątku, sporządzony zaraz po wojnie w czasie przejmowania mieszkań od Niemców. – Kto z was ma więcej niż 4 pary skarpet? – pyta przewodniczka. W górę idą wszystkie ręce. Wówczas dzieci słyszą, czym dysponowała przeciętna słupszczanka: jedną parą skarpet, jednym płaszczem, dwoma sukienkami. Na to wszystko wystarczyła jej jedna szafa. – W ten sposób pokazujemy także to, że obecnie żyje się w kulturze nadmiaru, nudzenia się przedmiotami, niekiedy zaraz po ich zakupie. I że to, co dzisiaj jest oczywiste, za pół wieku utworzy dla kolejnego pokolenia nową historię, tym razem o nas – mówi K. Maciejewska. Następnie zaprosiła dzieci do opowiedzenia ich własnej wersji słupskiego osadnictwa. – Chodzi o to, by zrozumiały, że Niemiec nie jest wrogiem Polaka – tłumaczy. – Pokazujemy, że tu i tu jest człowiek. Że ludzkie czyny zależą od tego, jaką jest się osobą, a nie jakiej jest się narodowości. Bohaterowie tej opowieści dopiero powstają. To kukiełki, które maluchy wykonują własnoręcznie. Podział ról przebiega sprawnie: jedni wcielają się role wypędzonych Niemców (są więc rodzice, rodzeństwo, dziadkowie), inni zagrają osadników, którzy przybyli do miasta bydlęcym wagonem. Ci mają nawet dojną kozę, zabraną w podróż dzięki zapobiegliwym gospodyniom (przypisana do tej roli dziewczynka uśmiecha się z aprobatą). Są także ludzie, których osadnicy zastają w Słupsku: kancelista w urzędzie repatriacyjnym, listonosz, dwie niemieckie dziewczynki. Scenariusz pomaga maluchom wczuć się w emocje tych, którzy musieli opuścić miasto, jak i tych, którzy z nadzieją czekali na lepszy los. W ruch idą kukiełki. Tworzy się scena powojennego Słupska.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma